Jerzy Koczur: Staram się pisać o trudnych rzeczach prosto, ale nie prostacko [WYWIAD]
Wielkimi krokami zbliża się kolejna edycja NEXT FEST Music Showcase & Conference, podczas której sobotnie popołudnie koncertowe otworzy Jerzy Koczur. Na scenie rozstawionej na Placu Wolności artysta wykona swój autorski materiał - zarówno emocjonalne utwory z EP-ki "Nigdy się nie biłem", jak i nowości, zapowiadające to, co w przyszłości. Przed festiwalowym koncertem Jerzy Koczur zdradził nam, czy marzy o wydaniu długogrającej płyty, jakie historie kryją się za jego utworami, kto go inspiruje, co jest największym wyzwaniem przy tworzeniu muzyki i o czym marzy.

Weronika Figiel, Interia Muzyka: Co słychać u ciebie twórczo? W jakim momencie twojej kariery się spotykamy - jest odpoczynek, intensywna praca nad nowym materiałem czy może jeszcze coś innego?
Jerzy Koczur: - Pracuję intensywnie. Koncertowo trwają przygotowania do Next Festa. W tym roku mam założenie, że chciałbym pokazać jeszcze więcej piosenek i to nad nimi pracuję. Proces pisania chyba się skończył, twórczo jestem zamknięty w jakąś całość, którą sobie wymyśliłem, a teraz próbuję je aranżować, nagrywać, miksować i robię całą resztę czynności, które idą w parze z wydaniem muzyki. Praca wre i staram się to domknąć najszybciej jak mogę, ale wychodzi różnie (śmiech).
Czy współcześnie artyści jeszcze marzą o wydaniu debiutanckiego albumu? Czy to już jest passe i wystarczą EP-ki oraz single?
- Myślę, że nadal marzą. Ja marzę na pewno. EP-ka ma ten przywilej, że jest krótka, ale jest to trochę miecz obosieczny. Z jednej strony da się stosunkowo łatwo wymyślić zgrabną całość, co bywa trudniejsze przy długogrających albumach - gdy chcemy, aby to wszystko było spójne i przyjemne dla słuchacza. EP-ki w moim przypadku mają też tę przewagę, że lubię dużo różnej muzyki. Czasem zamykanie tego eklektyzmu w jeden długogrający album jest strzałem w kolano - oczywiście tak długo, jak postrzegamy spójność jako zaletę, bo czasem ktoś może poszukiwać różnorodności na jednym albumie.
Ja planuję w tym roku wpuścić kolejną EP-kę, więc nie będzie tego długiego grania, ale myślę, że będzie dobrze. I już widzę to, że ona jest poprowadzona stylistycznie w inną stronę niż ta debiutancka, "Nigdy się nie biłem". Myślę sobie, że jakbym czekał, żeby stworzyć z nich jedną całość, to wyszłaby płyta całkiem ciekawa... Ale nie wiem, czy do końca o to chodzi.
Można powiedzieć, że 2025 r. był dla ciebie przełomem w karierze?
- Był na pewno. W 2025 r., wraz z premierą EP-ki "Nigdy się nie biłem", spotkało mnie mnóstwo takich rzeczy, o których wcześniej bym nawet nie pomyślał, że mogą się zadziać. W związku z wydawaniem, całym procesem wydawniczym, graniem pierwszych koncertów i tym jak ta muzyka została odebrana, nastąpiło pierwsze poważniejsze wyjście do ludzi z tym, co tworzę. To dało mi mnóstwo emocji, jakich nie czułem nigdy wcześniej - głównie pozytywnych. To też pozwoliło mi zobaczyć świat, który wcześniej obserwowałem jedynie z perspektywy słuchacza - co znowu było ciekawym doświadczeniem. Była to rewolucja. Myślę, że kolejne wydawnictwo i przyszłe lata będą raczej ewolucją.
Bycie debiutantem jest czymś łatwym i radosnym? Czy jednak napotykasz na swojej drodze jakieś trudności?
- To wszystko zależy od tego, jakim się jest debiutantem, bo są debiutanci i debiutanci. Z mojej perspektywy jest to wyzwanie, ale każdy jakoś musi zacząć. To jest trudne, ponieważ na początku wielu rzeczy się nie wie i najzwyczajniej się błądzi po omacku. Gdy moja pierwsza EP-ka się już ukazała, miałem taką refleksję, że mogłem odetchnąć na moment ze świadomością, jak wielu rzeczy się nauczyłem. Bardzo nie mogę się doczekać, aby wykorzystać je przy drugim wydawnictwie - wszystko zrobić lepiej. Podchodzę do kolejnej EP-ki z nadzieją, że będzie to zadanie trochę prostsze, szczególnie od strony technicznej.
Jakie są dla ciebie największe wyzwania przy wydawaniu muzyki? Często spotykam się z takim podejściem, że artyści mają wyjątkową trudność z promowaniem swojej twórczości w mediach społecznościowych.
- To jest dobry strzał (śmiech). W dużej mierze muzycy nie chcą być influencerami. Ale ze wszystkich dróg, jakie można obrać, promocja w social mediach - taka duża, regularna - jest na pewno jedną z tych dobrych. Parałem się nią jakiś czas i nie mogę odmówić jej skuteczności. W moim przypadku trafił się pewien TikTok, który osiągnął horrendalne 120 tys. odsłon, dzięki czemu trochę ludzi przyszło później posłuchać mojej muzyki. Z perspektywy debiutanta była to naprawdę spora liczba. Dla mnie ten dzień, w którym to się stało, to był totalny odjazd. Nagle dostałem miliard powiadomień z TikToka! Można powiedzieć, że to odwróciło losy, może nie całej EP-ki, ale na pewno singla. Chodzi tu o "Najlepszy dzień życia", który tydzień czy dwa tygodnie od premiery trzymał się całkiem przeciętnie, a później wystrzelił - właśnie po tym TikToku. W tym momencie jest moim najczęściej słuchanym utworem, z czego bardzo się cieszę, bo jeśli miałbym się przyznać, to jest też moim ulubionym z pierwszego wydawnictwa.
Długo musiałem się przestawiać i szukać swojego sposobu na istnienie w social mediach. Wcześniej, prywatnie, to była zupełnie odległa rzecz, nigdy nie miałem parcia. Ale dużym wyzwaniem dla mnie jest też spóźnianie się, jeśli chodzi o przygotowywanie piosenek. Zdecydowałem się - z różnych powodów - na robienie wielu rzeczy w domu. Piszę, nagrywam, potem miksuję to wszystko. Jestem DIY, bedroompopowym artystą (śmiech). W związku z tym, że rzeczy do wykonania jest dużo, to potrzeba też na nie sporo czasu i czasem się zwyczajnie nie wyrabiam. Aż wstyd się przyznać, ale staram się nad tym pracować.
Co albo kto najbardziej inspiruje cię do tworzenia muzyki?
- Ja staram się tworzyć taką muzykę, której sam poszukuję jako słuchacz. Nie chodzi mi o to, że jak wydam piosenkę, to potem jej słucham przez 24 godziny na dobę. Chodzi bardziej o kontakt i dynamikę słuchacz-piosenka. Lubię takie utwory, w których się czuję zrozumiany. Od tego zaczęła się moja przygoda ze świadomym słuchaniem muzyki - znalazłem takie utwory, przy których się czułem dobrze, z którymi mogłem się utożsamić. W taki też sposób staram się pisać moje piosenki. Mam ogromną nadzieję, że gdy ktoś tego słucha, to myśli sobie: "O! Ja mam podobnie". Ja jestem też takim słuchaczem, który - jak już natrafi na jakąś piosenkę rezonującą z nim - potrafi jej słuchać cały dzień, wyłącznie tej jednej. Artyści, których słucham i czuję, to na pewno Matt Corby i Bon Iver. A z naszego, polskiego podwórka, to Kortez, którego słucham w zasadzie od samego początku. Jest w nim coś takiego, co mnie łapie za serducho. Ostatnio dużo słucham też Dawida Tyszkowskiego. Uważam, że pięknie mówi o trudnych emocjach - zarówno w "Mam szczęście", jak i tej najnowszej EP-ce.
Twój minialbum "Nigdy się nie biłem" ukazał się w zeszłym roku i tak naprawdę to od niego wszystko się zaczęło. Jaka historia kryje się za tym nietuzinkowym tytułem?
- Przede wszystkim kryje się tam tęsknota za czymś, czego nigdy nie miałem. Ona stoi gdzieś obok nostalgii. Generalnie nie jest to do końca prawda, że nigdy się nie biłem (śmiech). Kiedy byłem młodszy mama zapisała mnie na zapasy. Nie pobyłem tam długo, ale zdążyłem stoczyć jeden sparing i go przegrałem. Myślę, że mógł to być bezpośredni powód, dla którego potem zrezygnowałem (śmiech). Ale jako dziecko, to wiadomo, że ma się słomiany zapał do pewnych rzeczy. Później stroniłem od bicia się... Dla mnie jest to dosyć przewrotne, bo zazwyczaj tęsknimy w życiu do czegoś, co mogłoby być dla nas jednoznacznie dobre. Jakbym miał się wdać w bójkę, wcale nie musiałaby się ona skończyć dla mnie dobrze. Ale jest coś ważnego w piosenkach, w których autorzy śpiewają o tym, że się biją. Jest kilka takich tytułów o biciu się, których chętnie słucham i myślę sobie wtedy: "A ja na przykład, to się nigdy nie biłem". W ten sposób urodziła się moja tęsknota za bijatyką, której nigdy nie odbyłem i - szczerze mówiąc - mam nadzieję, że nigdy nie odbędę. Już nawet niemetaforycznie - po prostu chciałbym zachować wszystkie zęby albo twarz w określonym kształcie.
Na EP-ce znalazła się piosenka "Wielki błękit" - pierwsza, jaką wydałeś. Czuć tam nostalgiczny klimat, jest pozytywna melodia. Ale właściwie czym dla ciebie jest ten "Wielki błękit"?
- Sam tytuł piosenki jest nawiązaniem do filmu o tym samym tytule, ale mniej do samego obrazka, bardziej do historii, jaką usłyszałem od kogoś, kto ten film widział. Ja oczywiście później też ten film obejrzałem, ale wcześniejsza spowiedź widza "Wielkiego błękitu", u którego film wywołał ogromne emocje, była dla mnie ciekawym przeżyciem. Zapadła mi w pamięć na długo. Połączyłem to z motywem utraty równowagi i desperackiej próby odzyskania jej na nowo. Piosenka "Wielki błękit" to moment, gdy wszystko dzieje się nagle, wszystko się tłucze, jest drastycznie, a jakoś trzeba z tym funkcjonować.
Twoje utwory są dosyć surowe, teksty trafiają prosto w sedno, ale jednak melodie dają nadzieję. Opisałbyś je jako smutne? Bo z drugiej strony pojawiają się tytuły takie jak "Najlepszy dzień życia"...
- Lubię mieszać różne emocje. Myślę, że nie ma takiego smutku, w którym nie byłoby nadziei. Czasem jest ona naprawdę głęboko schowana, ale chciałbym wierzyć, że zawsze tam jest.
Jeśli chodzi o "Najlepszy dzień życia", to tytuł tego utworu jest dość przewrotny. W tej piosence próbuję uchwycić rozbieżność między świadomością tego, że powinienem się czuć szczęśliwy, a tym, jak faktycznie się czuję. Te rzeczy często nie idą ze sobą w parze. Muzyka, którą robię, generalnie bierze się z tego, że jestem jednocześnie biernym obserwatorem i głównym zainteresowanym własnych emocji. Często te dwie postawy nie są ze sobą zgodne.
Staram się pisać o trudnych rzeczach prosto, ale nie prostacko. Jest to styl, który trafił też do mnie jako słuchacza i chciałbym to dalej pielęgnować.
Swego czasu - minęły już chyba blisko dwa lata - miałam okazję być na twoim koncercie w Psie Andaluzyjskim w Poznaniu. Grałeś wtedy z Sewerynem i był to jeden z twoich pierwszych solowych występów. Jak wspominasz te pierwsze razy na scenie?
- O rany! Był taki koncert, faktycznie... Jest we mnie duża wdzięczność za wszystkie szanse koncertowe, które miałem i za każde sceniczne doświadczenie, które mogłem nabyć. Teraz, z koncertu na koncert, czuję, jak to procentuje. Ja też bardzo dużo chodziłem na koncerty jako nastolatek, nadal są dla mnie ważne. Taka forma spotkania z muzyką jest nie do przecenienia. Lubię artystów, którzy się trochę bardziej otwierają na koncertach i można z takich wydarzeń wynieść coś więcej niż tylko muzykę. Ale koncertować trzeba się nauczyć. Wiadomo, że niektórzy się z tym rodzą - wchodzą na scenę i są megaprzebojowi. A niektórzy - chyba ja jestem jednym z nich - muszą się powoli tego uczyć i się z tym oswajać.
A ten koncert w Psie Andaluzyjskim - strasznie fajnie, że go przywołujesz! To był jeden z zupełnie pierwszych koncertów, na których prezentowałem swój solowy materiał. Już wtedy grałem piosenki z "Nigdy się nie biłem", a do wydania była jeszcze masa czasu. Sporo rzeczy się stało w międzyczasie i dużo się zmieniło - też koncertowo. Wtedy grałem zupełnie sam, a teraz mam wspaniały zespół. Staramy się razem eksplorować i pchać muzykę na żywo w zupełnie inne rejony niż wcześniej sam to robiłem.
Przed tobą spora rzecz, a mianowicie koncert na Next Feście! Czym będzie dla ciebie przygoda z tym festiwalem - wyzwaniem, radosną przygodą, występem jak każdy inny?
- Bardzo się cieszę, że mogę tam być, ale jest to duże wyzwanie, z jeszcze większą szansą. Właśnie tak postrzegam Next Fest. Chciałbym pokazać się jak najlepiej, trafić do ludzi, bo jest to super okazja i dobre miejsce dla debiutantów. Dla mnie, jako muzyka, to nie będzie pierwszy Next Fest, ale będzie pierwszym, na którym zaprezentuję swój w pełni autorski materiał, i dlatego jest szczególnie ważny. Staramy się z zespołem przygotować - po pierwsze, najlepiej jak możemy, a po drugie, taki set, żeby był on ciekawy, angażujący i uchylał rąbka tajemnicy odnośnie tego, co w przyszłości. Ma pokazać, dlaczego warto z nami zostać.
Wielu artystom festiwal ten otwiera pewne drogi i daje szanse. Ty co byś sobie wymarzył, żeby się po nim stało?
- Moim największym marzeniem na ten moment jest znaleźć więcej odbiorców, którym moja muzyka będzie się podobać i którzy będą jej słuchać tak, jak ja słucham muzyki, którą lubię. Chciałbym, żeby z nimi faktycznie rezonowała, żeby czuli się przywiązani, a później chcieli przychodzić na koncerty. Te marzenia nie są wielkie, bo mógłbym powiedzieć, że od razu pcham się na Stadion Narodowy... Mimo głowy w chmurach, staram się jednak stąpać twardo po ziemi i zachowywać pewien pragmatyzm. Najbardziej więc chciałbym promować swoją muzykę i trafiać do ludzi tak, żeby coś czuli i chcieli przychodzić na koncerty. Granie jest dla mnie ważne, bo lubię poczuć na żywo, że ci ludzie przyszli, poświęcili swój wolny czas, kupili bilety i po prostu chcą tam być, chcą doświadczać tego, co mam im do zaoferowania. Ja wtedy czuję, że ta muzyka, którą robię, ma nagle dla 40, 50 czy 60 osób więcej sensu niż zazwyczaj. To jest niesamowite uczucie, którego nie zamieniłbym na żadne inne.
Nie kusiło cię nigdy, żeby przyjąć pseudonim artystyczny Kocur?
- To jest megaciekawe, bo ja to nazwisko noszę całe życie, ale nigdy o tym nie pomyślałem (śmiech). Naprawdę! To się pojawiło dopiero wtedy, gdy zacząłem muzycznie wychodzić do ludzi i wtedy zaczęło się przewijać: "O! Jerzy Kocur, Jerzy Kocur". Kto wie, może kiedyś będę robił jakiś side project i wtedy się tak nazwę. Ale ten pseudonim musiałby się ustawić w kolejce, bo jeśli chodzi o moich najbliższych przyjaciół, są oni naprawdę fantastyczni w wymyślaniu różnych pseudonimów, pod którymi mógłbym rozpocząć kolejne kariery. Gdybym je wszystkie realizował, to mogłoby nie starczyć mi czasu. "Kocur" przez ostatnie lata, szczególnie w kulturze internetu, nabrał jakiegoś bardzo pozytywnego znaczenia. Kojarzy mi się z takim wymiataczem, koksem, kimś bardzo, bardzo dobrym. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy chciałbym sugerować słuchaczowi, że jestem megadobry. Wolałbym, żeby posłuchał i ocenił sam. Oczywiście, będzie mi bardzo miło, jeśli stwierdzi, że Jerzy Koczur to faktycznie Jerzy Kocur, ale pozostawiam to do indywidualnego rozważenia.










