Kyle Alessandro: Miałem swoje bitwy do stoczenia [WYWIAD]
Kyle Alessandro w zeszłym roku reprezentował Norwegię podczas 69. Konkursu Piosenki Eurowizji. Co ciekawe, jako 19-latek był wówczas najmłodszym uczestnikiem wydarzenia. Dziś prężnie rozwija swoją solową karierę i to właśnie w Polsce ma jedną z największych grup fanów tuż obok Niemiec i Norwegii. W szczerej rozmowie artysta zdradził, jak wygląda jego życie po Eurowizji.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Jak ci się podoba w Polsce po raz pierwszy?
Kyle Alessandro: Dobrze, naprawdę dobrze. Fajnie w końcu tutaj przyjechać, bo Polska to moja druga największa baza fanów. Myślę, że ludzie tutaj długo na to czekali i ja również.
Jadłeś już pierogi?
- Jadłem pierogi. Wczoraj zjadłem ich osiemnaście! Zamówiłem pierogi ruskie i pierogi z mięsem.
I smakowały ci?
- Tak, absolutnie, bo uwielbiam pielmieni, czyli podobne danie popularne w Rosji i Europie Wschodniej. Wasze pierogi są większe.
Jak się czujesz z wydaniem debiutanckiego albumu? Wiem, że to nie jest twoja pierwsza płyta w ogóle, ale mam wrażenie, że to pierwszy raz, kiedy naprawdę wiesz, czujesz i rozumiesz, co chcesz przekazać publiczności.
- Jestem bardzo podekscytowany. Wszystko związane z zeszłoroczną Eurowizją i tym, gdzie dziś jestem, zaczyna się wreszcie układać w całość. Naprawdę cieszę się, że jestem w Polsce i to w dodatku w czasie premiery swojego albumu. To wielki zaszczyt, że mogę spędzić tutaj czas z wami. To niesamowite.
Twój ostatni singiel przed premierą albumu, "Halo", opowiada o uczuciu, kiedy wszystko wreszcie zaczyna się układać. Czujesz się dziś spełniony?
- Tak, zdecydowanie. Dzisiaj robiliśmy mnóstwo rzeczy w Warszawie i jestem już trochę zmęczony, ale wszystko idzie naprawdę dobrze. I nie chodzi tylko o Polskę - czuję się spełniony w życiu. Właśnie dlatego napisałem ten utwór. Mam wrażenie, że przeżyłem już tak wiele, choć nigdy się tego nie spodziewałem. Nie sądziłem, że spotkają mnie wszystkie te doświadczenia. Jestem po prostu bardzo wdzięczny i dlatego powstało "Halo".
To piękne, bo dziesięć lat temu pierwszy raz śpiewałeś "Halo" Beyoncé w norweskiej wersji programu "Mam Talent!", a teraz masz swoje własne "Halo". Co chcesz przekazać publiczności nie tylko tym utworem, ale całym albumem? Masz jakiś przekaz dla świata?
- Mam wrażenie, że ludziom wydaje się, że widzieli już wszystkie moje strony. Ale tak nie jest. Album "Aura" opowiada o moim 2025 roku - o wszystkich doświadczeniach, wzlotach i upadkach. Pokazywałem głównie te dobre momenty, ale miałem też wiele trudnych chwil. I wreszcie mogę opowiedzieć o tym przez muzykę, powiedzieć, czego doświadczałem w 2025 roku.
Mogę zapytać, kim jest tajemnicza "ona" w tej piosence? Cytuję: "powiedziała mi, żebym nigdy nie zgubił swojego światła".
- To moja mama. Powiedziała mi to, kiedy walczyła z nowotworem. Dziś już na szczęście wiemy, że wygrała tę walkę, ale w tamtym czasie powiedziała mi, żebym nigdy nie stracił swojego światła. To bardzo popularne powiedzenie w Norwegii. Po norwesku brzmi: "Aldri mist lyset ditt". Kiedy mi to powiedziała, lekarze dawali jej jeszcze sześć miesięcy życia. Jestem za to ogromnie wdzięczny, że zdołała pokonać tę chorobę. Chodziło jej też o to, że zajdę bardzo daleko, jeśli zachowam motywację, szczęście i miłość do muzyki. Właśnie to oznacza dla niej "światło". I jestem też wdzięczny, że go nie straciłem, mimo że w 2025 roku bywało trudno. O tym wszystkim usłyszycie na albumie.
Myślę, że jest wojowniczką.
- Zdecydowanie.
Dlaczego na albumie zabrakło eurowizyjnego hitu "Lighter"?
- "Lighter" było jak pierwsza część tej historii - taki początek albo otwarcie całej opowieści. Ten utwór odnosi się do tego samego cytatu, którego używam w "Halo". Piosenki są więc bardzo mocno połączone, podobnie jak w całym albumie. W "Lighter" śpiewałem bardziej o walce mojej mamy, którą obserwowałem. Natomiast "Aura" jest bardziej o mojej własnej walce. Choć nie tylko o walce. 2025 rok był dla mnie ogromny i wydarzyło się wiele dobrych rzeczy, choć miałem też swoje bitwy do stoczenia.
Jak dziś patrzysz na swoją drogę od Eurowizji do dzisiaj?
- Jestem ogromnie wdzięczny, że mogę robić to, co robię teraz. Zawsze marzyłem, żeby zajmować się tym profesjonalnie. "Lighter" stworzyłem w swojej sypialni. To dla mnie szalone, kiedy dziś pracuję w dużych studiach z wielkimi nazwiskami w Norwegii i poza nią, bo byłem w Madrycie, w Mediolanie, w Sztokholmie… Jestem po prostu wdzięczny, że mogę to robić i że mam taką możliwość. Ta droga była intensywna, ale też niesamowicie ekscytująca. Miałem małą letnią trasę koncertową, grałem festiwale i koncerty w krajach nordyckich. Dużo podróżuję - czy to na promocję, czy koncerty. To naprawdę spełnienie marzeń. Można powiedzieć, że żyję jak gwiazda popu i jestem bardzo wdzięczny, że mogę tego doświadczać.
Skoro mówimy o Eurowizji - jak wygląda dziś twoja relacja z "matką Eurowizji", Justyną?
- Justyna, tak! "My queen, my matka, my mama". Kocham ją. Nie rozmawialiśmy za dużo przez ostatnie tygodnie, ale wysyłamy sobie wiadomości od czasu do czasu. W zeszłym roku rzeczywiście kontakt był częstszy, ale teraz każdy z nas ma masę projektów. Chociaż, skoro pytasz, to może powinienem napisać do niej wiadomość: "Matka! Jestem w Polsce, chodźmy na pierogi"?
Absolutnie tak! Skoro to twój pierwszy raz w Polsce - co jeszcze planujesz?
- Może zobaczymy Stare Miasto, kto wie? Chciałbym pójść na pewno na zakupy. Chciałbym znaleźć jakieś vintage'owe rzeczy, bo uwielbiam taki styl. Zauważyłem też, że w Polsce jest pasta do zębów Marvis, której używam. W Norwegii jej nie mamy, więc zawsze kupuję ją za granicą.
Co z trasą koncertową? Czy możesz coś zdradzić?
- Hmmmm, mogę coś powiedzieć? Ajjjjjj, jeszcze nie mogę nic powiedzieć!
To obiecaj chociaż, że jeśli takowa trasa ruszy, to że jednym z przystanków będzie także Polska.
- (śmiech) Wkrótce zobaczymy. Jeśli coś się wydarzy… to całkiem niedługo. Może za około tydzień…









