Leon Krześniak: "Tęsknię za człowiekiem w muzyce" [WYWIAD]
Po wielu latach pisania numerów dla artystów takich jak Zalia czy Mrozu, przyszła pora na spełnienie się twórcze jako solista. "Słoneczna strona ulicy" to debiutancki krążek Leona Krześniaka, którym pokazuje, że gitary nadal mogą stanowić siłę polskiej muzyki. O kulisach powstawania albumu i licznych inspiracjach muzyką retro zapytaliśmy samego artystę przy okazji premiery.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Jakie uczucia towarzyszą ci dookoła wydania debiutu?
Leon Krześniak: - Przede wszystkim jest to radość wynikająca z tego, że tworząc swój album mogę zrobić wszystko dokładnie tak, jak mi się podoba - bez analizy czy coś jest teraz w trendzie, czy się sprzeda. Mam tak duże doświadczenie pracy z innymi artystami, że śmiało mogę powiedzieć, że tutaj zrobiłem coś dla siebie, wierząc, że znajdą się ludzie, którzy taki kierunek muzyki sobie cenią. Nie odczuwam więc szczególnie jakiegoś stresu związanego z tym, czy innym się on spodoba, bo ja po prostu chciałem pokazać coś po mojemu i udało się to w 100 procentach.
Choć brakuje na nim twoich pierwszych numerów sprzed kilku lat, to zgodzisz się, że jest to jeden z tych albumów, który podsumowuje całą twoją dotychczasową twórczość?
- Ciężko go nazwać krążkiem podsumowującym całą moją twórczość. Bardziej podsumowuje on etap mojego zachłyśnięcia się muzyką retro, w połączeniu z indie popem. Myślę natomiast, że powodem dla którego numery ze "Słonecznej strony ulicy" nie łączą się z poprzednimi singlami może być fakt, że na przestrzeni ostatnich lat dość mocno rozwinąłem się jako producent i wokalista. Zdobyłem sporo nowej wiedzy na temat tego, jak można fajnie tworzyć muzykę i naturalnym stało się to, że te starsze numery nie pasowały mi do konceptu debiutanckiego krążka.
"Zachłyśnięcie się muzyką retro" - skąd u ciebie ciągota do tych brzmień i jednocześnie chęć sprawnego mieszania ich z popem?
- Ciekawy aspekt poruszyłeś z tym mieszaniem z popem, bo mam wrażenie, że to właśnie był pop w latach 70. Numery wtedy były znacznie bardziej gitarowe, zaawansowane harmonicznie i zagrane na żywo przez muzyków. Ja trochę za tym tęsknię - za człowiekiem w muzyce. Wiadomo, że teraz jest tych gatunków wiele i na różne sposoby można robić muzykę, ale dominują w tym mainstreamie mocno obrobione komputerowo brzmienia - wszystko zaczyna być takie samo. Kiedyś ludzie tworzyli na bardzo różnych sprzętach, mieli różne historie ze sobą i ta muzyka była bogata. Więc ta ciągota o której mówisz wynika właśnie z tego - z tęsknoty za znaczącą rolą gitary we współczesnych numerach.
Dobrze słychać to chociażby na "Przetartym VHSie", który jest dość mocno reprezentacyjny…
- Tak, to prawda - jest rzeczywiście najbardziej true w retro popie w swoim brzmieniu. Ten album łączy w sobie cechy muzyki retro lat 70., co staram się przełamywać też takim indie popem. W "Przetartym VHSie" już sama nazwa ma w sobie znamiona czegoś z zamierzchłych czasów i jestem z niego bardzo zadowolony. Fajnie, że znalazł się na tym albumie i że mogłem zrobić numer zagrany na żywych instrumentach od dechy do dechy.
Nie kusiło cię, by wydać go w formie singla?
- Na początku myślałem o tym, ale wyszedłem z założenia, że fajnie jak czasem taka piosenka, która jest szczególnie dopracowana i przemyślana, tworzy wnętrze albumu. Zdaję sobie sprawę z tego, że współcześnie niewielu jest takich słuchaczy, którzy poświęcają czas na całe krążki. Wierzę jednak, że tacy prawdziwi fani muzyki, którzy wezmą ten krążek i posłuchają od początku do końca, docenią go jako całość.

Retro brzmienia doskonale uzupełniają nostalgiczne teksty, którymi przesiąka "Słoneczna strona ulicy" - zależało ci na zachowaniu spójności w tym aspekcie?
- Jestem znacznie bardziej melodykiem, który skupia się na warstwie muzycznej od samego początku i staram się działać intuicyjnie. Słuchając podkładu zaczynam sobie podśpiewywać do niego i tak powstają pierwsze słowa. Potem to już w sposób pełni świadomy dopisuję resztę historii - natomiast zawsze wywodzi się ona z melodii.
Zapraszając do współpracy Wiktora Dydułę i Kubę Karasia nie miałeś obaw, czy odpowiednio wpasują się w tematykę krążka?
- Kuba i Wiktor są mi bliscy - na co dzień w branży muzycznej kumplujemy się. Mamy bardzo fajny kontakt ze sobą. Więc tak, jak naturalnie powstawał sam krążek, tak i naturalnie zaprosiłem ich do współpracy. Dodatkowo w piosence "Pętliczek", w której Wiktor śpiewa, uznałem że pasuje idealnie do tej historii. Czyli do tej opowieści o lęku przed dorosłością i chęciach pozostania naiwnym dzieckiem przez całe życie.
Zobacz również:
Wspomniałeś na początku o współpracy z innymi artystami, takimi jak Zalia czy Mrozu. Odczuwasz w przypadku "Słonecznej strony ulicy" ciężar odpowiedzialności, który w pełni spoczywa teraz na tobie?
- Na pewno emocje są znacznie większe, bo solowy krążek wiąże się również bezpośrednio z występami na żywo, czyli taką materią, która dotychczas nie była mi bliska. Mam natomiast to szczęście, że w moim bandzie grają supermuzycy, a koncertowanie z nimi na nadchodzących naprawdę dużych scenach, jest czymś ekscytującym. Nie odczuwam natomiast ciężaru czy presji, że ludzie mnie ocenią. Jedynie przyzwyczaić się muszę do bycia na froncie w social mediach, bo żyjemy w takich czasach, że muzyka jest bezpośrednio połączona z robieniem contentu.
Czegoś te lata współpracy nauczyły cię pod kątem solowej twórczości?
- Absolutnie - uważam, że każde spotkanie z twórcą muzyki czegoś mnie nauczyło. Tak naprawdę tworzenia piosenek uczymy się poprzez tworzenie piosenek i współpracy z ludźmi, którzy robią to od lat. Ja nauczyłem się przede wszystkim cierpliwości i skupienia na szczegółach. To w szczególności doświadczyłem ostatnio przy współpracy z Mrozem i Krzysztofem Zalewskim. Z drugiej strony bardzo ciekawa sytuacja zaistniała z Zalią, ponieważ współpracujemy od lat i widzę, że razem wspólnie się rozwijamy i dajemy sobie nawzajem bodźce, by ten materiał stawał się lepszy. Tak więc mam ogromne szczęście, że mój materiał powstawał po wielu latach doświadczeń i że debiutantem jestem w sposób świadomy.
Bycie sobie samemu producentem jest dla ciebie bardziej przekleństwem czy przestrzenią do okazywania swojej wolności artystycznej?
- Chyba mimo wszystko była to dla mnie ogromna wolność. Album powstał bardzo naturalnie, bez żadnego napinania się na rezultat i pozbawiony był stresu na etapie powstawania. Robiłem go dla siebie, więc było to dla mnie bardzo uwalniające.
Zakładasz natomiast, by w przyszłości współpracować z innymi producentami?
- Ddaję temu szansę. Chodzi mi po głowie taka myśl, by może na kolejne wydawnictwo spróbować kogoś zaprosić, byłoby to na pewno mocno odświeżające. Zobaczymy co czas przyniesie.

Przed tobą naprawdę pracowity okres - sporo festiwali z twoim udziałem zostało już ogłoszonych. Jakie masz nastawienie przed graniem debiutanckiego materiału przed taką publicznością?
- Czuję ogromną ekscytację, że mogę zagrać te numery na żywo, ze swoją bandą ziomali. To jest bardzo przyjemna przygoda, w którą nie mogę się doczekać by wyruszyć. Przez kilka lat byłem w studyjnym cieniu i czekałem tylko na kolejne projekty z artystami, brakowało mi natomiast tej energii, którą daję scena i wszystko co z nią związane - wywiady, backstage, wymiany energii i doświadczeń… Nie mogę się tego doczekać! Prócz moich solowych koncertów w najbliższym czasie, szczególnym dla mnie projektem jest także Męskie Granie. Mam przyjemność razem z Kamilem Paterem aranżować tegoroczny koncert Orkiestry Męskiego Grania, oraz w niej grać. Tego nie mogę się doczekać równie bardzo!



![Wodecki Twist 2026. Karen Edwards otworzyła festiwal. „Ten od pszczółki” [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MWXWFDN72N4LP-C401.webp)




