Kreator: Warto wrócić do analogowego życia [WYWIAD]
Blisko cztery i pół dekady na scenie - mogłoby się wydawać, że to długo, ale dla niemieckiego Kreatora czas nie ma znaczenia. Zespół pod wodzą Milanda "Mille'ego" Petrozzy nie zwalnia tempa i właśnie wydał kolejny album, "Krushers of the World".

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: To już szesnasty album Kreatora. Na początku zahaczaliście o black metal, później zdarzały się zapożyczenia z industrialu, ale z grubsza trzymacie się tego samego, szybkiego i agresywnego, thrashowego brzmienia. Wiele zespołów z tak długim stażem i tak stabilną wizją estetyczną po latach wpada w rutynę, Kreator wydaje się na nią odporny. Jaki masz na to sposób?
Miland "Mille" Petrozza: Przede wszystkim uwielbiam tworzyć nowe utwory. Nigdy się do tego nie zmuszam. Lubię też - w ramach, które w tym zespole przyjęliśmy - szukać czegoś nowego i świeżego. Wiem, że wiele osób najchętniej wraca do naszych początkowych albumów, ale sam wolę spoglądać naprzód, niż zapatrywać się na to, co było. Cała tajemnica tkwi w skupieniu się na robieniu tego, co wychodzi najlepiej i unikaniu powtarzania się. Dla takiego zespołu jak Kreator, który funkcjonuje od ponad czterdziestu lat, oczywiście jest to coraz trudniejsze, ale staram się cały czas łączyć nowe ze starym. Za każdym razem, kiedy nazbiera się, powiedzmy, piętnaście kawałków, wybieram dziesięć najlepszych i od szlifowania ich zaczyna się praca nad kolejnym albumem.
Wielką zaletą nagrywania nowych albumów, których publiczność faktycznie chce słuchać, jest to, że nie musicie nieustannie grać "przebojów" sprzed lat. Ludzie chcą usłyszeć zarówno stare, jak i nowe kawałki. To z kolei na pewno utrudnia skonstruowanie setlisty, która zadowoliłaby wszystkich.
- Jeszcze o tym nie myślałem, ale na pewno nie będzie lekko. Z tych szesnastu albumów nazbierało się ponad sto siedemdziesiąt utworów, z czego musimy wybrać piętnaście, może dwadzieścia. Jednym z głównych kryteriów jest to, na ile reprezentują zespół, jakim Kreator jest dzisiaj. Jak jednak wspomniałeś, z grubsza trzymamy się brzmienia wypracowanego już na samym początku. Dzięki temu wciąż możemy grać muzykę z pierwszego albumu tak, jakby powstała wczoraj, ale też trudniej cokolwiek definitywnie odrzucić.
Według statystyk serwisu Setlist.fm najczęściej gracie oczywiście "Pleasure to Kill", najrzadziej takie utwory, jak "Whatever It May Take", "Shadowland" czy "Progressive Proletarians". Kiedy decydujesz, że dany kawałek albo nadaje się na koncerty, albo pozostanie materiałem studyjnym?
- Trudno powiedzieć, to przychodzi samo z biegiem czasu. Kiedy nagrywasz album, wydaje ci się, że wszystkie utwory są świetne i najchętniej wykonywałbyś całość od deski do deski, ale później zaczynasz ogrywać materiał w sali prób, testować go przed publicznością, widzisz reakcje i już wiesz, co się sprawdza, a co nie. Moje podejście do grania na żywo jest takie, że wybrane utwory mają tworzyć jedną, spójną całość trwającą mniej więcej półtorej godziny. To nie ma przypominać składanki z największymi przebojami, tylko układać się w dobrze rozplanowaną dramaturgię ze zmianami nastrojów i temp. Dobry koncert powinien zacząć się od mocnego uderzenia, a później wywoływać przeróżne, intensywne emocje. Reakcje publiczności i własny instynkt to nasze główne kryteria. Jeżeli w trakcie koncertu da się wyczuć, że w jakimś momencie energia siada, to znak, że trzeba jeden z utworów wymienić na inny.
Wielu metalowych muzyków o długim stażu decydowało się na wyraziste skoki w bok, jak Rob Halford w jego industrialnym zespole Two albo Anthrax, kiedy ocierał się o hip-hop. Myślałeś kiedyś o spróbowaniu czegoś drastycznie innego?
- Według niektórych osób na przykład album "Endorama" był drastycznie inny od tego, co robiliśmy wcześniej. Są zresztą takie osoby, dla których "Krushers of the World" jest kontrowersyjny ze względu na produkcję czy elementy deathmetalowe. Często myślę o nagraniu albumu solowego, ale gramy z Kreatorem tak wiele koncertów w ciągu roku, że trudno znaleźć na to czas. A jak już miałbym się za taki projekt zabrać, nie mógłby powstawać bez pełnego zaangażowania. Nie wiem, czy i kiedy coś z tego wyjdzie, ale bez wątpienia solo wziąłbym kurs na bardzo odmienną muzykę.
Najbardziej niecodziennym projektem, w jakim wziąłeś udział jest według mnie album "Revolution" Lacrimosy. Mój ulubiony w ich dyskografii, ale przez wielu fanów przywiązanych do oryginalnego, gotyckiego brzmienia zespołu, odebrany jako zbyt ciężki. To doświadczenie miało wpływ na późniejszą muzykę Kreatora?
- Jak najbardziej. Uwielbiam przeróżne rodzaje muzyki. Punk rock, hardcore, gotyk, singersongwriterów, muzykę z lat 60. i 70. Mam też wielu przyjaciół, którzy komponują i uczę się od nich. Dzięki temu czuję, że mam w sobie jeszcze wiele niewykorzystanych pomysłów wymagających eksplorowania nieznanego terytorium. Muszę tylko znaleźć na to czas.
W jednym z wcześniejszych wywiadów wspomniałeś, że demówki "Krusher of the World" brzmiały jak niemal gotowy album. Tak bardzo rozwinięta technologia produkowania muzyki pomaga szybciej zdecydować, w jakim kierunku będzie zmierzał album?
- Tak. Nie czuję żadnego strachu przed nowymi technologiami. Demówki nagrywam niezmiennie od czasów magnetofonów czterośladowych, czyli od początku lat 80., bo rzeczywiście pomagają szybciej dostrzec większy obraz. Możliwość przygotowania materiału, który brzmi niemal jak preprodukcja właściwie w takich samych warunkach jak przed laty, jest niesamowita. Oczywiście album zawsze będzie miał inny charakter, bo to zderzenie czterech grających razem osób, dzięki czemu czynnik ludzki jest znacznie bardziej wyraźny, niż kiedy gram sam do cyfrowych bębnów. Obecne możliwości technologiczne po prostu skracają pewien proces. Pozwalają szybciej wyłapać, co się sprawdzi, a z czego trzeba zrezygnować.
Jak bardzo nagrywanie "Krushers of the World" różniło się od nagrywania "Endless Pain" albo "Pleasure to Kill"?
- Minęło bardzo wiele lat od tamtego czasu. Na pewno jesteśmy bardziej doświadczonymi muzykami, ale entuzjazm i energia pozostają na dokładnie takim samym poziomie. Nie pozwalamy też, żeby doświadczenie stawało nam na drodze w poszukiwaniu nowego. Trzeba gonić za pewną naiwnością i pielęgnować ją w sobie, by nie została zniszczona przez ściśle kontrolowane środowisko i coraz to lepsze umiejętności techniczne. Kiedy temu ulegasz, jesteś martwy jako kompozytor. Sam chociaż wiem, jakie gram akordy, nie czuję się w tej sferze ekspertem. Mam w zespole dwóch niesamowitych, wykształconych muzyków - Samiego (Yli-Sirniö, gitarzystę) i Freda (Leclercqa, basistę) - którzy mówią mi, co gram i pomagają nad tym zapanować. Potrafię sobie wyobrazić muzykę, ale nie umiem jej zapisywać, więc praca zespołowa jest dla nas naprawdę ważna. Na "Krushers" świetnie się to sprawdziło, bo po wielu wspólnych koncertach na całym globie jesteśmy jeszcze lepszą drużyną. Jesteśmy lepszym zespołem, bo zostaliśmy jeszcze bliższymi przyjaciółmi.
Tytuł jednego z singli to "Satanic Anarchy", czyli największy koszmar każdego konserwatywnego rodzica - nie tylko anarchia, ale w dodatku satanistyczna. Kto jednak z tymi dwoma tematami w muzyce miał do czynienia, wie, że pełnią funkcję symboli sprzeciwu. A dzisiaj powodów do sprzeciwiania się jest wiele. Które tobie najbardziej leżą na sercu?
- (śmiech) Faktycznie dla niektórych satanizm i anarchia to przerażająca kombinacja. Myślę, że trzeba przede wszystkim stawiać opór pokusie poddawania się mediom społecznościowym. Zakrzywiają całą naszą rzeczywistość i samopoczucie. Doprowadzają do tego, że potrafimy poświęcać czas na myślenie o ludziach z drugiego końca świata, których w ogóle nie znamy, bo w jakimś temacie mamy odmienne zdanie. Uważam, że warto wrócić do analogowego życia. Nie musimy znać każdego szczegółu z działalności jakiegoś polityka z innego kraju. Lepiej to wszystko wyłączyć i skupić się na swoim życiu. Znaleźć w sobie siłę, żeby sprzeciwić się temu uzależniającemu praniu mózgów. Lubię w mediach społecznościowych to, że mogę dzięki nim wchodzić w bezpośrednie interakcje z fanami, ale jest tam wiele zła. Trzeba korzystać z nich z wielką ostrożnością.









