LANDMVRKS: Czuliśmy, że musimy walczyć o swoje [WYWIAD]
Landmvrks w ciągu ostatnich kilku lat stale pną się w górę festiwalowych line-upów, grają największe koncerty kariery i wskakują na miejsca headlinerów. Sama Gojira przyznała, że są "kolejną wielką sensacją". O tym i wielu innych tematach dowiecie się z naszej rozmowy z perkusistą Kévinem D'Agostino!

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Wasz ostatni album ukazał się prawie rok temu. Czy przez ten czas zmieniło się wasze postrzeganie tej płyty?
Kévin D'Agostino, Landmvrks: Jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Szczerze mówiąc, nie spodziewaliśmy się aż tak wiele. Wygląda na to, że ludziom ten album bardzo przypadł do gustu. Każda następna trasa, z którą go gramy jest większa. Każdy następny koncert jest tym największym. Cieszymy się z tego, jest idealnie.
Album nazywa się "The Darkest Place I've Ever Been" (tłum. Najmroczniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek byłem), ale doprowadził was w bardzo jasne miejsca. Właśnie zagraliście swój największy jak dotąd koncert w Paryżu.
- Tak, w lutym. To było szaleństwo, ale tak naprawdę dociera to do ciebie dopiero, gdy jest po wszystkim. Byliśmy w trasie z Architects. Nasz ostatni koncert był w Mediolanie we Włoszech. Mieliśmy dzień wolny i zagraliśmy w Zénith. Będąc w trasie z Architects, cały czas jesteś w trybie koncertowym, aż nagle, bum, grasz w Zénith. Nie masz zbyt wiele czasu, żeby o tym myśleć. Kiedy to się działo, o dziwo nie byłem aż tak zestresowany, mimo że był to prawdopodobnie najważniejszy koncert w naszej dotychczasowej karierze. Pomyślałem sobie: "To się dzieje teraz. Jedyne, co mogę zrobić, to po prostu grać nasze piosenki, postarać się zagrać jak najlepiej i tyle". Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, pomyśleliśmy: "Wow, ale to jest wielkie". Jeszcze większe wrażenie robiło to, kiedy zobaczyliśmy tych wszystkich ludzi. Niedawno wypuściliśmy wideo "Road to Zénith", pokazujące, jak to wszystko się zaczęło. Dopiero dociera do mnie, co zrobiliśmy.
Od wydania albumu cały czas jesteście w trasie i dużo się u was dzieje. Czujesz jakąś wewnętrzną presję, żeby się w pełni temu poświęcić i cały czas cisnąć do przodu?
- Osobiście nie czuję presji, ponieważ nie zajmuję się zarządzaniem zespołem. Mówię tu tylko w swoim imieniu, ja po prostu gram. Skupiam się na tym, żeby grać dobrze i żeby dać jak najlepsze show. To Nico, nasz gitarzysta, zarządza zespołem wraz z menadżerem. Oni muszą cały czas myśleć o kolejnych krokach i podejmować właściwe decyzje. Jako muzyk po prostu przeskakuję z jednej trasy na drugą. Czasami są takie szczególne momenty, kiedy czuję, że to co robimy jest naprawdę ważne. Tak było, gdy graliśmy na Hellfest. Zespół Bad Omens odwołał swój występ i zadzwonili do nas na ostatnią chwilę z pytaniem, czy zagramy. Pomyśleliśmy: "Cholera, jesteśmy drugim headlinerem na głównej scenie tuż przed wielką gwiazdą festiwalu". Wiedzieliśmy, że jeśli dobrze wykonamy swoją robotę, to może wszystko zmienić. I tak właśnie się stało. Podczas trasy, w ramach której zagraliśmy też we Francji, połowa ludzi mówiła: "O tak, widziałem was na Hellfest". To była ogromna zmiana i myślę, że koncert w Zénith też odmieni naszą karierę we Francji.
Wasza droga przypomina mi trochę inny francuski zespół - Gojirę. Z każdym rokiem jesteście umieszczani coraz wyżej w line-upach festiwali.
- Tak, widzę to. Tego lata gramy obok Bad Omens i Babymetal. Mieliśmy okazję porozmawiać z Gojirą w zeszłym roku. Zagraliśmy razem na czterech czy pięciu festiwalach. Ponieważ też jesteśmy Francuzami, łatwo było nawiązać kontakt. Powiedzieli nam: "Będziecie kolejną wielką sensacją, zaufajcie nam". Nie skupiamy się na tym. Po prostu zawsze staramy się robić wszystko jak najlepiej i nie myślimy o tym w kategoriach: "O tak, będziemy wielcy". Czasami trudno to dostrzec, bo cały czas gramy. To dzieje się bez przerwy, nawet nie mam, kiedy pomyśleć o tym, co się wokół mnie dzieje, aż nagle jestem w domu i dociera do mnie: "jesteśmy wielkim zespołem", ale w ogóle tego tak nie odczuwam. Trudno to wytłumaczyć. Widzę, że gramy wielkie koncerty, ale przecież zawsze znajdzie się większy zespół. Przecież są Architects, jest Bring Me The Horizon, więc powtarzam sonie: "Nie jesteśmy wielcy. Oni są". Zawsze jest ktoś większy.
Ale jednak cały czas pniecie się w górę i ciągle jesteście w trasie. Nie jest to dla was męczące, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie?
- Oczywiście, że tak. Niedługo będziemy potrzebować małej przerwy. Wszyscy jesteśmy już blisko trzydziestki piątki, powiedzmy, że to jest nasza średnia wieku. Mamy partnerki, a ciągle nas nie ma w domu. Musimy też jakoś żyć. Czasami mamy miesiąc wolnego, ale wszystko dzieje się tak szybko. Wracam do domu, tu jakiś mały remont, tu spędzę czas z rodziną, wyjadę na tydzień na wakacje i nagle okazuje się, że jutro znów wyjeżdżam w trasę. Nie czuję, że miałem czas naprawdę odpocząć. Ale uwielbiamy to, dlatego nie cierpimy. Kocham jeździć w trasy i odwiedzać nowe miejsca. Teraz lecimy do Australii po raz trzeci. Zawsze zatrzymujemy się w tych samych miastach, więc zaczynamy mieć tam swoje stałe punkty, które lubimy odwiedzać. Znam ludzi w innych zespołach, którzy nie za bardzo lubią koncertować. To dla nich trudne. Nie lubią wyjeżdżać z domu, zostawiać dziewczyny czy rodziny. Ale my dobrze się bawimy, bo też się po prostu lubimy. Jesteśmy jak bracia, więc uwielbiamy spędzać razem czas. Tylko jeden z muzyków mieszka w Paryżu, reszta z nas w Marsylii. Często się widujemy. Kiedy gdzieś wychodzę, dzwonię: "Flo, Nico, Rudy, co robicie?". Więc nawet gdy nie jesteśmy w trasie, spędzamy czas razem. To jak wyjazd na wakacje z kumplami, tylko że wieczorami grasz koncerty. Ale tak, potrafi to być wyczerpujące.
Graliście już kilka razy również w Polsce. Wracacie w czerwcu. Masz tu jakieś swoje specjalne miejscówki?
- Nie wydaje mi się. Mam słabą pamięć, przez co cały czas muszę oglądać zdjęcia, żeby skojarzyć. Pamiętam tylko, że poszliśmy do bardzo fajnej restauracji w Krakowie. Znaleźliśmy świetne miejsce i dobrze się bawiliśmy. Zawsze mamy u was wspaniałe koncerty. Chciałbym pozwiedzać trochę więcej. Teraz jesteśmy większym zespołem i mamy większą ekipę, możemy pozwolić sobie na zatrudnienie większej ilości ludzi i zaczyna być komfortowo. Mam swojego technicznego od perkusji, więc nie muszę sam jej rozkładać. To oznacza, że mam czas na inne rzeczy, więc teraz - w przeciwieństwie do tego, co było jeszcze kilka lat temu - mamy czas na zwiedzanie. Kiedy masz wokół siebie wielu ludzi, którzy wszystko za ciebie ustawiają, to zyskujesz czas. Możesz dłużej pospać albo iść na zwiedzanie. Dzięki temu możemy skupić się na samym występie. Jeśli potrzebujesz czasu dla siebie, możesz po prostu iść pospacerować. Bycie większym zespołem daje większy komfort i ułatwia trasy.
Powiedziałbym, że francuski metal jest znacznie bardziej charakterystyczny niż reszta europejskiej sceny. Jak myślisz, co sprawia, że tak bardzo się wyróżniacie?
- Czasem dostajemy to pytanie i odpowiadamy po prostu, że nie wiemy. Być może wynika to z faktu, że nie mieliśmy zbyt wielu takich zespołów. Wszyscy znają Gojirę - to największy z nich. To fajne, że jeden z największych zespołów na świecie jest z Francji. Ale zanim odnieśli taki sukces, znaliśmy głównie mnóstwo kapel z USA i Wielkiej Brytanii. W Wielkiej Brytanii mają potężną scenę muzyczną. Mają legendy takie jak Queen, ale też Bring Me The Horizon, Architects, While She Sleeps czy Guilt Trip. Masz zespoły bardzo duże i mniejsze, ale wszystkie są w pewien sposób znane i wszyscy je kojarzą. A we Francji czuliśmy się, jakbyśmy nie mieli nikogo. Czuliśmy, że musimy walczyć o swoje. Być może to zrodziło w naszych głowach coś wyjątkowego. Zrozumieliśmy, że musimy udowodnić światu, że jesteśmy dobrzy. Mówię tu w kontekście Landmvrks, ale to tyczy się całego kraju. Może dlatego mamy w sobie coś wyjątkowego. No i mamy też inną kulturę. Nie mieliśmy zbyt wielu własnych punktów odniesienia ani wielkich zespołów rockowych, nie mieliśmy nic. Musieliśmy czerpać wpływy zewsząd i to wszystko mieszać.
Teraz macie sporo zespołów, które mocno się od siebie różnią, ale to wciąż szeroko pojęta scena metalowa. Całkiem nieźle sobie radzą, brzmiąc przy tym zupełnie inaczej niż to, co jest popularne wśród zespołów z USA czy Wielkiej Brytanii.
- Tak, to dobrze, jestem z tego dumny. Nie zawsze znam ich muzykę, ale wszyscy się kojarzymy, bo nie ma nas tak wielu. Cieszę się, że mówisz, że jest w nas coś wyjątkowego. Osobiście jako Landmvrks, staramy się być inni. Poza tym po prostu nie lubimy, kiedy jakiś zespół brzmi dokładnie jak inny. Kiedy piszemy piosenkę i wychodzi z tego coś zbyt podobnego do kogoś innego, od razu mówimy: "O nie, nie możemy tego zagrać, brzmi jak ta i ta kapela", chyba że zrobiliśmy to celowo. Na przykład na nowej płycie mamy bardzo mocne wpływy Linkin Park, ale to było zamierzone działanie.
Bardzo mocno słychać to w wokalach.
- Czasem zależy nam, żeby pokazać coś konkretnego. Wiedzieliśmy, że jak zrobimy ten konkretny głos, w tej nucie, to będzie to czyste Linkin Park. Chcieliśmy zawrzeć takie wpływy na albumie.
Jest jednak różnica między kopiowaniem a, oddaniem hołdu.
- Tak, to tylko taki smaczek. Słuchasz i mówisz: "O, to przypomina mi...", ale w pozytywnym sensie. Właśnie tego chcemy, chcemy, żeby fani powiedzieli: "Dzięki za zrobienie tego małego wtrącenia w stylu Linkin Park, Blink-182 czy Gojiry". Robimy to ze smakiem. Może to właśnie ta cecha wspólna francuskich zespołów - że nie chcą brzmieć jak reszta. Tak jak mówiłem, kiedy zaczynaliśmy, jeździliśmy w trasy z wielkimi kapelami i czuliśmy, że nikogo nie obchodzimy. Teraz to wygląda inaczej. Prawdopodobnie też dzięki Gojirze, bo są ogromni, przez co ludzie zaczęli odnosić się do francuskich zespołów z szacunkiem. Fajnie widzieć naszą nazwę na górze festiwalowych plakatów. To oczywiście pomaga francuskiej scenie. Mamy tam przyjaciół z ten56, z Resolve, Novelists. Wszyscy teraz pną się w górę.
Jakie jeszcze francuskie kapele twoim zdaniem zasługują na większe uznanie?
- Myślę, że Resolve. Uwielbiam ich muzykę i uważam, że powinni być więksi. Znaczy, to już jest całkiem znany zespół, ale mogliby być o wiele wyżej. Novelists zaczęli robić świetną robotę, odkąd Camille dołączyła do zespołu. Super sprawa. I pojawiają się nowe kapele takie jak Ashen. Zaczęli koncertować, więc wszystko przed nimi. Mamy teraz mnóstwo nowych, dobrych zespołów.
Ta francuska unikalność dotyczy nie tylko sceny metalowej. Słucham też sporo rapu i uważam, że francuska scena rapowa, z jej europejskim zasięgiem, jest absolutnie niesamowita. Też jest bardzo inna.
- Francuska scena rapowa jest gigantyczna, dosłownie masywna. Mam nawet poczucie, że jesteśmy już tym trochę zmęczeni, bo było tego zbyt dużo. Ostatnie pięć lat we Francji należało wyłącznie do rapu. Oni wszyscy grają na arenach. To jest szalone. Czasem pojawiają się nowi artyści i w jednej chwili eksplodują, grając koncerty na wielkich halach. Dopiero co się pojawili i od razu wyprzedają największe obiekty. Ludzie to uwielbiają. Nawet nie wiedziałem, że w Europie słucha się francuskiego rapu, ale skoro tak mówisz...
Nie mogę odpowiadać za całą Europę. Sam po prostu zainteresowałem się tą sceną. Wiem jednak, że jeden z największych polskich raperów również mocno się nią inspiruje.
- Okej, może rzeczywiście stworzyliśmy coś wyjątkowego. Jesteśmy z Marsylii, na samym południowym wschodzie. Żyje tu mnóstwo ludzi pochodzących z Afryki Północnej, z Maroka, z Algierii. Na południu Francji są ich ogromne ilości. Może to właśnie ta muzyka, która przyszła z Afryki, a którą my teraz wplatamy w rap została zredefiniowana i stworzyliśmy w ten sposób coś własnego. Nie jestem ekspertem w kwestii rapu, ale może faktycznie jest to coś unikalnego. Zresztą Marsylia ma też swój bardzo specyficzny klimat. Mamy tu plażę, cały czas świeci słońce, ludzie są bardzo wyluzowani, więc ten klimat miasta wpływa na muzykę. Jesteśmy wyluzowani, ale mamy przy tym bardzo silną kulturę uliczną. Widzisz czasem mnóstwo obcokrajowców mówiących, że w Marsylii jest bardzo niebezpiecznie. Dla nas nie jest, dilerzy załatwiają sprawy między sobą. Ale oczywiście, nielegalnych używek tu nie brakuje. Myślę, że ten cały miks sprawia, że muzyka z południa jest inna.
Jako Landmvrks jesteście zawieszeni gdzieś pomiędzy metalcore'em, hardcore'em i hip-hopem. Czujecie, że należycie do jakiejś konkretnej sceny, czy po prostu akceptujecie tę mieszankę taką jaka jest, i mówicie o sobie jako o zespole metalowym?
- Trudno to zdefiniować. Oznaczamy to jako metalcore, bo mam wrażenie, że teraz metalcore to... nawet nie wiem. Kiedy ktoś mówi: "gram metalcore", to w zasadzie oznacza to, że może grać wszystko. Wydaje mi się, że zostało zdefiniowane na nowo. Możesz w nim śpiewać, możesz krzyczeć... Spójrz teraz na Sleep Token. Słuchasz i czasami się zastanawiasz - czy to jest w ogóle metal?
Tak, uwielbiam dyskusje na temat tego, czy Sleep Token to wciąż metal.
- Właśnie, bo oni idą z tym naprawdę bardzo daleko i nagle bach - wjeżdża gitarowy riff i metalowe bębny. Dlatego właśnie używam czasem określenia "nowoczesny metal". Mam wrażenie, że nie ma tu żadnych granic, wszystko jest bardzo otwarte. My po prostu robimy to, co lubimy. Może to też jest powód, dla którego ludzie lubią naszą muzykę. Zapewniam cię, że w niczym tu nie udajemy i nie kłamiemy. Nie tworzymy czegoś tylko dlatego, że "to by było fajne". Piszemy konkretne partie w utworach, bo po prostu lubimy ten styl. Nico za młodu grał w kapeli deathcore'owej, ja grałem w zespole pop-punkowym. Grałem też z artystami rapowymi, popowymi, soulowymi. Flo ma swój solowy rapowy projekt. A do tego wszystkiego kochamy hardcore. Więc po prostu mieszamy wszystko, co nam się podoba.
Z tego co pamiętam, Flo chce też wypuścić solowy projekt hardcore'owy.
- Tak, to bardzo świeży temat. Stworzył go w busie koncertowym w USA. Po prostu stwierdził: "Zróbmy kapelę hardcore'ową", bo to uwielbia. Denerwował się, że wciąż nie ma zespołu, w którym mógłbym grać na gitarze. Założył więc tę kapelę, a ja nagrałem mu bębny. Nie jestem oficjalnie perkusistą w tym zespole, ale przed jednym soundcheckiem w USA prosił, żebym nauczył się jednego kawałka i nagrałem bębny w 10 minut. Rudy, nasz basista, dograł bas i razem zrobiliśmy wokale. Wszystko wydarzyło się podczas trasy po Stanach. Było przy tym mnóstwo zabawy. Ja sam z kolei siedzę teraz w moim mieszkaniu i tuż obok mam gramofony do robienia scratchy. Kochamy hip-hop i kochamy hardcore. Nie potrafię jednoznacznie opisać naszej muzyki, ale po prostu robimy to, co nam w duszy gra.
Wracając na chwilę do Sleep Token, Myślę, że to pierwszy metalowy zespół, który bez problemu mógłby nagrać piosenkę z Duą Lipą, a to mogłoby dla was otworzyć drzwi.
- (śmiech) O, tak. Zdecydowanie, błagam.
Jak twoja obsesja na jej punkcie?
W porządku. Już trochę się uspokoiłem, przystopowałem. Szczerze mówiąc, przestałem na jakiś czas w ogóle słuchać Duy Lipy, ale to była fajna sprawa. Mam do niej ogromny szacunek. Wciąż mam mnóstwo jej koszulek. W zeszłym roku grała trasę w USA dokładnie w tym samym czasie co my. W każdym mieście, w którym występowała, miała pop-upy. Udało mi się pójść do jednego w Los Angeles, więc obkupiłem się jak szalony. Ale to nie tak, że mam na jej punkcie bzika! Ludzie wiedzą, że jestem jej wielkim fanem. Chociaż teraz mam wyrzuty sumienia, że jestem jednak słabym fanem, bo w ogóle jej ostatnio nie słucham. Ale tak - mam nawet tatuaż. Mam wytatuowane "Dua" na nodze. A jeden z moich przyjaciół ma na nodze słowo "Lipa". Mowa o Quentinie z ten56. Zrobiliśmy sobie te tatuaże razem.
Bardzo mi się to podoba. To po prostu zabawne, takie przeplatanie się światów artystów metalowych z popowymi muzykami. Wokalista Counterparts jest przecież wielkim fanem K-popu.
- O, tak, faktycznie. My wszyscy po prostu kochamy muzykę. Brałem mnóstwo lekcji gry na perkusji i mój nauczyciel nigdy nie uczył mnie metalu. Takiego grania nauczyłem się dopiero samemu i z przyjaciółmi. Nauczyciel pokazywał mi funk, soul i cały katalog piosenek Motown. Uwielbiam to. Teraz mam w domu małą, cichą perkusję i bawię się, grając muzykę funkową. Próbuję też uczyć się grać jazz, tak dla własnej przyjemności. Same podstawy. Nie zamierzam z tym występować. To coś tylko dla mnie. Bo z Landmvrks gramy teraz bardzo dużo koncertów i zacząłem czuć, że ograniczam się wyłącznie do grania własnych kawałków. Tęskniłem za czasami, gdy po prostu jammowałem ze znajomymi. Dlatego właśnie sprawiłem sobie do domu ten mały zestaw perkusyjny - żeby po prostu pograć. Gram sobie bez konkretnego powodu, tak dla frajdy.
Widzę, że z Landmvrks nie spieszycie się raczej z nowym materiałem.
- Jeszcze nie teraz. Zaczęliśmy o tym trochę rozmawiać, ale na razie bardziej na zasadzie określenia kierunku, w którym chcielibyśmy pójść. Jesteśmy na etapie: "Chłopaki, otwórzcie głowy, żyjcie życiem, słuchajcie nowej muzyki". Musimy odnaleźć nowe brzmienia i inspiracje. Miałem na przykład taki pomysł, rozmawiałem o tym z Flo: "A co by było, gdybyśmy spróbowali nagrać piosenkę bez metronomu, bez żadnych sampli z komputera, używając wyłącznie żywych instrumentów? Tak żebyśmy mogli grać to na żywo bez laptopa i żadnego kliku". Tak jak robili to w Metallice czy starych kapelach. Nawet pierwszy album Slipknota był ponoć w całości nagrany bez metronomu. Chciałbym spróbować czegoś takiego, żeby zabrzmieć trochę inaczej. Ponieważ w dzisiejszych czasach wszystko jest wyprodukowane zbyt perfekcyjnie i koniec końców przez to wszyscy brzmimy niemal identycznie. Więc tak, rzucamy na razie pomysłami, ale do samej pracy zabierzemy się chyba dopiero w przyszłym roku, bo ten rok jest naprawdę intensywny. W najbliższym czasie raczej nie ogłosimy żadnych nowości. Harmonogram pęka w szwach i brakuje nam czasu. Każdą wolną chwilę spędzamy z rodzinami, próbując chociaż trochę odpocząć.








