Urodzony 7 kwietnia 1950 r. w Katowicach Jerzy Grunwald do 12. roku życia wychowywał się w domu dziecka. O jego dzieciństwie wiadomo niewiele. Debiutował jako perkusista, w wieku zaledwie 15 lat. Występował m.in. z lokalnymi zespołami Ametysty, Monsuny (z tą grupą wygrał młodzieżowy przegląd w rodzinnych Katowicach) i Ślęzanie.
Wiosną 1967 r. przystąpił do działającej w ramach Niebiesko-Czarnych grupy skifflowej. Po paru miesiącach przeszedł jednak do założonej przez Piotra Janczerskiego formacji No To Co. Zespół wykonywał muzykę skifflową, czyli połączenie folku, jazzu i bluesa, graną często na improwizowanych instrumentach czy wręcz przedmiotach codziennego użytku.
Kolejne lata przyniosły współpracę ze znanym z Trubadurów Ryszardem Poznakowskim. To na bazie jego zespołu Jerzy Grunwald powołał tworzącą w klimatach folk rocka grupę En Face, w której występował jako wokalista i gitarzysta. En Face odniosło pewne sukcesy (występy na festiwalach w Opolu i Sopocie, tytuł piosenkarza roku dla Grunwalda w plebiscytach "Panoramy" i "Na Przełaj", zagraniczne koncerty głównie na terenie bloku wschodniego).
Jerzy Grunwald podbił Japonię
W połowie lat 70. Jerzy Grunwald wyruszył na letnią trasę koncertową po Belgii i Szwecji. W tym drugim kraju osiadł na stałe i ponownie nawiązał współpracę z Januszem Hryniewiczem, znanym pod pseudonimem John Hilton. Występowali w duetach Guitar Brothers oraz Grunwald & Hilton.
Zobacz również:
Dziś piosenki Jerzego Grunwalda cieszą się szczególnym uznaniem w Japonii i w innych krajach Dalekiego Wschodu - sprzedał tam ponad 200 tys. płyt. To właśnie w Japonii i Malezji ukazał się jego najnowszy album "Virtuoso Never Dies", na którym wykorzystał muzykę Fryderyka Chopina. Przearanżował jego utwory na popową nutę, tak, by młodzi ludzie mogli przy nich tańczyć.
10 października 76-letni wokalista da w Kielcach swój recital "Wczoraj, dziś, jutro", na którym zaśpiewa piosenki z nowego albumu.
PAP Life: Jak to się stało, że pana muzykę pokochali Japończycy?
Jerzy Grunwald: - To bardzo długa historia. Pierwszą płytę wydałem w Japonii 20 lat temu. Była - zabrzmi to nieskromnie - dosyć dużym sukcesem komercyjnym, bo sprzedałem 220 tys. egzemplarzy w latach 2007-2012. Udało mi się wejść na tamten rynek po targach branży muzycznej MIDEM, organizowanych w Cannes. Wtedy wysłaliśmy płytę z moim producentem Duńczykiem do promotora, właściwie dziennikarza muzycznego, który po trzech tygodniach odezwał się i poprosił o cały materiał. Japończycy, w ogóle Azjaci, to jest zupełnie inna wrażliwość muzyczna.
Długie lata spędzone za granicą, w Ameryce i trochę w innych krajach, nauczyły mnie tworzyć muzykę popularną o dużym ładunku energii, połączoną z dopracowanym, wartościowym tekstem. Trafia ona w gust Azjatów. Muzyka z tej płyty, zatytułowanej "So Much To Say", do dzisiaj jest grana na pokładzie japońskich linii lotniczych, a jedna z piosenek była na liście przebojów.
Niedawno ukazała się w Japonii pana kolejna płyta.
- 15 lipca w Japonii i Malezji miała premierę płyta "Virtuoso Never Dies", czyli "Wirtuoz nie umiera nigdy". Jest to płyta popowa, na której wykorzystałem muzykę naszego mistrza, Fryderyka Chopina, którego Azjaci kochają. Trzy najbardziej rozpoznawalne preludia mistrza ubrałem w muzykę i tekst, i stworzyłem z nich sześciominutowy medley w formie popowej. Oczywiście muzyka Chopina miała wiele wykonań - klasyczne czy jazzowe. Ale wydaje mi się, że nikt jeszcze nie stworzył wersji w rytmie pop, przy której młodzi ludzie mogą tańczyć. Ta wersja i aranżacja okazała się bardzo ciekawa i stąd zainteresowanie w Japonii i Malezji. A 27 października planowane jest wydanie w Hongkongu. Płyta cieszy się wielkim powodzeniem, co bardzo mnie cieszy. Aczkolwiek nie jest płytą tylko z muzyką Chopina, bo piosenki na niej są też nowymi kompozycjami z muzyką pop, nagranymi z amerykańskimi muzykami z Los Angeles na przestrzeni czasu. Ale Chopin jest taką wisienką na torcie.
W nagraniu tej płyty uczestniczyli świetni amerykańscy muzycy, którzy pracowali m.in. z Madonną, Michelem Jacksonem i Whitney Houston. Jak udało się panu namówić ich do współpracy?
- Płyta "Virtuoso Never Dies" była nagrywana w różnych studiach. Pierwsze ścieżki nagraliśmy w Chorzowie z moim serdecznym przyjacielem, młodym człowiekiem, Alkiem Woźniakiem, który mnie wspiera i któremu bardzo mój pomysł się spodobał.
Potem dogrywaliśmy materiał, wysyłając pliki do Los Angeles, do moich kolegów muzyków, z którymi nagrywałem pierwszą płytę i z którymi nadal mam kontakt. To czołówka amerykańskich muzyków studyjnych. Wystarczy wymienić tylko takie nazwiska jak: David Garfield, Bill Champlin, Joseph Williams z grupy Toto, James Harrah, który grał 15 lat z Madonną, Eric Marienthal - genialny saksofonista jazzowy, Warren Wiebe oraz Jason Scheff - wspaniały wokalista, gitarzysta grupy Chicago i wielu, wielu innych. Jest to wynik moich kontaktów, zważywszy na to, że po wyjeździe z Polski w latach 70., przez wiele lat mieszkałem w Los Angeles i San Diego.
Jerzy Grunwald: Jestem ciągłym wojownikiem
Natomiast cały materiał był kończony w Kopenhadze, z tym samym producentem Duńczykiem, z którym nagrywałem pierwszą płytę i który produkował muzykę Roxette czy wielu innych artystów duńskich i szwedzkich. Znamy się od wielu lat. Dziś technika pozwala, żeby praca nad muzyką odbywała się zdalnie. Ale wyjechaliśmy też na dwa tygodnie do Los Angeles i część plików była dogrywana przeze mnie osobiście.
Czy "Virtuoso Never Dies" ukaże się w Polsce?
- Planujemy premierę pod koniec października i jestem bardzo ciekaw reakcji polskich melomanów na popową wersję muzyki Chopina. Wydanie polskie będzie miało dodatkowo pięć utworów w języku polskim, pochodzących z mojej twórczości sprzed lat, ale w nowych aranżacjach. Zależy mi, żeby przypomnieć się słuchaczom z mojego pokolenia, ale też pozyskać nowych.
Czasem mówię, że noszę zwycięskie nazwisko, które zobowiązuje. Jestem ciągłym wojownikiem i mimo, że mam już sporo lat, to ciągle walczę i nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Wielu kolegów z mojego pokolenia już nie nagrywa. Grają koncerty, ale nie tworzą nic nowego. W dzisiejszych czasach nowa muzyka potrzebuje wielkiego wsparcia, bo zmieniła się wrażliwość muzyczna. Zależy mi na dotarciu do młodszego słuchacza. Myślę, że płyta jest nowocześnie nagrana i dobrze zrealizowana technicznie.
Pana biografia jest niezwykle ciekawa. Zaczynał pan od grania na ulicach Katowic w latach 60. W dość krótkim czasie stał się pan jednym z najpopularniejszych polskich piosenkarzy.
- Tak, grałem na ulicy przez pierwsze lata po wyjściu z domu dziecka, w którym wychowywałem się do 13. roku życia. To były trudne czasy, panowała ogromna bieda. Byłem niespokojnym artystycznie młodym człowiekiem, kochałem muzykę i słuchałem Radia Luxembourg. Śpiewałem, tańczyłem, uczyłem się grać na gitarze, jestem samoukiem. Któregoś dnia wziąłem starą gitarę i zacząłem grać na ulicy w Chorzowie oraz Katowicach. Mogłem w ten sposób zarobić jakieś pieniądze, otwiera się w nowym oknie i pomóc finansowo mamie i całej rodzinie.
Pod koniec lat 60. występowałem już w klubach muzycznych w Katowicach. Grałem w kilku zespołach, m.in. Ślęzanie, Ametysty i Monsuny. Kiedyś Piotr Janczerski z zespołu Niebiesko-Czarni przyjechał do Katowic, wszedł do klubu, gdzie graliśmy, i zaproponował mi współpracę. Tak powstał zespół No To Co, którego byłem współzałożycielem.
Zespół odnosił sporo sukcesów, było o was głośno, występowaliście w Europie.
- Graliśmy muzykę skifflową, budowaną na polskim folklorze, przebojach ludowych opracowanych w wersji beatowej. Jeździliśmy po Europie w specyficznych strojach. Przyjmowano nas entuzjastycznie jako oryginalny zespół zza żelaznej kurtyny.
W pewnym momencie postawił pan na karierę solową, a jakiś czas później zdecydował się pan emigrować z Polski. Co pana do tego skłoniło?
- W zespole No To Co występowałem do 1973 roku. Nagraliśmy kilka płyt, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że zespół się nie rozwija, pomysły się powielają i grupa wyczerpała się koncepcyjnie. Chciałem tworzyć własną muzykę popową i rozrywkową. Po odejściu z grupy nagrałem dwie płyty długogrające i występowałem w Polsce pod swoim nazwiskiem do 1976 roku, kiedy postanowiłem wyjechać z Polski. Zachód bardzo mnie pociągał. Polska była wtedy krajem odizolowanym, a ja chciałem wyjechać, tworzyć i rozwijać się. Stwierdziłem, że wyjazd to jedyne wyjście.
Ameryka okazała się spełnieniem marzeń czy rozczarowaniem?
- Ameryka była wielkim wyzwaniem. Pierwsze kroki były bardzo trudne. Poleciałem najpierw do Nowego Jorku. Nie znałem dobrze języka, ale wiedziałem, że szybko się nauczę. Mieszkałem na Brooklynie, potem poleciałem do Los Angeles. Aby przeżyć, chwytałem się różnych zawodów - pracowałem w hotelach, byłem kelnerem. W Los Angeles grałem na gitarze w klubach i na lotnisku, wykonując głównie covery.
Powoli wchodziłem w środowisko muzyków i kompozytorów. W międzyczasie dostałem pracę w domu jednego z najbardziej znanych muzycznych "kontraktorów" w Ameryce. Nazywał się Benjamin Barrett, był menedżerem wielu gwiazd. Pomagałem mu w różnych sprawach, wychodziłem z jego dziećmi na spacer. Barrett wprowadził mnie w wielki muzyczny świat, obwoził mnie po wszystkich studiach muzycznych. Poznałem wtedy Barry'ego Manilowa, młodziutką Céline Dion, Kenny'ego Rogersa oraz kompozytora i producenta Davida Fostera. Foster stworzył około 150 hitów dla gwiazd takich jak Andrea Bocelli, Lionel Richie, Céline Dion, Kenny Loggins i Barbra Streisand. Byłem w studiu podczas nagrywania przez Lionela Richie'ego utworu "Hello" z albumu "Can't Slow Down". Kiedyś Foster dał mi kasety ze swoimi piosenkami, abym się ich nauczył. Bardzo pracowałem nad tymi utworami, ale niestety nie mogłem mu ich zaprezentować.
Dlaczego?
- Byłem bardzo zakochany. W latach 80. poznałem swoją przyszłą małżonkę, która pracowała dla skandynawskich linii lotniczych. Zaszła w ciążę, kończył się jej kontrakt, więc postanowiliśmy wrócić do Skandynawii. Gdy siedziałem już na walizkach przed wylotem do Szwecji, zadzwonił David Foster i powiedział: "Cześć George, masz być o 16:00 w studiu, słuchałem twoich demo i chcę nagrać z tobą dwa utwory". Byłem w szoku, bo każdy marzył o nagraniu z Fosterem, ale musiałem odmówić: "David, ale ja za chwilę wyjeżdżam na lotnisko". On spytał: "Czy wiesz, kto do ciebie dzwoni? Pamiętaj, w tym zakątku świata jest 150 tysięcy psów i jedna kość. Ja ci tę kość daję. Jak zmienisz decyzję, zadzwoń". Wyjechałem do Szwecji. Po dwóch latach, gdy próbowałem się z nim skontaktować, okazało się, że zmienił adres i kontakt się urwał.
W Szwecji dalej pan zajmował się muzyką?
- Tak, to było kolejne wyzwanie, znów poznanie nowego kraju i innej mentalności. W Szwecji utrzymywałem się wyłącznie z muzyki. Grałem koncerty. Razem z Januszem Hryniewiczem - znamy się niemal od piaskownicy, wydałem płytę "Try", która cieszyła się dużym powodzeniem. Czasami przyjeżdżałem do Polski, ale dwa lata temu postanowiłem wrócić na stałe. Dziś mieszkam w Warszawie, choć jeszcze bazę mam w Szwecji. Polska jest mi bardzo bliska, tu się wychowałem i stawiałem pierwsze kroki. Teraz jest zupełnie inna niż wtedy, gdy emigrowałem. Stała się pięknym, europejskim krajem. Po tak długiej nieobecności nie jest mi łatwo odbudować swoją pozycję. Ale się nie poddaję. Występowałem na festiwalu w Opolu w 2019 roku oraz w Sopocie na festiwalu TVN. Od czasu do czasu gram kameralne koncerty. Po koncertach młodzi ludzie podchodzą i mówią, że nie znali wcześniej takiej muzyki. W dzisiejszych trudnych czasach muzyka jest lekarstwem, a mnie trzyma przy życiu.
Koncertował pan w Japonii?
- Nie, nigdy nie byłem w Japonii. Miałem być w Japonii 20 lat temu, kiedy ukazała się moja pierwsza płyta. Ale niestety, z uwagi na fakt, że na cztery dni przed przyjazdem przeszło tsunami, trasa koncertowa nie doszła do skutku. Mam jednak nadzieję, że kiedyś tam wystąpię. Jestem teraz w trakcie rozmów na temat dołączenia muzyki z mojej najnowszej płyty do trailera filmu "Chopin, Chopin!", który prawdopodobnie będzie miał premierę w Japonii. Myślę, że to byłoby piękne połączenie.
Rozmawiała Iza Komendołowicz (PAP Life).













