Kwiat Jabłoni o albumie "Przesilenie": "Orkiestra symfoniczna marzyła nam się od zawsze i nadszedł na nią czas" [WYWIAD]
Kasia i Jacek podbili serca słuchaczy lata temu, ale wciąż wiedzą, jak utrzymać ich uwagę. Kwiat Jabłoni przechodzi przez "Przesilenie", czyli moment totalnego wychylenia. Jak duet odbiera swoją sztukę? I co sądzi o artystach, którzy nie decydują się na publiczne przedstawienie swoich racji?

Bartłomiej Warowny, Interia Muzyka: Fanom mówicie "do zobaczenia", nie "żegnajcie", jednak trochę tej nostalgii jest. Czym jest dla was to "Przesilenie", które oddajecie w ręce fanów?
Jacek Sienkiewicz: "Przesilenie" zapowiada nowy etap, podczas którego na chwilę pójdziemy z Kasią w inne strony. Nazwa projektu to dla mnie odwzorowanie przesilenia emocjonalnego - specjalnie nie tworzyliśmy płyty z nowymi utworami na tę serię koncertów, tylko zebraliśmy nasze ulubione utwory z siedmiu lat, żeby do skrajności emocjonalnej doprowadzić to, co przez lata pokazywaliśmy naszym słuchaczom. Współpraca z orkiestrą symfoniczną to nasze marzenie od lat, więc bardzo się cieszymy, że możemy zagrać teraz w tak pięknym składzie.
Kasia Sienkiewicz: "Przesilenie" jest dla mnie momentem totalnego wychylenia. To pewne maksimum, które osiągamy właśnie razem z orkiestrą, bo przecież zaczynaliśmy kiedyś jako duet, a pewien etap kończymy z wielkim składem. To także punkt zwrotny, od którego się odbijasz i idziesz w inną stronę, dlatego nazwa projektu idealnie odwzorowuje stan, w którym się znajdujemy jako zespół. Po tej orkiestrowej trasie na chwilę chcemy się wyciszyć, ale to nie jest koniec zespołu, a jedynie oddech potrzebny do złapania dystansu i nabrania nowych pomysłów.
Orkiestra symfoniczna, piękne wersje znanych utworów, bogate aranże - dlaczego wybraliście właśnie taki sposób świętowania?
JS: To był naturalny etap myślenia o zespole, bo faktycznie od początku naszego istnienia każdy kolejny sezon wiązał się z rozbudowaniem składu. Zaczynaliśmy od duetu, potem pojawiła się sekcja rytmiczna, następnie zespół stał się siedmioosobowy, na halach występowaliśmy w trzynaście osób z sekcją dętą. Z kolei na naszej trzeciej płycie mamy utwór nagrany z orkiestrą smyczkową, więc to nasz naturalny rozwój myślenia. Orkiestra symfoniczna marzyła nam się od zawsze i nadszedł na nią czas. Było kilka momentów w naszej działalności, kiedy mogliśmy zobaczyć, jak naprawdę gra się z orkiestrą - przykładowo przy okazji koncertu z "Pieśniami Współczesnymi" Miuosha czy sytuacji telewizyjnych, gdzie współpracowaliśmy z Jankiem Stokłosą, który robił aranże na orkiestrę w naszych utworach.
KS: To jest, jak się okazuje, naprawdę trafione i bardzo dobrze się z naszymi piosenkami łączy. Ważne jest dla mnie, że wracamy do znanych utworów w nowych aranżacjach, bo to pozwoliło mi na wykonywanie ich tak, jak teraz bym chciała. Osobiście wolę większość nowych wersji od oryginałów, bo są dla mnie wykonawczo aktualne. Cieszę się, że na przykład "Dziś późno pójdę spać" z naszego pierwszego albumu mogę zaśpiewać inaczej, bo teraz właśnie w ten sposób, już od jakiegoś czasu, śpiewam tę piosenkę. Śpiewam inaczej niż lata temu, kiedy nagrywaliśmy ten numer, więc cieszę się, że mogę się podzielić bardziej aktualnymi wersjami.
A mając na uwadze aktualne wersje, który utwór z "Przesilenia" jest waszym ulubionym? Mój to zdecydowanie "Burza"!
KS: Ciężko mi wybrać jeden utwór, ale na ten moment postawiłabym na surowe, etniczne "Niemożliwe", totalnie inne niż oryginał "Byłominęło" i emocjonalne "Głośniej".
JS: Ja bardzo lubię "Przezroczysty świat", którego nie ma na płycie, ale będzie można go usłyszeć na koncertach i, w przyszłości, być może na streamingu. Poza tym "Głośniej" w aranżu Janka Stokłosy i "Dom".
KS: A ja mam po prostu wiele ulubionych momentów, fragmentów. Na przykład zawsze bardzo czekam na ogromnie ekspresyjny bridge w piosence "Dom". Uwielbiam również skrzypcowo-fortepianowy, dosłownie kilkusekundowy, fragment w "Niemożliwe", tuż przed drugą zwrotką, którą gram ja i jedna z moich najlepszych przyjaciółek Ada Wadoń, która zasiada w pierwszych skrzypcach - miłe jest dla mnie, kiedy wiem, że gramy razem. Kocham wszystkie momenty, kiedy słychać gitarę dobro, fragmenty z lirą korbową są niezwykle magiczne. Czekam za każdym razem na wejście solówki trąbki w "Byłominęło", czy na solo saksofonu w "Od nowa"... Te momenty, które nadają dynamiki, są dla mnie naprawdę porywające.
Zobacz również:
Czy spotkało was w show-biznesie coś takiego, co bardzo was zaskoczyło, a nawet zniesmaczyło?
JS: Nie spodziewałem się, że w naszej pracy social media będą pełnić aż tak ważną funkcję. Świat przez dziesięć lat zmienił się diametralnie, a ja czuję się do niego, w kontekście mediów społecznościowych, kompletnie nieprzystosowany. Widzę po sobie, że przez ilość powiadomień i presji pogorszyły mi się trochę kontakty z ludźmi.
KS: Social media narzuciły na nas jako muzyków dziwną presję, ponieważ wzbudzają uczucie, że ciągle musimy zajmować swoją głowę planowaniem contentu. Chociaż nie zawsze tego chcemy, to stało się jasne, że social media są nieodłącznym elementem pracy, nawet tej artystycznej, i nie można tego mechanizmu jak na razie zatrzymać. Szukam drogi, żeby robić to z przyjemnością, żeby nie dać się wciągać w wymęczające scrollowanie, a jednocześnie aby czerpać z social mediów mimo wszystko jakąś radość i satysfakcję. Cieszę się, gdy mogę przekazać w mediach społecznościowych coś naprawdę ważnego - wtedy wreszcie widzę w tym jakiś sens i cieszę się, że mam widownię, do której mogę dotrzeć z treściami na przykład ważnymi społecznie albo prozwierzęcymi.
JS: Świadomość tego, że każdy w Polsce, i w sumie poza nią, może do mnie napisać, już sama w sobie wywołuje gigantyczną presję. To mnie tak przytłoczyło, że chwilami po prostu nikomu nie odpisuję. Co prawda rzutuje to na relacje, ale wszystko można wypośrodkować, a nawet trzeba, jeśli chcemy poczuć się wolniejsi. Z drugiej strony należy przyznać, że social media robią świetną pracę w nagłaśnianiu ważnych informacji - nasza "wośpowa" zbiórka urosła tak dynamicznie dzięki internetowi, więc to potężne narzędzie.
KS: Social media nie są na wskroś złe, jednak gdybym nie była osobą publiczną, to prawdopodobnie zupełnie bym się od nich odcięła. Jestem miłośniczką analogowych wersji wszystkiego - wolę czytać prawdziwe gazety i słuchać muzyki z płyt. Wracając do twojego pytania - w tej pracy z kolei pozytywnie zaskoczyło mnie to, że spotkałam tak wielu super ludzi. Nie spodziewałam się, że ta branża jest naprawdę miła i otwarta. Tzw. "gwiazdy", a przynajmniej te, z którymi my mieliśmy styczność, to są fajni, ciekawi ludzie, można się z nimi zaprzyjaźnić. Branża muzyczna w Polsce składa się naprawdę z sympatycznych i ciepłych ludzi, co, nie ukrywam, chyba najbardziej mnie zdziwiło. Tyle się mówi o toksycznych relacjach na tym rynku, wykorzystujących wydawnictwach, ale nas nic takiego nie spotkało.
1 lutego br. wzięliście udział w koncercie "Solidarni z Ukrainą". Piękny projekt!
JS: Dla mnie i dla Kasi to bardzo ważne wydarzenie. W zeszłym roku Ewelina Flinta organizowała koncert dla Gazy, w którym również zaśpiewaliśmy i wiemy, że bardzo chcemy brać udział w takich projektach. Interesujemy się światem i jako artyści od zawsze chcieliśmy wypowiadać się na temat spraw społecznych. Uważam, w kontekście Ukrainy, że ten konflikt stał się przezroczysty, "normalny". Trwa tyle lat, że ludzie przyzwyczaili się do niepokoju w Ukrainie, więc chcemy brać udział w przypominaniu i ciągłej pomocy. Koncert "Solidarni z Ukrainą" takim przypomnieniem właśnie jest, więc cieszymy się, że mogliśmy wziąć w nim udział.
Często bierzecie udział w takich "pomocowych" wydarzeniach i nie boicie się przedstawiać swojego światopoglądu, jednak nie wszyscy artyści decydują się na publiczne przedstawienie swoich racji. Co o nich sądzicie?
KS: Czy wyobrażamy sobie takie postaci jak Bob Dylan, John Lennon, Jacek Kaczmarski, wszelkie zespoły z nurtu punk-rockowego, które nie wypowiadają się na tematy społeczne i nie komentują rzeczywistości? Przecież często to właśnie poglądy na świat bywają drogą do faktycznego zrozumienia artysty i jego twórczości. Według mnie argument: "Jestem artystą, więc się nie mieszam w takie sprawy" nie ma sensu. Oczywiście rozumiem, że można nie chcieć "się mieszać", bo wiem, że każdy powinien prowadzić swoją karierę artystyczną po swojemu, ale jednocześnie czuję jakiegoś rodzaju zawód, gdy mój muzyczny autorytet nie wykorzystuje swoich zasięgów do mówienia o sprawach ważnych. Osobiście poszukuję takich artystów i wiem, że nie tylko ja!
JS: Nie potrafię wkurzać się na artystów, którzy nie udzielają się społecznie, tylko po prostu nie rozumiem tego. Skoro mam do tego narzędzia w postaci rozbudowanych mediów społecznościowych, to jasne, że ich użyję.

Wróćmy na chwilę do debiutu - pierwsza premiera, noc przed podzieleniem się twórczością ze światem. Jaką emocję chcecie zapamiętać do końca życia?
JS: Pamiętam, że studiowałem wtedy na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie i bardzo się bałem reakcji moich znajomych, bo Kwiat Jabłoni to jednak muzyka popowa oparta na kilku akordach. Studiowałem "Kompozycję", więc w mojej głowie, dla moich koleżanek i kolegów, im bardziej coś było skomplikowane, tym bardziej było wartościowe. Jak się okazało, nie zjedli mnie! Przyszli do mnie koledzy i przyznali, że słuchali, i że bardzo kibicują. Dzięki temu wsparciu zrobiło mi się mega miło. Chciałbym, żeby została we mnie świeżość w jaraniu się muzyką.
KS: Debiutując, to wszystko, co nas spotykało, było nowe. Byłam serio podekscytowana i co drugi dzień wydzwaniałam do naszego menadżera Przemka, żeby dowiedzieć się, co nas dalej czeka, jakie ma dla mnie wieści. Dzisiaj czuję, że za mało doceniam takie niesamowitości, jakimi są koncerty, wyjazdy, festiwale... Cieszą mnie, bardzo, ale jakby za mało. Gdybym mogła dla siebie zabrać coś na zawsze z okresu naszego debiutu, byłoby to bycie "tu i teraz" i przeżywanie wszystkiego na maksa.
Nadchodzi trasa "Przesilenie Tour", więc znowu spotkacie się z fanami!
JS: Trasa bardzo nas cieszy. Gdy zagraliśmy trzy koncerty z 34-osobową orkiestrą w legendarnej Sali Widowiskowej Zespołu "Mazowsze" w Otrębusach, podczas których nagrywaliśmy materiał na najnowszą płytę, byłem zachwycony. Z ogromną ciekawością czekam na koncerty w filharmoniach, bo duże skupienie i wspólne czucie muzyki wysuną się tam wyjątkowo na prowadzenie. Będzie z nami orkiestra i masa ludzi, więc będziemy mieć kilkadziesiąt osób na backstage'u. W Otrębusach świetnie się nam współpracowało, więc nie możemy się doczekać.
KS: Cieszę się, że za każdym razem będą to aż dwa koncerty w ciągu dnia, bo na swój sposób lubię doprowadzać się do dużego zmęczenia naszą pracą. Wiem, to brzmi dziwnie, ale ja po prostu się strasznie wkręcam, jak już zaczynam pracować, i chcę trwać w tym stanie. Każdy koncertowy dzień na tej trasie to podróż, próby dźwięku, przygotowania, rozśpiewka, dwa dwugodzinne koncerty i powrót do hotelu o północy. Ogromnie to lubię i całe szczęście. Nie mogę się też doczekać przeżywania wielu przyjacielskich emocji w ciągu tych dni, bo orkiestra to grupa naszych przyjaciół i bardzo dobrych znajomych.





![SnowFest 2026. Pierwszy dzień: samo się do rana nie potańczy [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MG8T07UOT447P-C401.webp)

![Hańba! Hioba Dylana "Za kim idziesz": Polska od A do Z [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000MFYJ64RIAUFKK-C401.webp)

