Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: "Ocaleją tylko ci co zrozumieją ten dziwoląg". Czym dla pana jest miłość?
Lech Janerka: - Oj Boże, tu by czasu zabrakło pewnie. No więc, fajna koincydencja kilku historii, która składa się na to, że dostajemy skrzydeł i jesteśmy w stanie chociaż przez chwilę pofruwać.
Pana teksty do dzisiaj są wyjątkowo aktualne, szczególnie w obliczu rosnącego poparcia konserwatywnych poglądów. Nie czuje pan potrzeby dalszego komentowania za pomocą muzyki tego, co dzieje się na świecie?
- Ja kiedyś myślałem, że mam wpływ na to, w jaki sposób ludzie myślą, ale lata temu zostałem wciągnięty do kampanii wyborczej Tadeusza Mazowieckiego, który przegrał z panem z Argentyny, który przyjechał z teczką i nikt go wcześniej nie widział. Mówię o Tymińskim. No więc straciłem zapał do tego, żeby brać udział w przedsięwzięciach związanych z polityką.
Z naszym operatorem w kontekście ciekawostki rozmawialiśmy o synchroniczności. To jest termin, który wymyślił Carl Jung. Mówi on o tym, że pewne rzeczy dzieją się niezależnie od siebie i są połączone w jakiś bliżej nieokreślony sposób. Mówię o tym w kontekście piosenki "I Moll". Jak czuje się pan z tym, że ten utwór dość niespodziewanie nabrał zupełnie innego znaczenia?
- No cóż, czasami pisałem teksty, które raz, że są po 40 latach aktualne - nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić - a w "I Mollu" pojawiły się drony, pojawiło się coś dziwnego, jakiś taki niepokój. Wracając do Carla Junga i jego synchronizacji, chyba był literackim prekursorem teorii kwantowej, gdzieś te kwanty też tak działają.
Wspomniał pan, że większość muzyki, która powstaje teraz, jest w pewnym stopniu z czegoś "zerżnięta". Myśli pan, że takie rewolucje muzyczne, które obserwowaliśmy końcem ubiegłego wieku, już się nie powtórzą?
- Jest coraz trudniej po prostu. Obszar jest spenetrowany, kiedyś, kiedy się zaczynało, kiedy sam zaczynałem, wcześniej nie bardzo interesowałem się muzyką i nauczyłem się pierwszych akordów, brzdąknąłem podstawowy C-dur i to był kosmos. Po latach w ogóle ten C-dur nic nie oznacza i nie implikuje żadnych wydarzeń, nie inspiruje, a ponieważ tak wielu ludzi gra, ciężko jest o dotarcie do drugiego czy trzeciego dna. Większość ludzi też kieruje się tym, że trzeba z tego żyć, więc podłączają się do nurtu. To jest najprostszy sposób, żeby uzyskać jakąś akceptowalność.
Takim "Gipsowym Odlewem Falsyfikatu" na coraz większą skalę staje się też sztuczna inteligencja, która mocno wchodzi w muzykę. Zresztą nazwał ją pan "alien Intelligence" (tłum. obca inteligencja). Może ona jest w stanie stworzyć jakąś rewolucję?
- Jeżeli ktoś, kto będzie wpisywał te algorytmy, zada zadanie: "zrób coś, co będzie nowatorskie", to pewnie da sobie z tym radę, tylko jeszcze powinien dorzucić, żeby dało się tego słuchać, bo to jest problem. Zrobić coś zupełnie od czapki to żadna sztuka, potem to jeszcze powinno być w jakiś sposób komunikatywne.
A skąd właśnie pomysł na określenie "alien intelligence"?
- Zrobiono algorytmy i w pewnym momencie te algorytmy zaczęły budować kolejne algorytmy. Nie jesteśmy w stanie do tego zajrzeć, ani tego kontrolować, a ci, którzy są mądrzy i śledzą sprawę, mówią, że nie wiedzą co tam się dzieje. W ogóle nie mają nad tym żadnej kontroli.
Na ostatnią płytę fani czekali 18 lat. Zamierza pan wydać jeszcze kolejną?
- 18 lat mówisz? No za 18 lat pewnie już nie (śmiech). W tej chwili dogrywamy ostatnie koncerty, wracam do domu i wejdę do tego pokoju, w którym mam studio, do którego nie wchodziłem od 2 lat, od skończenia ostatniej płyty, no i zobaczymy co się wydarzy.
Który z pana albumów, w pańskim odczuciu jest najmniej doceniany i dlaczego?
- Nie śledzę percepcji moich płyt. Nie wiem, co jest doceniane, a co nie.
Pozwolę sobie zapytać o Fryderyki, ponieważ to była dość głośna sprawa. Nie chciał pan zgłaszać ostatniej płyty do nagrody, ale jednak to się stało i zmiotła ona praktycznie całą konkurencję.
- Duże słowa. Sytuacja wyglądała tak, ponieważ 10 lat wcześniej dostałem Złotego Fryderyka - pośmiertnego, uważałem, że blokowanie dalej pozycji młodym wykonawcom jest trochę bez sensu. Wszystkie splendory, jakie można zdobyć w tej branży, w której startuję, już na mnie spłynęły. Powiedziałem, że nie chcę, a wytwórnia powiedziała, że to już nie jest moja własność, tylko ich i oni z tym zrobią, co chcą i zgłosili.
Ale ewidentnie widać, nawet po koncercie na Great September, że młodzi ludzie chętnie obcują z taką muzyką.
- Byłem zdumiony. Wczoraj zagraliśmy pierwszy koncert, odkąd pamiętam, kiedy nie graliśmy utworów agresywnych, utworów z Klausa Mitffocha, żwawszych, energetycznych.
Nie będę ukrywał, troszeczkę mi ich zabrakło.
- Ale jednak publiczność nie pluła, nie rzucała i nie pogonili nas ze sceny. Graliśmy utwory przestrzenne, spokojne. To się też jakoś broni. Bardzo mi to się podoba.
Na koniec zapytam jeszcze o duet rapowy PRO8L3M, który parę lat temu wykorzystał fragment piosenki "Jezu, jak się cieszę" w kawałku "Dym".
- Och, to chyba za duże słowa.
Została zsamplowana. Jak wyglądał proces wyrażania zgody na użycie jej?
- Zadzwonił do mnie z Nowego Jorku jeden z członków PRO8L3MU, ponieważ ich pierwsza płyta bardzo mi się podobała. Więc zrobiłem wszystko, żeby w miarę bezkolizyjnie mogli to wykorzystać. Było to bardzo miłe.
I spodobała się panu?
- Ja tam nie słyszałem mojej piosenki, ale wzięli jakieś fragmenty, bardziej chodziło im o brzmienie gitary zdaje się.











