Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Minęło już trochę czasu od premiery waszego najnowszego albumu, Hymns for the Hills. Jesteś zadowolony z tego, jak został przyjęty?
Mac Kennedy, Poison Ruin: Tak, zdecydowanie. Muszę przyznać, że byłem mile zaskoczony. Oczywiście bardzo wierzyłem w ten materiał i naprawdę lubię to, co zrobiliśmy, ale już na etapie pracy nad płytą wiedziałem, że próbuję kilku nowych rzeczy i chcę pójść w paru kierunkach, w których wcześniej nie szedłem. A kiedy robi się coś takiego, naturalnie zakłada się, że znajdą się osoby, którym nie do końca to podejdzie - i to jest okej. Ale szczerze mówiąc, zdecydowana większość reakcji, które do mnie dotarły, była pozytywna. Więc tak, to bardzo dobre uczucie.
A czym właściwie są te mityczne "wzgórza" z tytułu albumu?
- Dla mnie "wzgórza" oznaczają obszar otaczający jakieś miasto albo stolicę - w takim bardziej symbolicznym sensie. To pojęcie bywa różnie wykorzystywane. Czasem mówi się o wzgórzach jako o miejscu bogactwa, bo to tereny, gdzie ludzie kupują domy poza miastem. O to akurat mi nie chodzi, chociaż może jest tu coś bliskiego temu, co mam na myśli. Jest też inny sposób rozumienia tego obrazu, bardziej rewolucyjny, że ludzie wychodzą poza centrum władzy, czekają, przygotowują się gdzieś na obrzeżach, spoglądając na to wszystko z dystansu. To już jest znacznie bliższe temu, o czym myślę. Chodzi mi o miejsce, w którym wychodzisz spod kontroli systemu, poza jego zasięg wzroku, poza obszar ludzkiej dominacji. O naturę, ale ważne jest dla mnie właśnie to pogranicze między jednym a drugim światem. To mam na myśli, kiedy mówię o wzgórzach.
Na tej płycie jest sporo mocnych komentarzy zawartych w tekstach i wydaje mi się, że jednym z najmocniejszych utworów pod tym względem jest "Guts". Mam kilka własnych interpretacji, ale chciałbym usłyszeć od ciebie, co zainspirowało ten tekst.
- To jest utwór, który celowo pisałem tak, żeby można go było odnieść do szerszego kontekstu. Zanim więc powiem, co on znaczy dla mnie osobiście, chcę zaznaczyć, że jednym z powodów, dla których lubię posługiwać się symboliką i bardziej tematycznym językiem, jest właśnie to, że mogę napisać coś bardzo osobistego i emocjonalnego, a jednocześnie ująć to w taki sposób, by inni mogli wyciągnąć z tego własne znaczenia. Dlatego zawsze trochę się waham, zanim zacznę mówić wprost, o czym konkretnie jest dany numer.
Dla mnie osobiście ten utwór dotyczy części mojego otoczenia - zwłaszcza ludzi z punkowej sceny i podobnych środowisk - którzy próbują dominować nad małą grupą ludzi, nie podejmując przy tym żadnego ryzyka i po prostu trzymając się z góry ustalonego sposobu działania. Jasne, rozumiem, dlaczego ktoś może chcieć tak funkcjonować, ale z czasem zamienia się to w pustą grę o władzę, w której ktoś rządzi innymi, samemu nie wnosząc właściwie niczego istotnego.
Jako ktoś, kto po prostu robi swoje w obrębie środowiska mającego bardzo określone zasady i przyzwyczajenia, spotykałem się z krytyką ze strony ludzi, wobec których zacząłem mieć podejrzenie, że tak naprawdę czują się zagrożeni - w bardzo małostkowy sposób. Jakby bali się, że ktoś narusza ich pozycję. Ten utwór jest więc trochę o powiedzeniu komuś: "Tak naprawdę nic nie robisz. I nie sądzę też, żebyś miał odwagę spróbować zrobić cokolwiek". Bardzo często właśnie stąd bierze się niechęć czy złośliwa krytyka. Tak zwani hejterzy zazwyczaj rozpoznają w kimś innym coś, co sami mają w sobie - i to właśnie projektują.
Ja w pewnym sensie odebrałem ten utwór też jako antywojenny - ukazuje to pewną dynamikę polityków wysyłających zwykłych ludzi na wojnę, samemu siedząc wygodnie w fotelach. To była moja pierwsza interpretacja.
- To, co powiedziałeś, jak najbardziej też się w to wpisuje. To po prostu spojrzenie na ten sam mechanizm w szerszej skali. To ta sama idea. Właśnie na tym polega sens pisania muzyki opartej na prostych, nośnych hasłach. W przypadku "Guts" sedno sprowadza się do tego: "nie masz odwagi". I to działa zarówno w twojej interpretacji, jak i w tej mojej, bardziej osobistej.
W obu przypadkach chodzi o ludzi, którzy wydają rozkazy, narzucają swoje pomysły, a sami nie mają nic wspólnego z realnym działaniem. Więc pod tym względem twoje odczytanie jest jak najbardziej trafne. To też numer, który bardzo dobrze gra się na żywo. Zawsze czuję, jak jego emocjonalny rdzeń przejmuje kontrolę, kiedy go wykonujemy. Cieszę się więc, że trafił do ciebie na swój sposób.
Muszę też zapytać o "The Standoff", bo pojawia się tam dość nieoczywisty dla twojej muzyki zabieg - mowa oczywiście o blastach. Skąd ten pomysł?
- Szczerze mówiąc, złożyło się na to kilka rzeczy. Ten utwór od początku miał zamykać płytę, a "Lily of the Valley" miało ją otwierać. Od dawna miałem pomysł na te dwa kawałki i chciałem, żeby stanowiły początek i koniec jakiejś większej całości. Między innymi dlatego, że zakończenie "The Standoff" wykorzystuje tę samą melodię i podobny motyw muzyczny co "Lily of the Valley". Chciałem, żeby to działało jak pewien cykl albo suita. Miałem te idee od dawna, tylko wcześniej nie wiedziałem, gdzie dokładnie je umieścić. Tym razem poczułem, że to właściwy moment - teksty i cała reszta zaczęły układać się w sposób, który mi odpowiadał.
Skoro wiedziałem, że "The Standoff" będzie ostatnim numerem na płycie, chciałem, żeby na końcu nadal czekały na słuchacza jakieś niespodzianki - coś świeżego, co uzasadnia słuchanie albumu w całości. W mojej muzyce i tak staram się umieszczać nieoczekiwane rozwiązania i ciekawe zwroty, to jest ważna część tego, co robię. Więc wiedziałem, że właśnie tam jest miejsce na taki moment.
Instrumentalny fragment tego utworu powstał już dawno temu, a później stał się tą częścią z blastami. To sięga jeszcze czasów sprzed istnienia zespołu. Pierwotnie wyobrażałem to sobie bardziej jako coś niemal orkiestrowego. Ta część służy przejściu z jednej tonacji do drugiej. Na początku widziałem ją raczej jako coś opartego na tomach, coś w rodzaju pulsującego, plemiennego rytmu, bo takie rzeczy już wcześniej robiliśmy. Ale kiedy zacząłem dodawać bardziej tremolowe partie gitarowe, pomyślałem: "To już w sumie nie jest tak daleko od blackmetalowego brzmienia". To nie jest dokładnie to, ale taki klimat zawsze gdzieś unosił się nad naszą muzyką - raczej jak lekki pył niż bezpośrednia stylistyczna deklaracja.
Więc ostatecznie wszystko się połączyło: chęć zrobienia czegoś zaskakującego, świadomość, że ten numer zamyka płytę, oraz ten konkretny fragment, który aż prosił się o takie rozwiązanie. I w pewnym momencie pomyślałem: "A może po prostu zrobimy to właśnie tak?". Dodatkowo było w tym trochę przewrotnego puszczenia oka - coś w rodzaju: "Tak, umiemy też robić takie rzeczy, tylko po prostu zazwyczaj nie chcemy". Taki ukłon w stronę metalowej części naszej publiczności, bo zawsze istnieje pewna grupa słuchaczy, która zastanawia się, czy my w ogóle jesteśmy "wystarczająco ciężkim" zespołem. Niektórzy fani metalu są pod tym względem zabawni - jakby trzeba było ich uspokoić i powiedzieć: "Tak, spokojnie, to też jest muzyka dla was, to jest wystarczająco ciężkie". Więc może było w tym też trochę takiej złośliwej zabawy. To bardzo długa odpowiedź, ale mam nadzieję, że ma sens.
Ma sens i efekt jest naprawdę świetny. Dla mnie to też było spore zaskoczenie, ale uważam, że zadziałało znakomicie.
- Bardzo chciałem, żeby po "Crescent Sun", które kończy się tak trochę w zawieszeniu, ostatni numer wszedł jak uderzenie burzowej chmury. Uwielbiam ten rodzaj blast beatu - taki suchy, nagły, bez ostrzeżenia, kiedy wszystko po prostu zaczyna się od razu i z pełną siłą. Trochę jakby nagle otworzyło się niebo i uderzyła burza.
Nowa płyta to też pierwszy raz, kiedy zaprosiliście kogoś innego do zrobienia miksu. Co ta druga osoba wniosła do procesu, czego ty sam nie byłeś w stanie osiągnąć?
- Po pierwsze, Jonah Falco to prawdziwa legenda. Grał w wielu znakomitych zespołach, a jako realizator i miksujący ma po prostu ogromne umiejętności. Jego dorobek jako muzyka w ogóle jest imponujący, ale technicznie jest po prostu sprawniejszy ode mnie - i to była podstawowa rzecz. Chciałem sprawdzić, jak zabrzmię, kiedy zajmie się tym ktoś o takich kompetencjach.
Po drugie, miałem poczucie, że twórczo dobrze się rozumiemy. Jonah ma umiejętności techniczne, których mnie brakuje, ale jednocześnie rozumie, co mam na myśli, kiedy mówię: "Chcę, żeby to było trochę bardziej klarowne, ale nie do końca wyczyszczone; chcę zachować atmosferę i ten przyciemniony charakter brzmienia". Chodziło o znalezienie sposobu, żeby połączyć jedno z drugim. Miałem nadzieję, że będzie osobą, która zrozumie ten język i razem uda nam się dojść do punktu, który obaj uznamy za właściwy. I tak właśnie było.
Druga ważna sprawa jest bardziej osobista - tym razem po prostu potrzebowałem kogoś z zewnątrz dla własnej jasności umysłu. Kiedy pracowałem nad "Harvest", oraz EP-ką "Confrere", miałem na głowie bardzo dużo: napisałem te utwory, nagrałem je, zagrałem je, śledziłem każdy detal. W pewnym momencie staje się to zbyt intymne. Wiesz o tej muzyce za dużo, jesteś do każdego drobiazgu za bardzo przywiązany i przez to robi się trudno. Przy "Harvest" wracałem do tych samych zmian w miksie tyle razy, że stało się to zwyczajnie męczące. Ktoś z zewnątrz potrafi wejść, usłyszeć materiał świeżym uchem i od razu zrobić to, co trzeba, bo nie ma przesadnie osobistego stosunku do każdego elementu. Tym razem chciałem więc spróbować współpracy z kimś innym głównie dla własnego komfortu psychicznego. I Jonah był tym kimś.
Nie bałeś się na początku oddać swojej pracy komuś innemu?
- Jasne, że to było dla mnie trudne. Jeśli znów spojrzeć na to od strony psychicznej, to pewnie mogę uczciwie przyznać, że częściowo wynika to z potrzeby kontroli. Ale po prostu zawsze tak pracowałem. Mam bardzo konkretne wyobrażenie o tym, jak coś ma brzmieć, i przez lata wychodziłem z założenia, że jeśli tylko zdołam nauczyć się robić to sam, to nie będę musiał mierzyć się z ryzykiem, że ktoś inny mnie nie zrozumie. Ale przychodzi moment, w którym trzeba to puścić.
Na początku było ciężko, mimo że Jonah od razu robił świetną robotę. Po prostu nie byłem przyzwyczajony do takiego procesu, do oddawania części kontroli, nawet do samej komunikacji w tę i z powrotem. W tym sensie mam mniejsze doświadczenie niż wiele osób, które pracują przy takich rzeczach od lat. Ale szczerze mówiąc, dość szybko udało nam się dojść do porozumienia.
Sporo też teraz koncertujecie. Nie jest to męczące - zarówno dla ciebie, jak i dla reszty zespołu - zwłaszcza kiedy jednocześnie tworzysz nową muzykę?
- Koncertujemy regularnie, ale zawsze robimy sobie przerwy. Niektórzy pozostali członkowie zespołu jeżdżą w trasy nawet częściej niż ja, bo grają też w innych składach i wykorzystują te luki między naszymi wyjazdami właśnie na tamte rzeczy. Do tego dochodzi jeszcze normalna praca i próby pogodzenia wszystkiego. Więc tak, to prowadzi do dość szalonego trybu życia.
Ale z perspektywy zespołu staramy się po prostu wszystko planować odpowiednio wcześniej i uzgadniać wspólnie. Jeśli ktoś mówi: "Nie dam rady" albo "Nie jestem pewien", to może czasem lekko go popycham, żeby się upewnić, ale nie robię z tego problemu. Jeśli ktoś czegoś nie może albo zwyczajnie chce zrobić coś innego - nie tylko musi, ale po prostu chce - to staram się to uszanować. Dzięki temu jest łatwiej, bo każdy ma poczucie, że jego potrzeby są brane pod uwagę i wszyscy są ze sobą bardziej okej.
Jesteśmy więc zajęci, ale chyba może trochę mniej, niż niektórym się wydaje. Staramy się robić coś mniej więcej w każdej porze roku. Czy to bywa męczące? Jasne. Ale na przykład po trasie w USA w kwietniu byłem wręcz spragniony wyjazdu, bo przez kilka miesięcy siedzieliśmy w domu, zajmując się wypuszczaniem płyty, klipami i wszystkimi rzeczami, które trzeba ogarnąć przy premierze. I wtedy naprawdę dobrze było zmienić tryb i po prostu ruszyć w trasę. Dla mnie te dwa rodzaje aktywności - praca twórcza w domu i koncertowanie - nie nakładają się na siebie w taki sposób, że wzajemnie się wykańczają. One są po prostu inne. I właśnie dlatego bywają odświeżające.
Miło też widzieć rosnące zainteresowanie zespołem, mam wrażenie, że sporo się zmieniło, odkąd rozmawialiśmy rok temu.
- Tak, ale to działa też cyklicznie. Wraz z czasem zespół staje się coraz bardziej "profesjonalny", wchodzi trochę mocniej w ten bardziej sformalizowany obieg. Nadal staramy się działać w duchu DIY i punkowym, ale jednocześnie jedną nogą jesteśmy też w tym bardziej profesjonalnym świecie. A tam to funkcjonuje tak, że kiedy wychodzi album, pojawia się duży impuls: prasa, promocja, cały ten ruch wokół premiery.
Kiedy ostatnio rozmawialiśmy i jechaliśmy do Polski, od naszego EP minął już jakiś czas, a przy EP siłą rzeczy dzieje się też trochę mniej niż przy pełnym albumie. Od premiery poprzedniego longplaya minęło wtedy już kilka lat, więc byliśmy daleko od ostatniego dużego "pchnięcia". Pamiętam jednak, że kiedy wychodziło Harvest, też mieliśmy podobny okres wzmożonego ruchu. Różnica polega na tym, że z każdym kolejnym wydawnictwem świadomość istnienia zespołu trochę rośnie, więc wszystko wydaje się nieco większe. Nie powiedziałbym więc, że to uczucie jest całkowicie nowe, ale faktycznie to bardziej intensywny moment. I pewnie w tym sensie jest w nim więcej ekscytacji. Staramy się jednak, mimo wszystko, po prostu trzymać głowę nisko i robić swoje tak jak zawsze.
Na koniec chciałbym zejść na bardziej filozoficzny poziom. Od samych narodzin punk miał pewien problem - bardzo szybko stawał się produktem środowiska, w którym funkcjonował. Jak wy, jako zespół związany z Relapse, czyli jednak dużą wytwórnią w branży, utrzymujecie punkowy etos?
- Zachowaliśmy pełną kontrolę twórczą nad tym, co robimy, jak to robimy i co chcemy powiedzieć. Relapse i właściwie wszyscy inni, z którymi współpracowaliśmy bardziej profesjonalnie, to szanowali i nie mieli z tym problemu. To nigdy nie zostało wystawione na jakąś skrajną próbę, ale gdyby ktoś nie akceptował takiego podejścia, nie miałbym żadnych wątpliwości, żeby po prostu powiedzieć: "Okej, trudno, zrobimy to inaczej, z kimś innym". W tym sensie czuję, że etos, którego nauczyłem się przez punk, pozostaje nienaruszony.
Jeśli chodzi o samo pytanie, jak usprawiedliwić funkcjonowanie bardziej profesjonalne, to rozumiem, że część osób z punkowego i DIY-owego świata patrzy na takie rzeczy podejrzliwie. I to jest zrozumiałe. Ja jednak podchodzę do tego trochę jak do pracy. Naprawdę harowałem, wkładałem w muzykę całą energię, cały wolny czas. Przez długi czas po prostu pracowałem gdzieś na boku i ledwo się utrzymywałem. Mówiąc szczerze, w Stanach nie ma takich zasobów ani systemowego wsparcia dla artystów, jakie istnieją w niektórych innych miejscach. W odpowiedzi część ludzi mówi: "No to zostaw muzykę jako hobby i chroń ją przed brutalnym światem kapitalizmu".
Ale ja patrzę na to inaczej. Skoro i tak wkładam w to tyle czasu i sił, to muszę jakoś to pogodzić z rzeczywistością. Niestety nie ma etycznej konsumpcji w kapitalizmie. W idealnym świecie nie musiałbym martwić się pieniędzmi, robiąc muzykę. To byłoby moje wymarzone rozwiązanie. Taki świat jednak nie istnieje. Więc nie mam problemu z powiedzeniem wprost: to są rzeczy, które muszę robić, żeby dalej zajmować się tym tak, jak zwykle. Świat wokół mnie nie zachęca do poświęcania tylu sił muzyce, nie ułatwia tego, więc w pewnym sensie zmusza mnie do prób zarobienia na tym czegokolwiek. I tak robię to trochę niechętnie. Jednocześnie mam bardzo wyraźne granice i jest wiele rzeczy, których nigdy bym nie zrobił.
Jeśli chodzi o samo profesjonalne funkcjonowanie zespołu, ufam własnemu sercu i przyjaciołom, których opinii słucham. Nadal ogromną część czasu spędzam w świecie DIY punku. Wracam do domu i chodzę na koncerty w piwnicach. Tam czuję się najbardziej jak u siebie i stamtąd pochodzą idee, które naprawdę szanuję. Więc po prostu noszę ten głos w głowie i konfrontuję z nim swoje decyzje. A jeśli ktoś ma z tym problem, to ma do tego prawo. Ja jestem spokojny o wybory, które podejmuję.












