Jarboe: Tworzę tak, żeby zawsze coś pod powierzchnią ukryć [WYWIAD]
W połowie lat 80. Jarboe dołączyła do Swans i pozostawała jego członkinią aż do rozpadu zespołu w roku 1997. Do reaktywowanego składu trzynaście lat później nie została wprawdzie zaproszona, ale w międzyczasie zbudowała ogromny katalog własnej muzyki. Niedawno dołożyła do niego kolejny album - "Sightings" - który wkrótce zaprezentuje polskiej publiczności podczas dwóch koncertów (10 maja w Warszawie i 12 maja w Poznaniu).

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: - "Sightings" to twój trzydziesty szósty solowy album i pięćdziesiąty piąty w ogóle. Wydawanie kolejnych wciąż wzbudza ekscytację?
Jarboe: - Na pewno nie ma w tym żadnej rutyny, bo staram się nieustannie zmieniać kierunki moich działań i mierzyć się z czymś, czego wcześniej nie robiłam. To pozwala ożywiać emocje i w trakcie pracy nad muzyką, i przy jej wydawaniu.
Zazwyczaj niedługo przed premierą albumu media społecznościowe artystów pełne są postów i filmików, ale u ciebie panuje względny spokój. Dodajesz najistotniejsze informacje dotyczące premiery i koncertów, ale poza tym bardzo często wspominasz o książkach, które czytasz po raz pierwszy albo po raz kolejny. Stoi za tym ukryte przesłanie - zostawcie telefony, chwyćcie za książki?
- Myślę, że można tak powiedzieć. Uważam, że wszyscy skorzystalibyśmy na tym, gdybyśmy poświęcali więcej czasu na czytanie niż na wpatrywanie się w ekrany. Mam oczywiście też cyfrowe książki, ale zdecydowanie wolę czytać papierowe.
Czytanie papierowej książki to znacznie bardziej pobudzające doświadczenie. Czuć jej ciężar, zapach, jest czymś namacalnym.
- Mój tata zawsze mówił, że czytanie książki jest jak rozmowa z inteligentną osobą. W ten sposób przenosimy się do świata stworzonego przez kogoś, kto pieczołowicie skomponował słowa, a dzięki temu, rozwijamy się. Poznajemy różne punkty widzenia.
Trochę mnie tylko zaskoczyło, że niektóre książki czytasz po raz kolejny. Mam kilka stosów książek, które czekają, aż po nie sięgnę i pogodziłem się już z tym, że nie znajdę w życiu czasu na powrót do którejkolwiek z tych przeszłych. Z drugiej strony chociaż książka pozostaje niezmienna, my zmieniamy się nieustannie, więc na pewno nie jedną z nich odebrałbym dzisiaj zupełnie inaczej niż dziesięć-dwadzieścia lat temu.
- To główny powód, dla którego wracam do niektórych książek. Po czasie interpretuje się ich zawartość w kompletnie inny sposób. Kontekst z biegiem lat całkowicie się zmienia. Miałam tak z "Demianem", "Siddharthą" i "Narcyzem i Złotoustym" autorstwa Hermanna Hessego. Trafiłam na nie w bardzo młodym wieku i odebrałam zupełnie inaczej niż odbieram obecnie. Jako nastolatka byłam zapaloną czytelniczką, jeszcze wcześniej wygrywałam nawet szkolne nagrody w konkursach czytelniczych i wielu nauczycieli sądziło, że pójdę w tym kierunku zawodowo. Na studiach usłyszałam z kolei od jednego z profesorów, że powinnam być pisarką. Język faktycznie bardzo mnie pociąga i przekłada się to także na muzykę. Kiedy słucham utworów z tekstem, zawsze staram się wgryźć w nie i odnaleźć ukryte znaczenia. Sama staram się pisać tak, by coś pod powierzchnią schować, ale w jak najmniej zawoalowany sposób. Zamiast dodawać słowa, staram się je odejmować i zostawić pole do interpretacji.
Łatwiej niż do książek wraca się do albumów. Zdarza ci się wracać do własnych?
- Nie, absolutnie nie (śmiech).
Zapytałem o to, bo po pierwszym przesłuchaniu "Sightings" od razu pomyślałem o jednym z moich ulubionych albumów, które nagrałaś - ścieżce dźwiękowej do gry wideo "The Path". Bardziej folkowe utwory z niej, jak "Forest Theme", mają podobną, łagodną i tajemniczą aurę, a w dodatku natura jest ważnym elementem obydwu tych wydawnictw. Dla ciebie łączą się w jakiś sposób?
- W ogóle mi to na myśl nie przyszło, ale to ciekawe spostrzeżenie. Rzeczywiście obydwa albumy są związane z naturą. Główną inspiracją w trakcie powstawania "Sightings" był jednak wireonek czerwonooki, z którym pewnego lata nawiązałam specyficzną relację. Natura będzie fundamentem także kolejnego albumu, nad którym już teraz pracuję. Znajdą się na nim między innymi odgłosy sów.
Najważniejsze jest dla mnie zachowanie szczerości i opowiadanie poprzez muzykę o tym, co sama przeżywam. Odkryłam, że kiedy tworzy się w ten sposób, słuchacze odczuwają bliższą więź z muzyką. Często jestem nazywana eksperymentalną artystką, ale myślę, że to na wyrost. Powiedziałabym raczej, że jestem badaczką. Staram się zawsze mieć jakieś zajęcie i szeroko otwartą głowę na nowe pomysły. Lubię to, że nie można mnie łatwo zaszufladkować.
Ostatnimi czasy nagrywasz po jednym starszym utworze na album w nowej, nietypowej wersji. Na "Sightings" jest to "Of Ancient Memory", który pierwotnie ukazał się w 1991 roku. Zdecydowałaś się na to, bo nie czujesz już z nimi bliskiej więzi?
- To raczej kwestia próby podejścia do tekstu na inny sposób. Na albumie "Illusory" ostatnim utworem jest przeobrażony "A Man of Hate", który również pochodzi z mojego debiutanckiego albumu solowego z 1991 roku ("Thirteen Masks" - przy. red.). W pierwszym wydaniu miał bardziej barokową otoczkę, w drugim sięgnęłam po mój pierwotny pomysł, czyli sztukę teatralną odgrywaną przed królewskim dworem. Jest w niej wiele postaci, są też cherubinki, ale po aplauzie wybrzmiewa dźwięk opadającej gilotyny, która odcina tym małym aniołkom - powtarzającym chwilę wcześniej: "Love, love, love, true love" - głowy. Na koniec pojawiam się "prawdziwa ja" i śpiewam wcześniejszy fragment utworu.
Bardzo się cieszę, że nagrałam tę wersję. Od początku taki miałam na ten utwór pomysł. To dość ekstremalna i poetycka wizja czerpiąca z lorda Byrona i Szekspira. Tak bardzo spodobał mi się rezultat, że postanowiłam zrobić z tego nową zasadę - na każdym kolejnym albumie ostatni utwór będzie nawiązywał do jakiegoś starszego. Powtarzać się będą głównie słowa i tylko bardzo subtelne fragmenty pierwotnych melodii. To mają być uwspółcześniające reinterpretacje związane z moimi obecnymi przeżyciami. Tym razem padło na "Of Ancient Memory", bo graliśmy go na koncertach w 2022 i wydawał się idealnie pasować do obecnych czasów - jest komentarzem na temat konfliktów i wojen. Przekaz jest jednak pozytywny, bo bomba z utworu tonie gdzieś w morzu i nikomu nie wyrządza krzywdy.
Masz już gotową listę utworów, które zamierzasz ponownie nagrać czy podejmujesz spontanicznie decyzje.
- Mam już kilka pomysłów na te utwory, które chcę radykalnie przeobrazić. To naprawdę pokaźna ilość materiału (śmiech). Nad każdą kolejną reinterpretacją zaczynam jednak pracować dopiero wtedy, gdy uporam się z poprzednią.
Już wcześniej nagrywałaś różnego rodzaju alternatywne wersje swoich utworów. Jedną z moich ulubionych jest "This is Life (Meridiem Mix)" ze śpiewem Percy'ego Howarda. Artyści często inspirują się twórczością innych artystów, ale czy można również inspirować się własną twórczością?
- Tak uważam, choć sama raczej tego nie robię. Mam po prostu świadomość, że możliwe są różne rodzaje interpretacji tego, co już istnieje. Nie oznacza to jednak, że wracam do swojej muzyki i wsłuchuję się w nią. Nikt nie może ponownie postawić się w sytuacji i w stanie umysłu, w jakich coś dawniej tworzył. Mogłoby to się zresztą okazać dość bolesne. Nagrałam natomiast kilka coverów w wersjach bardzo odmiennych od oryginałów, bo akurat w pewnym momencie przemówiły do mnie właśnie w taki sposób. Chociażby "Cry Me a River", "Black Eyed Dog" czy "Can't Find My Way Home". Radykalnie je zmieniła i nadałam im kompletnie inne znaczenie. Czasami nagle pojawia się w głowie kompletnie inny sens słów i od razu chce się urzeczywistnić ten pomysł. Może to dotyczyć zarówno własnych, jak i cudzych utworów.
Chciałam, żeby nowe wykonanie "Of Ancient Memory" było nieco straszniejsze. Podobnie jak utwór "Choir and Night Fox", bo słuchanie nocnych wrzasków lisów w lesie jest naprawdę przerażające. Znalazł się jednak na "Sightings" także słodki utwór w typie wierszyka dziecięcego - "Francesca Sun". Bohaterką jest moja przyjaciółka, Francesca Sundsten - wspaniała malarka, której prace trafiły między innymi na okładki King Crimson. Jej mąż, Bill Rieflin, przez wiele lat grał w tym zespole, współpracował również ze Swans i wieloma innymi. Zmarła kilka lat temu i chciałam złożyć jej hołd w stylu haiku. Minimalistyczna poezja z melodią skrzypiec. Czułam, że muszę w ten sposób udokumentować moje uczucia związane z jej odejściem. Z szerszej perspektywy jest więc na tym albumie wiele odmiennych emocji.
Jak wspomniałaś, największą inspiracją dla "Sightings" był wireonek czerwonooki. Jest takie powiedzenie, że wszystkie melodie na świecie pochodzą od ptaków, a nawet znani są kompozytorzy, którzy wprost przyznawali, że podkradają ptasie melodie, chociażby Vivaldi i Messiaen. Co ciebie tak bardzo zafascynowało w głosie wireonka?
- To nie jest nawet kwestia gatunku, tylko tego jednego osobnika, który mnie odwiedzał. Odkąd odszedł, pojawiały się inne wireonki, ale nie mogły się równać ze swoim poprzednikiem (śmiech). Jego słownictwo było niesłuchanie obszerne. Podobno wieronki są w stanie odśpiewać dwadzieścia jeden tysięcy piosenek w ciągu dziesięciu godzin. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Przypominało słuchanie free jazzu. Stałam jak wmurowana i nie mogłam się nadziwić, jak wiele dźwięków to maleństwo potrafi z siebie wydobyć (śmiech).
Z początku nie mogłam go wypatrzeć, bo potrafi się dobrze maskować i jest niewielki, ale z czasem zaczął się do mnie coraz bardziej zbliżać. W pewnym momencie mogłam już patrzeć wprost w jego czerwone oczy, a nasze spotkania stały się niemalże rytuałem, który codziennie trwał przynajmniej czterdzieści pięć minut. To była bardzo silna więź, więc postanowiłam ją uwiecznić. Nagrać, co tylko się da i jakoś uhonorować tego małego kolesia. Byłam w nim kompletnie zakochana i czerpałam wiele radości z tych spotkań. W końcu oczywiście odleciał, co bardzo mnie smuciło. Wrócił jeszcze tylko na jeden raz, tym razem z przyjaciółką. Zrozumiałam, że znalazł partnerkę i niedługo odleci na południe. Zaśpiewał dla mnie po raz ostatni i odlecieli razem, zataczając kręgi. Wyglądało to jak scena wprost z bajki Disneya (śmiech). Kolejne wireonki nie miały tak rozległego repertuaru.
Trafił ci się kompozytor.
- Zdecydowanie był kompozytorem, a nawet bardziej wykonawcą - potrafił się zaprezentować (śmiech). Wiedział, jak przykuć całą uwagę publiczności i popisać się (śmiech). To dość dziwne, nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłam. Kiedy prosiłam Phila Puleo, którego możesz znać z albumów Swans, o przygotowanie oprawy graficznej albumu, zaznaczyłam, że na okładce musi być wireonek. Namalował więc piękny obraz w dużym formacie, który przyozdabia "Sightings".
Kiedy tak opowiadasz o tym ptaszku, przypominają mi się starsze wywiady z tobą. Wspominałaś w nich o przeprowadzce do Nowego Jorku i początkach współpracy ze Swans. To były zawsze dość ponure, brudne i niebezpieczne wizje, choć także inspirujące. Uwierzyłabyś w tamtym czasie, że nastanie dzień, w którym wydasz album zainspirowany ptasim śpiewem?
- Nie wykluczałabym tego całkowicie z tego względu, że dość obszernie korzystaliśmy z nagrań terenowych. Chociażby na "Children of God", "The Great Annihilator" i "Soundtracks for the Blind". Sięgaliśmy też po nagrania z głosem mojego dziadka, nagrania z moim dziecięcym głosem i głosy natury. Poświęcaliśmy z Michaelem (Girą - przyp. red.) wiele uwagi nagraniom terenowym. Zresztą Michael nadal się tym zajmuje. Widziałam Swans rok czy dwa temu i użył w trakcie koncertu nagrania z głosem swojego syna. Na "Sightings" można z kolei usłyszeć w "Choir and Night Fox", jak chodzę nieco zirytowana po schodach, bo próbuję nagrać lisa (śmiech). Zostawiłam to jako pamiątkę.
Słuchanie tego albumu uświadomiło mi, że w mieście, w którym mieszkam, coraz rzadziej słyszę odgłosy natury. Ponad trzydzieści lat temu było w mojej okolicy mnóstwo terenów zielonych, a nawet krowy, teraz wszystko przemienia się w blokowiska. To zresztą tyczy się właściwie całego Zachodu. Myślisz, że w końcu bardziej naturalnym brzmieniem niż sama natura będzie dla ludzkiego ucha wielkomiejski hałas?
- Skąd pochodzisz?
Z Gdańska.
- Och, to piękne miejsce. Występowałam tam dwa razy w Kościele św. Jana. Niestety te przemiany sięgają wszystkich dużych miast. To ciekawa kwestia, czy miejski hałas będzie dla nas bardziej naturalny... Niektóre osoby już odtwarzają przecież w domach odgłosy natury, by poczuć przynajmniej jej namiastkę. Na szczęście mieszkam na terenie mocno zalesionym. Na porządku dziennym jest podejście do okna i zobaczenie jelenia tuż obok. To dzikie królestwo. Bardzo je lubię i każdego dnia jestem wdzięczna za możliwość życia w takim otoczeniu. Atlantę często nazywa się "Miastem Drzew", ja mieszkam tuż obok. Mam nadzieję, że będzie tak jak najdłużej, bo faktycznie wszędzie dookoła buduje się coś nowego. W mojej okolicy ukształtowanie terenu jest dość trudne i raczej nie zanosi się na żadne szeroko zakrojone prace konstrukcyjne, ale nigdy nie wiadomo... Nie wyobrażam sobie już, jak można żyć z kimś obcym mieszkającym nad moją głową (śmiech).
Pamiętam dokładnie, jak kilka lat temu zauważyłam, że coś zaczyna się w Polsce zmieniać. Byłam w jakimś centrum handlowym i zobaczyłam Starbucksa, od razu pomyślałam: "O nie, Stany Zjednoczone przejmują Polskę" (śmiech). Taką samą refleksję miałam innym razem jeszcze ze Swans. Szłam z Michaelem piękną brukowaną drogą w Wiedniu i nagle przed nami pojawił się młody mężczyzna z całym tym wyglądem, który aż za dobrze znaliśmy. Ledwo trzymające się go jeansy i tak dalej. Mówicie na to chyba "skate". Takich ludzi jest w San Francisco pełno i trochę mnie to rozczarowało, że Europa zaczyna naśladować amerykańską modę.
Nie jestem pewien, czy to już trend, czy tylko moje najbliższe otoczenie, ale mam wrażenie, że przez ostatni rok zaczęło się to zmieniać. Donald Trump skutecznie zniechęcił wiele osób do Ameryki i tego, co amerykańskie. Odżywa zainteresowanie własną kulturą.
- Całkowicie popieram taką postawę. Ten człowiek w pojedynkę rujnuje reputację całego kraju. Zapytałam nawet agenta, który bookował naszą europejską trasę, czy na pewno powinnam przylatywać. Nie chciałam, żeby na mnie krzyczano, ale zapewnił, że nikt mnie nie będzie o nic obwiniał (śmiech). Mam nadzieję, że wszyscy są tego świadomi, że zdecydowanie nie należę do obozu Trumpa.
Muzyka podczas twoich koncertów na ogół wyraźnie różni się od tej z albumów. Jak "Sightings" zabrzmi na scenie?
- Będę eksperymentowała z multiinstrumentalistą, który gra na instrumentach dętych, perkusyjnych i na syntezatorze, a także z wokalistką o pięknym głosie, która potrafi posługiwać się również narzędziami komputerowymi i grać na fortepianie. To będzie na pewno "większe" brzmienie niż na albumie. Na nadchodzącej trasie europejskiej zagramy tak naprawdę tylko dwa utwory z "Sightings". Reszta będzie pochodziła ze starszych wydawnictw. Cieszę się, że będzie ze mną kobieta ze znakomitym głosem, bo zamiast odtwarzać call-and-response w pojedynkę, naprawdę będą mogła z kimś "rozmawiać".










