Reklama

"Ja się wstydzę"

Czy to prawda, że można spotkać cię na czacie, na nieoficjalnej stronie poświęconej twojej osobie?

Reklama

Tak, od tego się wszystko zaczęło. Ktoś mi powiedział, że jest moja strona i żebym sobie zobaczyła. Z dużą dozą nieśmiałości zasiadłam przy komputerku i sprawdziłam. To był mój pierwszy kontakt z Internetem, dotąd raczej unikałam komputera. Wlazłam więc na tę stronę, pooglądałam wszystko i nagle było okienko z napisem „chatroom”, więc wlazłam, żeby zobaczyć, co tam się dzieje. Zalogowałam się jako Kasia... i przez 40 minut czułam się jak bohaterka dusznego i mrocznego filmu science-fiction, bo nikt mi nie chciał wierzyć, że ja to ja, a w dodatku nie było szansy, żeby to udowodnić. Ja wiem, że to ja - siedzę w gaciach przy komputerze, obok Mikołajek chrapie - a tu nikt mi nie wierzy. Po prostu odjazd! Na szczęście w końcu mi uwierzyli. Zadali parę podchwytliwych pytań i okazało się, że przeszłam testy. Ostatecznym dowodem na to jest fakt, że pozwoliłam im wymyślić tytuły do piosenek na moją nową płytę, której jeszcze nie słyszeli. Zamieściłam te tytuły, więc teraz nikt już nie będzie miał wątpliwości.

Skąd twoje zamiłowanie do tych wszystkich językowych dziwolągów? Tytuły do większości utworów to czysta abstrakcja, trzy teksty na „Sushi” napisałaś w jakimś dziwacznym języku...

W języku nijakim. Do tych piosenek powstały teksty polskie, jednak za każdym razem, kiedy je śpiewałam, okazywało się, że te utwory tracą, że w tych trzech konkretnych przypadkach bardziej na słuchacza oddziałuje emocja zawarta w głosie, niż słowo. Stwierdziłam więc, że zamiast silić się na jakąś treść, postawię na emocję podprogową. W polskojęzycznych tekstach na „Sushi” śpiewam, jak zwykle, o życiu. Fakt, że postanowiłam trochę odpocząć od grzebania w swoich wnętrznościach i wystawiłam głowę z dziupli, w której mieszkam. Zaczęłam się trochę rozglądać i to są właśnie moje spostrzeżenia.

Jakim cudem dałaś się namówić na napisanie tekstów dla Justyny Steczkowskiej?

Pewnego dnia Justyna zadzwoniła do mnie i po prostu zapytała, czy napiszę. Myślę, że było to ciekawe doświadczenie, chociaż pewnie trochę przeszkadzał mi fakt, że się nie znamy. Znam ją tak jak wszyscy zwykli ludzie, raczej z telewizji. Jestem bardzo przywiązana do tego, że słowo ma wielką wagę, nie mogłabym śpiewać o czymś, czego nie czuję. Dlatego napisanie tekstów dla kogoś, kogo nie znam bliżej, wydawało mi się dość trudnym zadaniem. Nie wiem, co ona lubi, a czego nie lubi, co toleruje w warstwie słownej, a czego nie. Nie wiedziałem, czy mogę napisać od siebie, czy potraktować to bardziej w formie usługowej. W końcu stwierdziłam, że lepsza będzie pierwsza opcja, że napiszę od siebie. Dlatego mamy niewątpliwą przyjemność usłyszenia, jak Justyna wypowiada słowo „krocze”, które u mnie nikogo nie dziwi, natomiast u niej... (śmiech) Poza tym, ja nie lubię słuchać siebie, mam syndrom człowieka, którego głos nagrano na taśmę i dziwi się, że to jest on. Mogłam więc wreszcie usłyszeć jak brzmią teksty, w które włożyłam emocje, zaśpiewane przez kogoś innego. To było ciekawe zderzenie. Podoba mi się szczególnie interpretacja piosenki „Modlitwa”, bo jest zaśpiewana delikatnie i subtelnie.

Dowiedz się więcej na temat: kasia | Kasia Nosowska | powieść | ślub | PROPOZYCJA | teksty | piosenki | śmiech | koncert | rzeczy | sushi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje