Maciek Kurowicki (Hurt) o Festiwalu Korelacje: Znaczenia w czasie się zmieniają i sensy w czasie się zmieniają [WYWIAD]
W dniach 20-23 listopada we wrocławskim kinie DCF odbywa się Festiwal Korelacje, podczas którego widzowie mają okazję obejrzeć klasyki polskiego kina ze specjalnie przygotowanymi autorskimi narracjami. Komentarzami do filmu "Seksmisja" w reżyserii Juliusza Machulskiego zajął się Maciek Kurowicki - lider zespołu Hurt. W rozmowie z Interią wokalista zdradził, czy kiedykolwiek marzył o występach na dużym ekranie, jak pisanie piosenek wpłynęło na narrację, którą stworzył, a także co festiwal wniósł do świata kina. Opowiedział również, jak czuje się przed swoim debiutem za DJ-ką, bowiem pierwszy raz w życiu poprowadzi afterparty.

Weronika Figiel, Interia: Czym była dla ciebie przygoda z Festiwalem Korelacje - to było wyzwanie, dobra zabawa, jakaś misja?
Maciej Kurowicki (Hurt): - Powiem ci, czym była przygoda z tym festiwalem, jak się wydarzy premiera filmu "Seksmisja" z moim udziałem i jak się wydarzy spotkanie, przed którym mam dużą tremę. Nigdy jeszcze nie miałem takiej sytuacji, że jestem na swoim koncercie - na przykład Hurtu. Tutaj będę na tym pokazie obecny, będę wśród ludzi, będę reagował na każdy oddech, na każde chrząknięcie i będę przeżywał. Więc to, jakie to jest dla mnie i czym jest do końca, będę w stanie powiedzieć dopiero po projekcji.
Stresujesz się jakoś bardziej niż przed koncertami, które grasz na co dzień?
- Zawsze mam tremę, bo mi zawsze zależy. Zależy mi na spotkaniu, a nie na odbębnieniu programu przed ludźmi, więc przeżywam to za każdym razem. To jest zupełnie nowa sytuacja, więc jest podwójna trema i nie wiem jakie to jest - jak mam być szczery - to, co zrobiłem. Wiem, że są fajne fragmenty, wiem, że mi się niektóre rzeczy udało ciekawie, inaczej opowiedzieć, odnieść się, użyć fajnego języka. Natomiast zupełnie czymś innym jest objęcie formy, która jest piosenką - trwa na przykład trzy i pół minuty i ma 24 wersy - a zupełnie czym innym jest opanowanie treści do filmu, który trwa 158 minut. Nie wymyślam tych 158 minut, bo "Seksmisja" dokładnie tyle trwa. A zauważyłem to, dopiero gdy się zgodziłem na ten film, gdy sobie go wybrałem.
Jest to kultowe dzieło - można stwierdzić, że zna je każdy. Jak w związku z tym ci się z nim pracowało? Myślisz, że jeśli byłby to film, którego wcześniej byś nie widział, mogłoby być łatwiej?
- Nie wiem tego, bo mam z nim doświadczenie takie, jakie mam. Ale jesteśmy teraz w Dolnośląskim Centrum Filmowym, a tak się składa, że po raz pierwszy "Seksmisję" widziałem w tym budynku, jak miałem lat 14 i wtedy było tutaj wrocławskie kino Warszawa.
To bardzo poważne wyzwanie, ponieważ z jednej strony każdy ma jakieś skojarzenia z "Seksmisją", każdy pamięta dwie czy trzy sceny, które są takie superśmieszne, a ten film wydarza się jako historia współczesnych relacji damsko-męskich, patriarchatu, historii związanych z totalitaryzmem, władzą, dominacją. Ja się z tym wszystkim musiałem zmierzyć. Musiałem się zmierzyć z własnym językiem, własną historią osobistą, przypomnieć sobie, jakim językiem ja operowałem jak miałem kilkanaście lat. Zobaczyłem też, jak bardzo się zmieniliśmy jako społeczeństwo - jak inaczej mówimy, opowiadamy, jakim językiem operujemy.
A propos języka - na co dzień tworzysz teksty piosenek. To jakoś wpłynęło na sposób, w który stworzyłeś swoją narrację?
- To, że tworzę te treści, na pewno mi ułatwiło. Ale, jak wcześniej mówiłem, zupełnie czym innym jest napisać piosenkę, która ma 24 wersy, a zupełnie czym innym jest taka długość. To było bardzo poważne wyzwanie i miałem kilka dużych kryzysów. Byłem blisko zadzwonienia do dyrekcji Festiwalu Korelacje, żeby powiedzieć, że to się nie wydarzy, że ja nie jestem w stanie tego ogarnąć. Mam sporo piosenek, które się nie wydarzyły jako wielkie przeboje, a uważam, że są superfajne. Lubię je osobiście i nie potrzebuję reakcji zwrotnej, żeby wiedzieć, że to się udało. A w tym wypadku nie wiem, jaki jest ten film z moim dodatkiem. Bo jaka jest "Seksmisja", że to klasyczne dzieło, to wszyscy wiemy. Ale nie wiem jakie to jest teraz, czy będę ludziom przeszkadzał, czy to będzie inspirujące. Nie potrafię tego sam ocenić.
Wielu artystów muzycznych próbuje swoich sił w kinie. Miałeś kiedyś takie marzenie, żeby zostać reżyserem czy aktorem?
- Nie, ale ostatnio dyskutując do drugiej czy trzeciej w nocy ze sztuczną inteligencją, wypytywałem ją o to, kiedy będzie możliwa taka sytuacja, że para, która jest w stanie konfliktu będzie mogła stworzyć sobie w ciągu 20 minut serial na temat aktualnej zadymy w związku - sześcioodcinkowy, razem z aktorami wyglądającymi na prawdziwych i tak dalej. Okazuje się, że w ciągu siedmiu lat będzie to możliwe. Więc być może będę twórcą seriali, które będę robił wieczorami.
Podczas festiwalu wykażesz się także jeszcze w innej roli - staniesz za DJ-ką podczas after party. Jakie piosenki muszą się znaleźć na twojej playliście?
- To też jest pierwsza taka historia w moim życiu. Nigdy w życiu publicznie nie grałem muzyki "z trupa". Po raz pierwszy będę też w duecie z Sylwią Chutnik. Jestem bardzo ciekawy. Ja bardzo lubię synth-pop, lubię rzeczy elektro - bardzo stare elektroniczne rzeczy i nowe. Myślę, że w tym kierunku to pójdzie.
Jakbyś miał w kilku słowach podsumować Festiwal Korelacje - czym jest on dla ciebie i co może wnieść do świata kina?
- Znaczenia w czasie się zmieniają i sensy w czasie się zmieniają. Myślę, że opowieści wszystkich tych osób, które uczestniczą i uczestniczyły w poprzednich edycjach festiwalu, mogą rozszerzyć wyobraźnię ludzi, którzy oglądają film, być może też oryginalnych twórców sprowokować do innego widzenia, debat, tworzenia nowych światów.
Na koniec wyzwanie - kogo byś widział w kolejnej edycji, żeby stworzył swoją narrację do jakiegoś filmu?
- Jest taki człowiek, autor wielu wspaniałych książek, reportaży - Jędrzej Morawiecki. On jest specjalistą od Rosji. Jego bym na pewno nominował.








