Krzysztof Iwaneczko: Staram się być lepszym człowiekiem i muzykiem

- Jedyna, nadrzędna wartość to bycie fair wobec ludzi, którzy mi zaufali i którzy czekali na moją muzykę – mówi Interii Krzysztof Iwaneczko, który na początku roku zadebiutował z albumem „Jestem”.

Talent Krzysztofa Iwaneczki szeroka widownia poznała dzięki programowi "The Voice of Poland", którego szóstą edycję wygrał muzyk. Następnie rozpoczął żmudne przygotowania do wydania swojego albumu. Ten ukazał się 18 stycznia 2019 roku w wytwórni ID Music, którą założył sam Iwaneczko.

Następny krok w karierze twórcy to wyruszenie w pierwszą trasę koncertową. Ta rozpocznie się 2 kwietnia w Poznaniu w klubie Blue Note. Następnie artysta odwiedzi m.in. Katowice (5 kwietnia, MDK Giszowiec), Kraków (10 kwietnia, Zaścianek), Gdańsk (14 kwietnia, Parlament), Warszawę (16 kwietnia, Stodoła) i Wrocław (18 kwietnia, Stary Klasztor).

Jesteś w trakcie prób przed pierwszą poważną trasą koncertową. Jaki czujesz się przed występami promującymi debiutancką płytę?

Bardzo dobrze. Przede wszystkim, dlatego że skupiamy się na pracy i robimy to, co zawsze było dla mnie ważne, o czym zawsze marzyłem - stanąć przed publiką i oddać jej prawdziwe emocje. Generalnie dla mnie scena to jest żywioł i bardzo się cieszę, że mogę na niej funkcjonować i że po prostu do tej pory z niej nie spadłem.

Debiutancką płytę nazwałeś "Jestem" i mam wrażenie, że to jest pewnego rodzaju drugie przywitanie z szerszym słuchaczem. Też tak do tego podchodzisz?

To nie jest drugie przedstawienie, a absolutnie debiutanckie przedstawienie się przed słuchaczami. Bo właśnie w ten sposób chciałbym się zaprezentować odbiorcy. Nie widzę ku temu innej okazji niż wydanie debiutanckiej płyty. Tytuł "Jestem" wybrałem z dwóch powodów - po pierwsze to jestem ja i to są moje emocje, które przelałem na ten krążek, a po drugie - i o tym miałem okazję mówić już gdzieś wcześniej - w ostatnim czasie zmagałem się z wieloma trudnościami, aby wydać płytę. Wcale nie jest tak, że wygrywając program typu talent show, na stole ląduje kontrakt, a płyta już czeka na wydanie. W moim przypadku na wszystko trzeba było cierpliwie i pokornie czekać, niejako “wyrywając sobie" to ciężką pracą.  W tamtym czasie najważniejsze było, aby otrzymać wsparcie ważnych dla mnie ludzi. Działało to na zasadzie: "Jestem, masz mnie". I to właśnie najbliższym zadedykowałem ten tytuł.

Od twojego udziału w "The Voice of Poland"  minęły już trzy lata - od tego czasu starasz się zerwać z wizerunkiem uczestnika programu. Jak perspektywy czasu oceniasz swój udział w talent show?

Nie wspominam. To już jest historia, choć z tej historii wyciągnąłem już wnioski i jestem za nią bardzo wdzięczny.  Dziś mamy nowe wyzwania, które pochłaniają nas niesamowicie i na nich się skupiamy. Trzy lata to w branży muzycznej jednak szmat czasu dlatego nie mam powodów, by wspominać, co działo się tak dawno temu. Staram się być lepszym człowiekiem i muzykiem. Dziś ważny jest krążek, który wydałem i trasa koncertowa, która tę płytę promuje. Na to wydarzenie kieruję najwięcej swojej energii.

Płytę wydałeś we własnej wytwórni - ID Music - mimo, że dużo mówiło się o możliwości współpracowania z dużym graczem i wspomnianym przez ciebie kontrakcie. Gdzie nastąpił rozjazd między tym, co chciała wytwórnia, a tym co chciałeś robić?

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dobrze jest tak jak jest. Jestem wdzięczny za tą drogę i stale podnoszący się poziom jej trudności. Jedyne, czym kieruję się w życiu to uczciwość. Stąd decyzja o wydłużeniu sobie drogi do osiągnięcia celu i niewydaniu płyty, pod którą nie mógłbym się podpisać. Dlatego tak naprawdę nigdy tego kontraktu nie miałem. Jedyna, nadrzędna wartość to bycie fair wobec ludzi, którzy mi zaufali i którzy czekali na moją muzykę. Wiedziałem, że jeśli naprawdę czekają, to zrozumieją, że pewne rzeczy nie przychodzą od razu, choć przede wszystkim musiałem sam nauczyć się cierpliwości.

Gdy rozmawiałem z GrubSonem na temat jego nowej wytwórni, to przyznał, że doszło mu po jej założeniu mnóstwo nowych obowiązków, o których wcześniej nie miał zielonego pojęcia. Zostałeś zaskoczony w podobny sposób?

Owszem. To na pewno jest duża szkoła życia, na którą - czasem mam wrażenie - nie byłem do końca gotowy. Ciągle muszę się rozwijać w zakresie czysto biznesowym, żeby pospinać pewne rzeczy formalno-prawne.  Ostatnio mój menedżer, który zarządza również stroną wytwórni, zadzwonił do mnie, gdy byłem na urlopie i mówi: "Krzysztof musimy dojrzeć 20 lat wcześniej". I faktycznie coś w tym jest, trzeba mieć bardzo chłodną głowę. Ciągle się rozliczam ze swoich błędów i bardzo krytyczne patrzę na siebie właśnie przez to, że ta firma istnieje. Pomaga mi to też nie spocząć na laurach. Bo oprócz tego, że zastanawiam się, jak być lepszym muzykiem i jak poprawiać swój warsztat, to myślę też, jak tym wszystkim wydajniej zarządzać i rozwijać to w przyszłości. Bo nie będę funkcjonował na scenie do końca życia. Muszę jednak przyznać, że to bardzo fajna przygoda i duży komfort, móc współpracować z ludźmi, którymi się otoczyłem.

A czy myślisz o tym, aby wytwórnia, oprócz wydawania twojej muzyki, brała pod skrzydła innych młodych artystów?

Mam takie pomysły, owszem, ale uważam, że jest na to jeszcze za wcześnie. Ciągle uczę się pokory. Wiem, że dzisiaj mam zbyt nikłe doświadczenia, aby pomagać innym, a biorąc na barki taką odpowiedzialność, mógłbym komuś mocno zaszkodzić w życiu.

Wróćmy do tematu płyty. Jesteś w stanie określić, ile czasu powstawał ten materiał?

Nie potrafię tego zamknąć w ramach czasowych, dlatego że ja już idąc do programu miałem gotowy materiał. Jedyne, co na późniejszym etapie pracy nad nim nastąpiło, to otoczenia się ludźmi, którzy potrafią więcej ode mnie. Taką osobą był m.in. producent Michał Kush, który nadał tej płycie świeżości i współczesnego sznytu. Ciężko zamknąć to w ramy czasowe, bo to pewien zapis tego, o czym od dłuższego czasu myślałem, jakie mam przemyślenia dotyczące świata i naszego funkcjonowania.

Jak doszło do waszej współpracy z Michałem Kushem?

Zadzwoniłem do niego i zapytałem, czy chciałby posłuchać mojego materiału. Spotkaliśmy się i doszliśmy do wniosku, że nasze punkty widzenia i “czucie" muzyki są zbieżne, stykają się gdzieś w jednym punkcie. Uznaliśmy, że może wyjść z tej współpracy coś intrygującego dla obu stron. Bardzo dużo nauczyłem się od Michała. On też wyczuł, że to jest to, co chciał robić i o czym myślał, ale być może nie miał wcześniej okazji się tego podjąć. Bardzo mnie to zbudowało, że taki producent jak Michał zdecydował się podjąć rękawice i myślę, że to nie koniec.

Na płycie jest kilka momentów, które mogły zaskoczyć twoich fanów. Chodzi mi tu o m.in. mariaż z muzyką elektroniczną. Czy to też jakiś sposób pokazania tego, że potrafisz teraz dużo więcej niż jeszcze kilka lat temu?

Nie, to absolutnie nie był taki zamysł. Nie próbowałem nic nikomu udowadniać, bo przede wszystkim sam muszę udowadniać sobie, że z każdym dniem potrafię lepiej. To nieustanny rozwój jest moim celem.

Jeśli mam być szczery, to przywitaniem się z publiką jest dopiero ta płyta. Zostałem tak wychowany i moi mistrzowie wpajali mi taką filozofię, że to płyta jest wyznacznikiem tego, kim jesteśmy jako artyści. Nie program, nie show. Muzyka to nie igrzyska. Zawsze inspirowało mnie łączenie gatunków, sięganie po środki artystyczne, które daje nam XXI wiek, jak choćby elektroniczne brzmienia i zestawianie ich z tradycyjnym podejściem do muzyki. Tak naprawdę zastanawiam się, czy można mówić, że ja już komuś coś pokazałem. Jeszcze sporo nauki przede mną i trzeba mocno pracować, aby coś osiągnąć. Przede wszystkim chcę być szczery wobec siebie i słuchacza na koncercie.

Mówiłeś na początku wywiadu, że już myślisz nad nowym materiałem. Czego możemy się spodziewać po twojej kolejnej płycie?

Od razu mogę zaprosić na moje koncerty, dlatego że na nich pojawi się kilka nowości, które ciężko spiąć pod wspólnym mianownikiem gatunkowym i też są taką odpowiedzią na to, w którą stronę chciałbym pójść jako muzyk, z kim chciałbym pracować i jakie mam podejście do słowa pisanego.

 

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje