Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Pod koniec czerwca wydałaś swój debiutancki singiel "love witch". Emocje po premierze już powoli opadają?
Kasia Babis: - Tak, myślę, że jestem już myślami przy tylu innych projektach, że nie mam czasu na więcej emocji wokół samego "love witch". Ale rzeczywiście - w samym okresie premiery było ich sporo.
Choć to był twój debiutancki singiel, to od dawna już udzielasz się artystycznie - chociażby tworząc komiksy. Pomimo tak bogatego doświadczenia coś cię szczególnie zaskoczyło wydając singiel? Było to dla ciebie niespodziewanie duże wyzwanie?
- Na pewno zupełnie inne i zdecydowanie większe. Rysuję przez całe życie - tworzenie komiksów to w sumie moja główna działalność, robię to przez większość dnia, więc zdążyłam do tego przywyknąć [anglojęzyczne komiksy 33-latki ukazywały się m.in. na łamach "New Yorkera"; powieść graficzna "Guantanamo Voices: True Accounts from the World's Most Infamous Prison" z m.in. ilustracjami Kasi Babis trafiła na listę najlepszych powieści graficznych roku "The New York Times" - przyp. red.]. Z muzyką jest tak, że każdy ma na jej temat coś do powiedzenia (śmiech). Każdy posiada własny gust muzyczny i własne opinie. W przypadku komiksu nie wypowiada się aż tak wiele osób, bo mnóstwo ludzi po prostu się nim nie interesuje, nie czyta go albo uważa, że nie ma kompetencji, żeby go oceniać. W kwestii muzyki swoje zdanie ma każdy z nas i ludzie niezwykle chętnie je wyrażają. Byłam więc nastawiona na to, że znajdę się znacznie bardziej na świeczniku i w ogniu krytyki, ale ostatecznie jestem bardzo pozytywnie zaskoczona samym odbiorem.
Kasia Babis: Komiksy, polityka, pop
Odczułaś natomiast, że te twoje doświadczenia artystyczne przenikają u ciebie między sobą?
- Oczywiście, że tak. Zarówno przy wymyślaniu koncepcji teledysku, jak i przy pisaniu tekstu - bo przecież komiksy też piszę, a nie tylko rysuję - to wcześniejsze doświadczenie bardzo mi pomogło. Komiks w niesamowity sposób rozwija jednocześnie myślenie wizualne i pracę z tekstem. To przydaje się przy tworzeniu muzyki, gdzie też trzeba zachować pewną intertekstualność - to, co wyrażamy dźwiękiem, musi przenikać się z tym, co mówimy w tekście. Natomiast czysto muzycznie zaczynałam kompletnie od zera. Nie miałam żadnego zaplecza z dzieciństwa - jak wiele osób, które chodziły na lekcje, grały na instrumentach czy brały lekcje śpiewu. U mnie tego w ogóle nie było. Jedyne, co łączyło mnie z muzyką, to całkowicie laicka pasja, więc do samego tworzenia piosenek zabrałam się od bardzo wyrobniczej strony.
Warto też zaznaczyć, że nie poszłaś tropem typowym dla wielu youtuberów wydających piosenki, którzy stają się jedynie wykonawcami cudzych tekstów i melodii. W przypadku "love witch" odpowiadasz za tekst oraz - jako współautorka z Radkiem Baranowskim - za kompozycję. Zależało ci na tym, by od samego początku swojej muzycznej drogi nie iść na łatwiznę i brać odpowiedzialność za każdy etap tworzenia?
- Różnica polega chyba głównie na intencjach stojących za samym wydaniem utworu. Wiem, że dla wielu twórców internetowych to po prostu naturalny krok w rozwoju kariery - muzyka jest popularna, ma duże zasięgi, więc wydaje się logicznym ruchem. Wtedy naturalne jest szukanie kogoś, kto po prostu pomoże taki projekt zrealizować od początku do końca. U mnie wydanie piosenki na tym etapie działalności streamerskiej było z punktu widzenia strategii kompletnie niepotrzebne. Nikt się tego nie spodziewał, nikt ode mnie tego nie oczekiwał, ani raczej na tym specjalnie nie zarobię (śmiech). To wynikało z mojej czystej, wewnętrznej potrzeby tworzenia. Po prostu miałam w głowie konkretny pomysł na piosenkę i chciałam go zrealizować. Nie uważam również, żeby moja droga była lepsza czy gorsza od drogi innych influencerów - po prostu przyświecają nam inne cele. U mnie to bardzo egoistyczna potrzeba wypływająca prosto ze środka. Chciałam pokazać światu pomysł z mojej głowy, zrobiłam to po swojemu i tak zamierzam kontynuować.
Jak w takim razie wyglądało twoje pierwsze zetknięcie z produkcją muzyki?
- Korzystając z darmowego programu, metodą prób i błędów posklejałam wstępną kompozycję tak, żeby móc przekazać moją wizję osobie trzeciej. Potem Radek - znając się na profesjonalnej produkcji - ubrał to w prawdziwe brzmienie. Przyznał mi zresztą, że praca z kimś, kto kompletnie nic nie wie o teorii muzyki, była dla niego odświeżająca. Powiedział nawet, że nudzi go już to, jak poprawnie ludzie dzisiaj komponują. U mnie rytm co chwilę się zmieniał, nic się nie zgadzało według podręczników, więc postanowił zostawić wiele z tych dziwnych elementów, które normalnie w studiu by się wyrównało czy wyprostowało, żeby zachować ten nietypowy charakter.
No właśnie, długo zajęło wam by znaleźć z Radkiem Baranowskim wspólny język w studio?
- Bardzo się bałam, że brak podstaw muzycznych ułatwienia nam nie przyniesie, ale okazało się, że Radek od razu doskonale złapał, o co mi chodzi. Przygotowałam pewnego rodzaju demówkę - posklejaną z darmowych sampli z internetu, z wokalem nagranym na zwykłym mikrofonie, na którym streamuję na co dzień. Radek na tej podstawie stworzył pierwszą wersję produkcyjną. Trafił w sam punkt, jeśli chodzi o kluczowy nastrój utworu. Na koniec spotkaliśmy się we Wrocławiu, dograliśmy profesjonalne wokale i powstał ostateczny miks. Miałam ogromne szczęście, że trafiłam na Radka. Mimo moich bardzo amatorskich prób na demo, od razu poczuł ten właściwy vibe.
Kasia Babis jako "Czarownica miłości"
Możesz to pytanie potraktować bardzo multimedialnie, ale czy miałaś zbiór dzieł, z których czerpałaś inspiracje do powstania zarówno samej piosenki, jak i teledysku? Poza oczywiście filmem "Czarownica miłości" (śmiech).
- O tym filmie chyba nie trzeba nawet wspominać, bo to główna inspiracja (śmiech). Moja miłość do tej produkcji była podstawowym powodem, dla którego w ogóle chciałam stworzyć tę piosenkę, choć oczywiście splotła się ona z moimi osobistymi doświadczeniami i przemyśleniami. Artystycznie bardzo uważnie śledziłam kariery osób z pogranicza różnych dziedzin - sztuk wizualnych, muzyki, YouTube'a i komedii. Obserwowałam na przykład to, w jaki sposób Bo Burnham łączy komedię z muzyką. Jego program "Inside", który wyszedł w pandemii i mocno zapisał się w głowach millenialsów, był dla mnie wielką inspiracją. Pokazał mi, jak płynnie można przejść z YouTube'a do muzyki i zachować element satyry - stworzyć coś chwytliwego i zabawnego, a jednocześnie przemycić w tym głębsze, zaskakujące refleksje.
Muzycznie i narracyjnie ogromne wrażenie zrobił na mnie album "Brat" Charli XCX. Sposób, w jaki Charli prowadzi narrację w tekstach, jest niezwykle odświeżający. Tam jest mało klasycznej liryczności - ona po prostu bardzo bezpośrednio zwraca się do słuchacza i opowiada o swoich przeżyciach bez owijania w metafory. To taki natychmiastowy strumień świadomości, bardzo bezpośredni i szczery. A jeśli chodzi o same brzmienia, produkcję i warstwę dźwiękową, to jako główną referencję podawałam Radkowi twórczość Grimes - z jej eterycznym, trochę dziwnym, wręcz magicznym "plumkaniem".
Stylistykę utworu znakomicie dopełnia teledysk, który staje się idealnym przedłużeniem muzyki. Przy tworzeniu klipu udało ci się zrealizować absolutnie wszystkie pierwotne pomysły?
- Jest wszystkim, co sobie założyłam, a nawet czymś więcej (śmiech). Wszystko dzięki ekipie, którą udało mi się zebrać - było nas tak naprawdę pięć osób, z czego przy samej części filmowej trzon stanowiły trzy osoby. Ja występowałam, moja bratowa robiła makijaż, mąż pomagał na planie, a za same zdjęcia i realizację odpowiadała trójka profesjonalistów. Po raz kolejny udało się idealnie przetransferować wizję z mojej głowy do ich rąk. Wszyscy bez problemu złapali ten klimat - przerysowanie, kampowość i wyraziste kolory.
Tu już chyba znacznie prędzej możemy mówić o tym, że komiksowe doświadczenie ci pomogło...
- To prawda, choć mimo że od lat działam w sztukach wizualnych, to kwestie techniczne - jak praca ze światłem i wydobywanie przestrzeni oraz barw za pomocą oświetlenia - są czymś, na czym się po prostu nie znam. Sama w życiu bym tego tak nie ogarnęła, a okazało się, że to właśnie światło zbudowało ten dokładny klimat, o który mi chodziło. Na pewno pomogło mi myślenie kadrem, które wyniosłam z komiksu, a także sprawne rozpisanie scenariusza i przygotowanie storyboardów - dzięki temu mogłam przekazać swoją wizję w bardzo konkretny sposób. Całe założenie, że klip ma być mocno kampowy i przerysowany, wynikało też po części z realiów: wiedziałam, że mamy ograniczony budżet i czas, więc planowałam zrobić to dość kameralnie i prostymi środkami. Tym bardziej zaskoczyło mnie, jak niezwykle profesjonalnie, dopieszczona i po prostu piękna wyszła ostateczna wersja. Jestem z tego teledysku niesamowicie dumna.
Sam klip, jak wspominałaś również na jednym ze swoich streamów, powstał w dość kameralnym, rodzinnym gronie - z udziałem bliskich i znajomych. Świadomie chciałaś, żeby wszystko robione było po twojemu, jak najbardziej organicznie?
- Tak, to była jedna z moich pierwszych decyzji. Rozważałam, czy powinnam udać się do jakiegoś komercyjnego domu produkcyjnego - jakich wiele funkcjonuje chociażby w Warszawie - czy popytać wśród znajomych, kto czym się zajmuje i kto mógłby pomóc. Jednak po namyśle świadomie zrezygnowałam ze studia - wiedziałam, że dostarczyłoby ono gwarantowaną, rynkową jakość, ale bałam się, że w takim podejściu zabraknie zaangażowania na osobistym poziomie. Mogłoby to wyjść dość szablonowo i taśmowo - jak masówka bez serca. Stwierdziłam więc, że wolę poświęcić potencjalne gotowe rozwiązania czy profesjonalny know-how na rzecz pracy z ludźmi, którzy mnie znają, lubią te same rzeczy co ja i podejdą do projektu z prawdziwą pasją. Z jednej strony była to decyzja czysto estetyczna - chciałam, by ten teledysk miał bardzo osobisty, kameralny vibe. Z drugiej strony pomyślałam, że mam ogromne szczęście jako debiutantka, że posiadam już sporą platformę i stałą widownię, której mogę pokazać swoje projekty. Znam mnóstwo niesamowicie utalentowanych i kreatywnych osób, które nie miały tyle szczęścia i nie jest im tak łatwo przebić się ze swoją twórczością. Moim założeniem przy kolejnych projektach stało się więc dbanie o to, by dawać przestrzeń i udostępniać swoją platformę artystom, którzy robią świetne rzeczy i absolutnie zasługują na większy rozgłos.
I pomimo tak wielkiej platformy, o której wspominałaś, zdecydowałaś się na samą premierę singla zupełnie po cichu. Skąd pomysł na całkowitą rezygnację z promocji i zapowiedzi tego materiału?
- To była oczywiście duża pokusa, żeby skorzystać z zasięgów i od razu zrobić duży szum wokół tego, że wydaję muzykę. Ale doskonale wiedziałam, jakie będą reakcje - spodziewałam się komentarzy w stylu: "Po co kolejny influencer wchodzi w muzykę?" albo "Kolejna, która chce robić karierę tylko dlatego, że ma platformę". Wolałam wejść w to od razu mając coś gotowego do pokazania. Chciałam, żeby ludzie najpierw pomyśleli tak jak zawsze, ale potem od razu przesłuchali piosenkę i dopiero wtedy zweryfikowali, czy mam coś do powiedzenia, czy mam jakieś zalążki talentu i czy to jest w ogóle warte pokazania. I myślę, że to był dobry ruch - gdybym zapowiedziała utwór wcześniej, ludzie mogliby się nastawić w określony sposób, a ten efekt zaskoczenia pomógł im podejść do odbioru "love witch" bez zbędnych uprzedzeń.
Można powiedzieć, że "love witch" to dopiero zwiastun kolejnych muzycznych nowości od ciebie?
- Tak, zresztą już to zapowiedziałam (śmiech). Tym razem się nie kryję i nie będę wypuszczać niczego po cichu. Następny singiel planujemy wydać pod koniec sierpnia - mam wielką nadzieję, że ze wszystkim się wyrobimy. Szkice kolejnych numerów są już przygotowywane, działam nad nimi w każdej wolnej chwili. Czy one ostatecznie objawią się jako próba wydania pełnej płyty, czy może jako jakiś dłuższy film muzyczny - tego jeszcze do końca nie zdefiniowałam. Ale kolejne projekty muzyczne na pewno się pojawią.












![Dom Zły na OFF Festivalu: "Nie możemy schować się w mroku" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000LOGE4DN72N5SJ-C401.webp)
