Reklama

"Konserwatyści i kokainiści: Wstęp wzbroniony!"

- Każdy dzień w zespole jest jak żywcem wyjęty z filmu "Spinal Tap" - tak ze śmiechem 30-letnią karierę New Model Army podsumował założyciel i lider zespołu Justin Sullivan, nawiązując do kultowego komediowego filmu o anty-karierze hardrockowej grupy Spinal Tap.

Z artystą o długiej historii jednego z najważniejszych zespołów post-punkowych przed krakowskim koncertem New Model Army rozmawiał Artur Wróblewski.

Reklama

New Model Army jest na scenie już od 30 lat. Pamiętasz wasz pierwszy koncert w Bradford w 1980 roku?

Pamiętam bardzo niewiele. To - jak zresztą powiedziałeś - przecież było 30 lat temu. Ale wiem, że byliśmy bardzo podekscytowania. Graliśmy wtedy jako trio, a wcześniej występowałem też przez kilka lat w innych zespołach. Wiem, że nie mieliśmy żadnych ambicji, by stać się kultowym zespołem, znanym prawie na całym świecie. Graliśmy, bo nas to interesowało i dawało nam radość. Wciąż zresztą tak jest.

Pamiętasz ile osób się zjawiło?

Graliśmy my i trzy inne punkowe zespoły. Myślę, że widzów było tylu, co muzyków. Ale to wtedy nie było ważne (śmiech).

Pierwszy kontrakt podpisaliście z dużą wytwórnią EMI. Nie mieliście ofert z niezależnych wytwórni?

Mieliśmy wtedy sporo ofert z innych labelów. Podpisaliśmy jednak umowę z EMI, bo oni pozwolili nam na całkowita kontrolę nad muzyką. Właściwie to tylko oni się na to zgodzili. Dlatego wybraliśmy EMI. Umówiliśmy się, że w ciągu 5 lat nagramy 7 albumów. Ostatecznie skończyło się na 4 albumach w 7 lat (śmiech). Czasami mieli dziwne pomysły. Na przykład pod koniec lat 80. był trend, by nagrywać covery, które później wydawano na singlu. A takie single grano wtedy w radio. Przyszli do nas goście z EMI i zapytali, czy nie moglibyśmy nagrać jakiegoś coveru. Odpowiedzieliśmy im: "Spier***ajcie!" (śmiech). Nie dawali za wygraną. Mówili nam, że to pomoże sprzedać więcej płyt. A my odpowiadaliśmy im, że kompletnie nam na tym nie zależy. Odchodzili z pustymi rękoma, drapiąc się po głowach. Ale przecież "Thunder And Consolation" był bestsellerowym albumem. EMI zarobiło sporo kasy i każdy był szczęśliwy. Nigdy nie szliśmy na kompromisy, ale zarabianie pieniędzy nie było przecież celem. Z tym, że na początku nie mieliśmy ani grosza. A potrzebowaliśmy nagrać płytę, wyruszyć w trasę koncertową. Dlatego na samym początku EMI pomogło nam. Byli jak bank, który wyłożył kasę.

Powiedz mi tak szczerze... Czy po wydaniu "Thunder And Consolation", płyty która osiągnęła spory sukces, nie pomyślałeś sobie: "Stańmy się wielkim, mainstreamowym zespołem rockowym. Zostańmy gwiazdami!"?

To ciekawy temat, zawsze było sporo pytań dotyczących tego, dlaczego nie staliśmy się ogólnoświatową gwiazdą na wysokości albumów "Impurity" i "The Love Of Hopeless Causes". Każdy ma swoją opinię na ten temat. Powodów było sporo i były bardzo różne. Częściowo nie trafiliśmy w odpowiedni okres, bo wtedy w Anglii wybuchła moda na rave. Taneczna muzyka dla osób zażywających extasy zawładnęła krajem. A my nie pasowaliśmy do tej sceny i nie byliśmy nią zbytnio zainteresowani. Nie znaczy to, że nienawidziłem rave'u czy coś takiego. Nie. Po prostu to nie były moje klimaty.

Teraz, kiedy patrzę na tamte czasy, wydaje mi się, że jeszcze zapieprzyliśmy sporo spraw. Częściowo świadomie. Ale jednocześnie obserwując te wielkie zespoły, dociera do mnie, jakie to musi być nudne. Każdy krzyczy "Yeah!" i wszyscy klaszczą dokładnie w tych samych momentach na koncertach. Nigdy tego nie pragnąłem. Nigdy nie chciałem być jak Bono, chociaż uważam, że on jest fantastyczny. Jestem i byłem szczęśliwy będąc sobą. Uwielbiam koncerty w małych klubach. Zresztą wszystkie moje ulubione koncerty, na których byłem jako widz, miały miejsce właśnie w małych salach. Takich na 200 osób. Muzyka w takich miejscach o wiele mocniej do ciebie dociera. Zatem to, że nie staliśmy się gwiazdami było częściowo zamierzone.

Ale występując w telewizyjnym programie "Top Of The Pops" musieliście się czuć jak gwiazdy.

(śmiech) To był program mocno popowy. W tym czasie w mediach było sporo szumu wokół New Model Army, a nasz singel dotarł do miejsca 29. czy coś takiego. Dlatego zaoferowano nam występ w "Top Of The Pops". Powiedzieliśmy im, że chcemy zagrać na żywo. Oni nie zgodzili się mówiąc, że tam wszyscy grają playbacku. My na to: "Nie gramy z playbacku! Gramy na żywo!". Pomógł nam związek zawodowych muzyków i ostatecznie zagraliśmy live. Przytargaliśmy do studia cały nasz sprzęt. Założyliśmy też koszulki z napisem: "Only Stupid Bastards Use Heroin", a oni kazali nam zakleić słowo "Bastards", ponieważ było zabronione w telewizji jako wulgaryzm. Było dosyć zabawnie. Jest taki cytat z jakiegoś filmy z Jamesem Deanem. Pytają go: "Przeciwko czemu się buntujesz?". On odpowiada: "A co macie?" (śmiech). Kiedy byliśmy młodzi, zachowywaliśmy się właśnie w ten sposób. Zresztą, kiedy jesteś młody, powinieneś mieć taką postawę! "Przeciwko czemu się buntujesz?". "Przeciwko wszystkiemu!" (śmiech). New Model Army był takim właśnie zespołem, dlatego zapieprzyliśmy temat bycia gwiazdą. Nie było najmniejszych szans, żeby New Model Army stało się popularnym rockowym zespołem. Dlatego tak bardzo kocham czasy punk rocka, bo nie byliśmy osamotnieni w swoim podejściu. Prawie wszyscy mieli takie nastawienie. Cokolwiek stawało ci na drodze - rozwal to! To była prawdziwa kulturalna rewolucja.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje