John Porter: Świat jest w takim stanie, że zaczynam wątpić w poprawę [WYWIAD]
Minęło już blisko pół wieku od premiery kultowego albumu "Helicopters", ale mimo upływu czasu, debiutancki album zespołu Johna Portera nie przestaje inspirować. W tym jego autora, który postanowił nagrać te kultowe utwory raz jeszcze, w odświeżonych wersjach.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Jak często przez minione czterdzieści pięć lat zdarzało ci się wracać do "Helicopters"? Nie przy okazji wznowień, ale po to, żeby przypomnieć sobie, co robiłeś przed laty.
John Porter: - Nie poświęcam czasu na przypominanie sobie, co było kiedyś. Cały czas idę naprzód. Sięgnąłem teraz wprawdzie po starszy materiał, ale robimy z niego nowe, odświeżone wydanie. Nagraliśmy te utwory ponownie. Patrzenie za siebie nie jest w moim stylu. Może zresztą dobrze, bo jeszcze zrobiłoby mi się od tego słabo (śmiech).
Pamiętasz, jakie miałeś nadzieje, kiedy nagrywałeś ten album? Co liczyłeś, że uda się dzięki niemu osiągnąć w Polsce w roku 1980?
- Wtedy dopiero co przyjechałem do Polski. Nie myślałem jeszcze nawet, że zostanę zawodowym muzykiem. To głównie zasługa Kory i przede wszystkim Marka Jackowskiego, bo wszystko zaczęło się od grania właśnie z nimi. Kiedy już nagrywałem "Helicopters", czułem przede wszystkim wielkie podekscytowanie. Cieszyłem się jak dziecko, że będziemy mieli płytę, ale nie miałem pojęcia, co z tego wyniknie. Samo nagrywanie i napicie się przy okazji piwa z kolegami już było spełnieniem marzenia.
Wiele osób romantyzuje dzisiaj przeszłość, nawet tak ponurą jak okres PRL-u.
- Znam osoby, które z wielką tęsknotą wspominają tamten czas i mówią, że wtedy to było fajnie. Ja tak nie mam. PRL był dla mnie po prostu represyjnym systemem. Trzymałem się z ludźmi, którzy próbowali z nim walczyć, więc w ogóle mnie ta nostalgia nie rusza.
Utwory na nowym wydaniu "Helicopters" zostały gruntownie odświeżone i zagrane tak, jak czujesz je dzisiaj, ale w międzyczasie zmienił się kontekst - Polska to już inny kraj, w muzyce dominują inne trendy, sposób dystrybucji muzyki też się zmienił. Myślisz, że gdybyś debiutował z tym zespołem i z tymi utworami dzisiaj, osiągnęlibyście podobny sukces?
- Na pewno nie. Brutalnie mówiąc, muzycy, z którymi gram dzisiaj, są na znacznie wyższym poziomie niż muzycy, z którymi grałem wtedy. Oczywiście nie zawsze musi to być najważniejsze. Kiedy nagrywaliśmy "Helicopters", wszystko idealnie do siebie pasowało. Tak czasami po prostu jest. Sekcja rytmiczna Jimiego Hendrixa była koszmarna, grali nierówno, ale akurat w tym kontekście wszystko do siebie pasowało. Nie wszyscy muszą grać najlepiej na świecie, żeby pojawiła się magia. Trudniej ją natomiast później utrzymać. Na dalszą drogę jednak lepiej mieć muzyków, którzy potrafią więcej.
A nie żałowałeś, że nie wydałeś tego albumu w Wielkiej Brytanii? Kiedy artysta odnosi sukces tam, jest to sukces globalny. Sukces polski jest sukcesem wyłącznie polskim.
- Zmieńmy temat (śmiech). Skąd ja to miałem wiedzieć... Ale tak naprawdę w Anglii czy w Stanach Zjednoczonych trzeba mieć bardzo dużo szczęścia, żeby zaistnieć. To pod wieloma względami trudna droga. Finansowo tylko kapele z najwyższej półki są w stanie obronić się. No ale nie ma co gdybać.
Często jesteś w wywiadach pytany o to, dlaczego w latach 80. postanowiłeś zamieszkać w Polsce, ale również o to, co wciąż ciebie tutaj trzyma. Nigdy nie odpowiadasz wymijająco, nigdy nie słodzisz, to są bardzo zdecydowane opinie na tematy społeczno-polityczne, ale raczej unikasz wplatania tych refleksji do swoich tekstów. Nie czułbyś się komfortowo w takim repertuarze?
- Moja muzyka jest po prostu inna. Nie śpiewam o polityce. To nie jest kwestia braku zainteresowania, bo nawet studiowałem politykę i codziennie od dechy do dechy czytam o wszystkim, co się dookoła dzieje. A później się dołuję (śmiech). Ale śpiewać o tym? Rzadko zdarzają się dobre piosenki o polityce. Na przykład Tomek Lipiński dobrze się w tym odnalazł, ale to nieczęsty przypadek. Poza tym w pewnym sensie cały czas jestem gościem w tym kraju, więc nie będę głośno mówił, co myślę, bo to nie jest moje miejsce. Polak jak najbardziej może i powinien mówić i krzyczeć o tym, co go uwiera, ale jak ja coś powiem, to usłyszę: "Spierdalaj do siebie, jak się nie podoba" (śmiech). Tak zresztą nie raz było (śmiech).
Czujesz w ogóle, że gdzieś jesteś u siebie?
- Tak, jestem tutaj w pewnym sensie u siebie. Byłem tutaj w trzech związkach, mam tutaj troje dzieci, więc powiedziałbym, że jestem u siebie. Po prostu nie mam polskiego obywatelstwa.
Twoja wczesna muzyka jest czasami ciężarem? Nagrałeś przecież wiele albumów pod różnymi nazwami, a domyślam się, że publiczność wciąż wyczekuje "Ain't Got My Music" albo "Northern Winds".
- Każdy długo działający artysta mierzy się z tym samym problemem. Tworzy coś nowego, a ludzie i tak chcą posłuchać swoich ulubionych piosenek. Kiedy gram solo, łatwiej jest wcisnąć nowe piosenki. Nawet połowa programu czasami się z nich wtedy składa. Ale jak gram z zespołem przed większą publicznością, to wiadomo, że wszyscy chcą szaleć i śpiewać. Nawet wtedy zawsze zmieszczę ze dwie-trzy nowe piosenki, ale raczej nie więcej. Dobrze, że nagraliśmy odświeżoną wersję "Ain't Got My Music", bo inaczej umierałbym z nudów, wracając do tego utworu.
Wciąż czujesz emocjonalną więź z tym utworami czy granie ich dzisiaj to trochę jak coverowanie samego siebie?
- Ja wiem... Po prostu czasami człowiek pisze jakiś tekst, a dopiero po paru latach zaczyna rozumieć, o co mu chodziło. Moje teksty na ogół powstają bardzo spontanicznie, ale z biegiem czasu staram się, żeby były lepsze i głębsze. W tych najnowszych jest sporo wariactwa, bo taki stał się świat. Zwariował i wszystko jest pomieszane. Ludzie stracili kontrolę nad sobą. Zachowują się w sposób, jaki jeszcze kilka lat temu był nie do pomyślenia. Moje piosenki odzwierciedlają to.
Własna muzyka z odległej przeszłości może być inspirująca? To chyba trochę tak, jakby te utwory nagrywała inna osoba?
- Kiedy nie mam koncertów, bardzo dużo gram w domu. Muszę ćwiczyć, żeby ręce wciąż działały. Wracam wtedy też do starszych utworów i coś w tym rzeczywiście jest, że jakiś tekst sprzed lat nagle nabiera nowego znaczenia. To jest zresztą dobry pomysł, żeby inspiracji szukać właśnie u siebie.
Bardzo różnisz się dzisiaj od Johna Portera sprzed czterdziestu pięciu lat?
- O tak, byłem wtedy młodym dupkiem (śmiech). Ale bardzo szczęśliwym, bo odniosłem pełen sukces... A właściwie nie pełen, bo nie było z muzyki żadnych pieniędzy w PRL-u. Oczywiście niektóre cechy człowieka nigdy się nie zmieniają, ale myślę, że jestem dzisiaj nieco lepszą wersją siebie. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Moja obserwacja jest taka, że najmniej Johnem Porterem - przynajmniej tym publicznym - byłeś wtedy, kiedy otarłeś się o świat celebrytów. W okresie nagrywania z Anitą Lipnicką. Miałem wrażenie, że chciałeś jak najszybciej uciec sprzed tych ścianek, na których was fotografowano.
- Nie cierpiałem tego. To było okropne. Na szczęście Anita też tego nie lubiła, więc rzadko pojawialiśmy się na tego rodzaju medialnych wydarzeniach. W okresie wydawania "Nieprzyzwoitych piosenek" parę razy poszliśmy się pokazać w różnych miejscach, żeby trochę nakręcić zainteresowanie płytą, ale to tyle. Nigdy więcej. To było koszmarne i sztuczne, a dookoła kręciło się pełno darmozjadów zainteresowanych kolacją za darmo. Daj spokój. To beznadziejny, nieszczery świat pełen fałszywych ludzi. Wolę siedzieć w domu, pograć na gitarze albo oglądać piłkę nożną czy czytać książkę.
Ta mainstreamowa popularność wydarzyła się, mimo że pozostawałeś wierny muzyce, którą kochasz. Nie musiałeś iść na żadne kompromisy.
- Jedyny kompromis, na jaki poszedłem, był taki, że z początku nie chciałem, by "Bones of Love" trafił na "Nieprzyzwoite piosenki", ale dałem się w końcu przekonać. Poza tym nigdy nie było powodu, żeby pójść na kompromis. Miewałem lepsze i gorsze momenty, ale muzykę tworzę po prostu tak, jak potrafię. Nie muszę zastanawiać się, co ktoś ode mnie chce i czego oczekuje.
A czy byłeś kiedyś namawiany albo może sam odczuwałeś pokusę, żeby nawiązać z mainstreamem romans na poziomie estetycznym? Nagrać album z syntezatorami, singiel z raperem albo pójść w kierunku, w jakim poszły zespoły Muse czy Coldplay?
- Zawsze lepiej dać wytwórni gotowy produkt. Wtedy trudniej coś w nim zmienić. Pamiętam, że przy "Nieprzyzwoitych piosenkach" doszło do takiej sytuacja, kiedy ze strony jakiegoś radia pojawiały się naciski, by jeden z utworów zaśpiewać po polsku. Nawet spróbowałem się z tym zmierzyć, ale wyszło tak koszmarnie, że od razu powiedziałem: "Nigdy w życiu". Nie umiem śpiewać po polsku, a jak już coś się robi, to trzeba robić to dobrze. "Kości miłości" brzmiały naprawdę słabo (śmiech).
Zanim już wyrwałeś się z mainstreamu, próbowano cię wciągnąć jeszcze głębiej? Byłeś na przykład zapraszany do roli jurora w jakimś talent show albo do "Tańca z gwiazdami"?
- Na szczęście nie. Widocznie nie jestem postrzegany jako ktoś, kto ma potencjał przyciągać miliony osób przed telewizory. Może dobrze. Jakoś nie widzę siebie w "Tańcu z gwiazdami", chyba bym zwariował (śmiech). Tańczyć mogę tylko na scenie w trakcie koncertu.
Tworzysz tylko wtedy, kiedy nachodzi cię inspiracja czy działasz w trybie ciągłym a później wybierasz z większego zbioru to, co uważasz za warte rozwijania i dopracowania?
- Powiedziałbym, że mam pewnego rodzaju radar, który nieustannie jest włączony. Czasami coś wyłapię i wtedy od razu zabieram się do tworzenia. Na ogół odbywa się to spontanicznie, w reakcji na jakąś inspirację. Jej źródła mogą być bardzo różne - jakiś zapach, smak, jakieś wspomnienie. Trzeba łapać te momenty, bo później już nie wracają. Na szczęście nigdy nie brakowało mi weny.
Masz w pamięci jakieś szczególne momenty w swojej artystycznej działalności, które ukierunkowały cię na to, co robisz teraz? Jakieś doświadczenia albo nauczki, które pomogły zdefiniować, co w muzyce liczy się najbardziej?
- Może to zabrzmi banalnie, ale ukierunkował mnie po prostu taki sposób życia. Kiedy już tego spróbowałem, wiedziałem, że chcę iść w tym kierunku. To wspaniałe uczucie, kiedy najpierw grasz tylko dla siebie i nagle zmienia się to w jakąś większą działalność muzyczną, zaczynasz z tego żyć, skupiać się tylko na tym. Muzycy to dość hermetyczna społeczność. Wśród różnych ich grup funkcjonują różne języki i nazewnictwo. Jak znajdziesz swoją grupę, która mówi tym samym językiem, to robi się naprawdę bardzo fajnie. Teraz akurat nie mam dużego kontaktu z żadnym środowiskiem, ale gdybym chciał, to mógłbym (śmiech). Na starość stałem się raczej pustelnikiem.
Masz obecnie taką pozycję, że nie musisz się martwić o szukanie wydawcy, o wyniki sprzedażowe i tak dalej? Możesz nagrywać to, co naprawdę chcesz i wiesz, że będzie wokół tego zainteresowanie?
- Nigdy tak nie jest. Zawsze trzeba szukać jakichś pieniędzy, a nagrywanie płyt jest coraz droższe. Na szczęście wiele można dzisiaj dograć w domu, ale nie wszystko. Dla mnie bębny czy bas muszą być żywe, a to kosztuje i wydawcy nie bardzo chcą te koszty pokrywać tak, jak robili to kiedyś, bo i zarobku ze sprzedaży albumów już takiego nie ma. Sprzedaż winyli niby poszła w górę, ale mimo wszystko to są grosze w porównaniu ze sprzedażą sprzed lat. Streaming wszystko zniszczył. Ludzie nie słuchają już muzyki, tylko playlist, na których nie wiedzą nawet, co się znajduje. Kiedyś ostrożnie wybierało się płytę w sklepie, zapraszało się ludzi do domu do wspólnego słuchania i rozmawiania. Ta kultura muzyczna już nie istnieje.
Nie tak dawno temu szef Spotify stwierdził, że dzisiaj koszt tworzenia muzyki jest zerowy, a artyści są zbyt leniwi, bo powinni cały czas publikować coś nowego.
- Wiadomo przecież, że Spotify i wszystkie inne platformy streamingowe to jedno wielkie oszustwo. Umowy podpisują tylko z wytwórniami, muzycy w ogóle nie mają do nich wglądu. Snoop Dogg dobrze to opisał. Powiedział, że na Spotify jakiś jego utwór był już przesłuchany milion razy, więc dlaczego nie dostał za to miliona dolarów? Wypłacenie muzykom tak niskich stawek to po prostu świństwo. Irytuje mnie, kiedy ktoś pyta, czy moja muzyka będzie w streamingu. Od razu myślę: "Aha, czyli chcesz, kurwa, dostać ją za darmo?". Do tego doszliśmy, że normalne stało się dawanie tego, w co artysta wkłada tak dużo pracy, za nic. Przecież my też musimy z czegoś żyć, a ze Spotify nie da rady. Mam to szczęście, że często gram koncerty, więc nie mogę narzekać, ale czy kiedyś będzie lepiej? Nie wiem. Świat jest teraz w takim stanie, że zaczynam wątpić w jakąkolwiek poprawę.



![SnowFest 2026. Drugi dzień: Perpetum never get down [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)






