Jan Stokłosa: Wychodzę z założenia, że muzyka jest jedna [WYWIAD]
Jan Stokłosa to jeden z tych twórców, którzy swobodnie poruszają się między światem muzyki klasycznej a rozrywkowej. Jego doświadczenia znajdują wyraz m.in. w projekcie "Pieśni Współczesne - Antologia", realizowanym wspólnie z Miuoshem i Zespołem Śląsk, który po raz pierwszy wybrzmi w pełnej odsłonie - łączącej oba tomy - 20 czerwca w Arenie Katowice.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Na jakim etapie teraz jesteście?
Jan Stokłosa: - Aż trudno pomyśleć, że mamy już za sobą prawie 60 koncertów z "Pieśniami Współczesnymi". Teraz rzeczywiście po raz pierwszy połączymy na jednej scenie oba tomy. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to będzie ona publiczności świetnie znana. Natomiast pewne rzeczy będą poukładane inaczej, zmieni się kolejność utworów, pojawią się drobne różnice. Skupiamy się teraz na tym, żeby oba tomy dobrze połączyć - także w warstwie wizualnej. Trwają rozmowy o scenografii, ustawieniu orkiestry i innych aspektach wizualnych.
Czy to duże wyzwanie - połączyć dwa albumy w jeden koncert?
- Tak, ale to nie jest wyzwanie technologiczne, w sensie orkiestry czy chóru, bo skład mamy taki sam w obu częściach. Zmieniają się tylko soliści. Dzięki temu jest łatwiej - gdyby to były dwa zupełnie różne projekty, byłoby znacznie trudniej, a tak to jest jeden do jednego, tylko rozdzielony na dwie części, bo to jednak dwa różne tomy.
Mówi się, że to pierwszy i ostatni taki koncert. Czy to przygotowanie pod tom trzeci?
- Przyznam się, że rzeczywiście rozmawiamy z Miuoshem o tomie trzecim, ale on prawdopodobnie będzie trochę inny niż pierwsze dwa, które są stylistycznie bardzo bliskie - drugi rozwija pierwszy. Teraz to podsumowanie nie jest pustym hasłem - faktycznie jest to pewna klamra, bo nigdy nie graliśmy dwóch tomów razem.
Pamiętasz, jak to się wszystko zaczęło?
- To był projekt pandemiczny. Miuosh zadzwonił w momencie, kiedy wszyscy byliśmy "zatrzymani" w swoich projektach - wcześniej każdy był zabiegany i nie było przestrzeni na tak duży projekt jak "Pieśni Współczesne". Przyszła pandemia i nagle pojawił się czas. Do tego Zespół Śląsk, który normalnie jest w trasie 200 dni w roku, był na miejscu. Wszyscy usiedliśmy i wtedy udało się to wszystko napisać i nagrać.
To niestandardowy projekt. Były obawy?
- Przed premierą było mnóstwo obaw - nie byliśmy przekonani, czy projekt odniesie jakikolwiek sukces - w ogóle nie myśleliśmy w tych kategoriach. Tym większym zaskoczeniem było to, że zagraliśmy prawie 60 koncertów i wszystkie były zapełnione.
Czyli nie spodziewałeś się takiego fenomenu…
- To był bardzo ryzykowny projekt, bo nie było jasne, do kogo jest skierowany. Dla odbiorcy muzyki klasycznej - taki trochę classical crossover. Dla fanów muzyki rozrywkowej - forma filharmoniczna mogła być trudna. Jednak okazało się, że właśnie to przyciągnęło ludzi do filharmonii. Wielu z nich nigdy wcześniej tam nie było. Mam nadzieję, że dzięki "Pieśniom" trochę bardziej zainteresowali się tym, co czasami dzieje się w tych budynkach (śmiech). Do tego doszła świetna atmosfera między artystami. Przy takiej liczbie topowych wykonawców można by się spodziewać rywalizacji - a jej nie było. Wręcz przeciwnie - była wspólnota, rozmowy, wsparcie. To przypominało mi trochę wyjazdy na kolonie czy festiwal - można to tak nazwać, bo choć masz tylko około 10 utworów, to jednak każdy śpiewa inny artysta.
Czyli czasem opłaca się ryzykować i iść za przeczuciem…
- Tak, ale tu mamy jeszcze jeden aspekt - to są autorskie piosenki, pisane pod konkretnych artystów. Miuosh od początku wiedział, kto będzie je śpiewał. Dzięki temu każdy wykonawca czuje, że to jego utwór. To duża różnica w porównaniu do coverów - tam trudniej się utożsamić. Tutaj każdy ma coś swojego i może to jest sedno tego sukcesu - że w tym wszystkim jest autentyczność. Ciekawa była też sytuacja na trasie - gdy ktoś zastępował innego artystę, nie kopiował wykonania, tylko interpretował utwór po swojemu. To było bardzo inspirujące.
A jak ty widzisz swoją rolę? Bo trochę stoisz z tyłu, mimo że Miuosh mówi o tobie, że "uczłowieczniasz" jego wizje.
- Mówi, że "humanizuję" jego wizję - to jego ulubione słowo i coś w tym jest. On tworzy materiał, a ja przekładam go na język orkiestry i chóru. Czasem coś zmieniam, dopisuję - więc jestem takim cichym współtwórcą. Na drugim albumie napisałem nawet jeden utwór - "Pieśń Otwarcia". Dobrze mi z tą rolą - dyryguję, mam kontakt z orkiestrą, a Miuosh jest bliżej publiczności. To naturalny podział.
Jakie było największe wyzwanie, z którym musieliście się zmierzyć?
- Przy drugim albumie z utworem Natalii Grosiak i Marcina Wyrostka. Powstał na bazie improwizacji - bez metronomu. Świetnie to działało, ale późniejsze dopasowanie tego do orkiestry było ogromnym wyzwaniem rytmicznym. To, co wykonali na żywo, było trudne do przełożenia na orkiestrę i chór. Wspominamy to na każdym spotkaniu z Marcinem (śmiech).
To jak udaje ci się łączyć tradycję z nowoczesnością?
- Teraz są czasy crossoveru. W Polsce to dopiero raczkuje. Jestem między dwoma, a nawet trzema stylami. Wychodzę z założenia, że muzyka jest jedna - nie dzielę jej na klasykę i rozrywkę. Problem polega na tym, że środowiska muzyczne się tak nie mieszają. Mam doświadczenie w obu światach, więc mogę je łączyć. Wywodzę się z klasyki, jestem wiolonczelistą, grałem w orkiestrach, ale z drugiej strony wzrastałem w muzyce rozrywkowej i znam oba te światy. To bardzo pomaga w takich projektach.
Twoja droga od muzyka do dyrygenta i kompozytora chyba nie była łatwa?
- Na pewno była ciekawa i niespodziewana. Jestem wykształconym muzykiem klasycznym, który pracował w tych wszystkich instytucjach, jak teatr czy opera, ale równocześnie byłem muzykiem improwizującym i grałem też jazz. Tak wszedłem w muzykę rozrywkową - jako muzyk improwizujący na wiolonczeli. To się naturalnie przesuwało w stronę komponowania i dyrygowania.
Tęsknisz za swoim instrumentem?
- Dzisiaj wiolonczela trochę czeka na mnie, ale tak - tęsknię za nią. To moja macierz, od siódmego roku życia codziennie grałem na niej. Moja żona ostatnio nawet mi przypomniała, że dawno nie słyszała wiolonczeli w domu. Cóż - zawsze mnie ciągnęło do komponowania, aranżowania - założyłem swoją orkiestrę i robię to, co zawsze chciałem. Kiedy ktoś pyta mnie o marzenia, zawsze odpowiadam, że życie i tak dało mi więcej, niż kiedykolwiek oczekiwałem. Teraz po prostu dalej się rozwijam i pozwalam temu ewoluować.
Taki etap jak ojcostwo coś zmieniło w twojej muzyce?
- Nie wiem, czy na muzykę jakoś to wpłynęło. Jestem już tak długo ojcem, że nie pamiętam siebie z poprzedniego okresu życia (śmiech). Zawsze ludzie się dziwią, gdy słyszą, że mam piętnastoletniego syna. Zazwyczaj myślą, że sam mam 30 lat. Mój Stachu przyszedł na świat, gdy byłem świeżo po studiach i uważam, że to był świetny czas na dziecko, bo młody rodzic nie zastanawia się, tylko działa. Bywały momenty ciężkie technicznie, ale raczej ustawiło to priorytety. Dzieci są takim bezpiecznikiem - przypominają, że życie to nie tylko praca. Syn dodatkowo inspiruje mnie muzycznie. Jest w szkole muzycznej, gra na perkusji i interesuje go muzyka klasyczna, jazz - dzięki niemu chociażby wróciłem do słuchania muzyki. Wyobraź sobie, że pracujesz z muzyką 15 godzin dziennie, więc w czasie wolnym - co? Szukasz ciszy. Zauważyłem ostatnio, że przestałem słuchać muzyki, ale dzięki synowi wracam do klasycznych i jazzowych utworów, staram się częściej chodzić na koncerty, żeby pokazywać mu ten świat. Ma otwartą głowę, bo młodzi ludzie zazwyczaj są nieskażeni. Internet jest dla niego wspaniałym narzędziem - chętnie z niego korzysta i jest dla mnie inspiracją w pracy i zarządzaniu czasem, bo nie marnuje ani chwili.
Pamiętam niektóre twoje wywiady i zastanawiam się, czy jemu też w niektórych momentach przeszkadza nazwisko?
- Wiem, przez co przechodzi. Mam stryjka Janusza Stokłosę i nie jest łatwo wzrastać z takim nazwiskiem, będąc młodym muzykiem. Gdziekolwiek w Polsce nie pójdzie, a jeździ po różnych konkursach, już ma jakieś oczekiwania nałożone na siebie. Mogą pojawiać się głosy, że np. skoro wygrał jakiś konkurs, to na pewno miał to z góry załatwione. Mierzy się z tym i to jest trudne. Zastanawiałem się, jak go przez to przeprowadzić, żeby miał czystą kartę. Chcąc dać mu wiatru w żagle, zabieram go na konkursy zagraniczne. Ostatnio wygrał np. konkurs muzyczny w Szwajcarii i mógł się upewnić, co do swojej wartości, bo przecież tam nikt nie zna jego nazwiska.
Jaką radę dałbyś młodym muzykom?
- Jestem z klasyki i ważne są konsekwencja oraz wytrwałość. Sukcesy "z dnia na dzień" często są przypadkowe, a trwałość buduje się latami - po nich łatwiej też pozostać na szczycie, bo doświadczenia, które zbierasz po drodze, uodparniają cię na pewne rzeczy i pozwalają znać swoją wartość. I bardzo ważne jest też budowanie własnej publiczności - to kluczowe, bo ta potem wspiera nas w tej drodze.
Co po koncercie "Pieśni Współczesnych"? Nad czym jeszcze pracujesz?
- Pracujemy nad musicalem "Kraina lodu" w Łodzi - to duże wydarzenie. Zdobywanie licencji trwało miesiącami i dopiero teraz można było je uzyskać. W czerwcu zaczynamy castingi i to ogromne poruszenie w branży teatralno-musicalowej, bo to jednak hitowy tytuł. Zobaczymy niedługo, kto zostanie naszymi polskimi Anną i Elsą. Oprócz tego - we wrześniu wraca musical, który zrobiłem na stulecie Gdyni, a w maju robię Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie. W tym roku trochę zmieniliśmy formułę, zapraszam więc serdecznie. O tym dużo się nie mówi, ale to największy festiwal muzyki filmowej na świecie (!). Od jakiegoś czasu piszę operę, także wracam trochę do źródeł. Wiem już, że premiera koncertowa będzie pod koniec roku, a premiera sceniczna w 2027 roku w Operze Śląskiej w Bytomiu.
Mówiłeś, że zrealizowałeś swoje marzenia, ale skoro mowa o Festiwalu Muzyki Filmowej - chciałbyś napisać muzykę do filmu?
- Do filmu długometrażowego, bo do krótko- i średniometrażowego już mam. Ale… mam dopiero 40 lat i mnóstwo czasu przed sobą (śmiech). Na razie robię swoje i idę dalej. Życie przynosi kolejne rzeczy, a ja staram się być na nie gotowy.
To zdradź chociaż może, jaki gatunek cię interesuje?
- Jestem melodystą i wszystkie swoje orkiestrowe kompozycje, które piszę, są neoromantyczne, filmowe. Interesuję mnie orkiestra, symfonika, łączenie stylów i balansowanie między nimi - w tym czuję się najlepiej. To jest mój świat.









