Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Po prawie dwóch latach przerwy wróciłaś w maju tego roku, wydając od tego czasu dwie nowości - "disco polo" oraz "tłukę się o asfalt". Stanowią one dla ciebie otwarcie zupełnie nowego etapu w karierze?
Izabela Zabielska: - Trochę tak. Pracuję obecnie nad swoją pierwszą płytą i traktuję ten materiał jak właściwy debiut. Chciałam zacząć od nowa, spróbować sił w kompletnie innym gatunku muzycznym i wreszcie stworzyć pełny album. Zaraz zresztą wychodzi trzeci singiel, a całą płytę mam nadzieję wydać w okolicach maja przyszłego roku. Czasami mam wrażenie, jakby poprzednich etapów w ogóle nie było. Wydawałam wcześniej pojedyncze piosenki, ale nigdy nie spięłam ich w żaden krążek. Z tego powodu czuję, że moja dyskografia tak naprawdę zaczyna tworzyć się dopiero teraz.
Niejednokrotnie w różnych wywiadach podkreślałaś, że te nowe utwory to najszczersza wersja ciebie. To oznacza, że wcześniej były tematy, o których wolałaś nie śpiewać?
- Na pewno. W dużej mierze wynikało to zresztą z samego sposobu pisania. Wcześniej byłam mocno na świeczniku, bardzo popularna w sieci i ciągle nagrywałam na TikToku. Kiedy jesteś aż tak wystawiony na widok publiczny, trudno się tak w stu procentach rozebrać i pisać w pełni po swojemu. Dopiero w momencie, gdy nieco zeszłam z tej tiktokowej sceny, zyskałam przestrzeń, by naprawdę się otworzyć. Zaczęłam pisać zupełnie inaczej niż wcześniej - nie pod to, jak chciałabym być odbierana, ale tak, jak jest naprawdę. Dla kogoś to może być niuans, ale dla mnie to ogromna zmiana. Duża w tym zasługa mojego producenta, Marka Dziedzica. Spędziliśmy (i wciąż spędzamy) w studiu mnóstwo czasu, bo szlifujemy właśnie ostatni utwór na krążek. Marek stworzył mi idealne warunki: dał pełną akceptację, otwartość na każdy pomysł i zero oceniania - popchnął mnie do jak największej autentyczności. Przedtem pracowałam z producentami tylko dorywczo, przy paru piosenkach. Po raz pierwszy miałam okazję tworzyć cały album z jedną osobą i to całkowicie zmieniło moje podejście.
Co sprawiło, że po tylu latach poczułaś, że teraz to jest ten właściwy moment?
- Szczerze mówiąc, to chyba czysty przypadek - bez większych kalkulacji. Wcześniej miałam zupełnie inne podejście: bardzo zależało mi na tzw. "złotym strzale". Zamiast skupić się na stworzeniu dopracowanej całości, myślałam o pojedynczych numerach. Działałam trochę według "zasady Tindera": piszesz szybko piosenkę, od razu ją wypuszczasz i patrzysz, czy chwyci. Jak nie - piszesz kolejną i lecisz dalej. Dopiero kontakt z nowymi ludźmi, a zwłaszcza ze wspomnianym Markiem, zmienił moją perspektywę. Postanowiłam podejść do sprawy tradycyjnie i stworzyć spójny album, który stanie się moją wizytówką. Niezwykle cieszy mnie też to, że wreszcie będę miała pełny repertuar koncertowy. Skompletowałam własny zespół i wiem, że z pełnym materiałem łatwiej jest zabukować występy czy festiwale. Wcześniej po prostu nie miałam w sobie też takiej gotowości psychicznej, żeby usiąść i stworzyć dziesięć numerów, które nie są z zupełnie innych bajek. Teraz te wszystkie czynniki w końcu ze sobą zagrały.
Zobacz również:
Co ciekawe, już w 2024 roku w rozmowie z Polskim Radiem wspominałaś, że chciałabyś skończyć i wydać album przed końcem tamtego roku. Czyli tamten materiał ostatecznie trafił do kosza…?
- Prawda jest taka, że planowałam wtedy dorobić resztę piosenek do wydanych już wcześniej singli. Czułam jednak, że tamte numery są po prostu za słabe na pełnoprawny debiut. Wychodzę z założenia, że od pierwszej płyty artysty mocno się oczekuje wysokiego poziomu, a tamtym kompozycjom brakowało jakości. Po drugie, ten materiał był kompletnie niespójny. Choć nie lubię monotonnych krążków, to tamten zestaw brzmiałby jak zbiór piosenek z całkowicie odmiennych światów - to był dla mnie czas chaotycznych eksperymentów. Cały proces produkcyjny stał wtedy na o wiele niższym poziomie niż to, co robimy w studiu dzisiaj.
Możemy więc bezpiecznie założyć, że na debiutanckim krążku nie znajdzie się żaden utwór wydany przed "disco polo"?
- Zdecydowanie się nie znajdzie.
Czujesz, że ta debiutancka płyta pomoże ci raz na zawsze odciąć łatkę "piosenkarki-influencerki"? Czy to określenie w ogóle jeszcze jakkolwiek ci doskwiera?
- Już przestało. Kiedyś bardzo mi to przeszkadzało, bo chciałam, by ludzie postrzegali mnie wyłącznie w taki sposób, jaki sobie zaplanowałam. Z czasem zrozumiałam jednak, że świat tak nie działa - każdy widzi cię po swojemu i nie masz na to wpływu. Oswojenie tej myśli przyniosło mi ogromną ulgę. Dzisiaj absolutnie nie przeszkadza mi, gdy ktoś na ulicy krzyknie: "Iza z TikToka!". Nawet jeśli słyszę komentarze w stylu: "Dobry numer jak na tiktokerkę", to choć wolałabym wyciąć tę drugą część zdania, absolutnie mnie to nie boli. Najważniejsze, że mam pewność co do jakości tego materiału. Nie twierdzę, że to będzie najlepsza płyta w Polsce, ale wiem, że to naprawdę solidny krążek. Po premierze "disco polo" dostałam mnóstwo ciepłych słów od osób z branży, na których opinii bardzo mi zależy. Jeśli ktoś powie, że to dobry album "jak na tiktokerkę" - spoko, ważne, że mu się podoba. Gorzej, gdyby powiedział, że jest po prostu słaby.
Skoro debiutancka płyta jest już na tak zaawansowanym etapie, dlaczego premierę planujesz dopiero na maj 2027 roku?
- Wiem, że wielu artystów bardzo spieszy się z wydawaniem płyt, ale ja wolę dać sobie czas. Zauważyłam, że moje utwory potrzebują chwili, żeby się dobrze "rozegrać". Nie miałam spektakularnego, natychmiastowego hitu, po którym obudziłabym się z milionem odsłuchań na Spotify. Rzeczywistość wymaga ode mnie cierpliwości, by słuchacze mogli te piosenki spokojnie odkryć. Po drugie, w stricte muzycznym świecie wciąż jestem dla wielu osób nową postacią. Zamiast wypuszczać album po dwóch czy trzech singlach, wolę pokazać ich więcej. A ponieważ między kolejnymi premierami trzeba zachować odstępy, proces naturalnie rozciąga się w czasie. Tak że ten maj to moja szacunkowa data - zobaczymy, jak wszystko się potoczy, ale nigdzie się nie śpieszę. Kończymy właśnie jedenastą piosenkę - miało być dziesięć, ale materiał pączkuje. A kiedy dopniemy wszystko na ostatni guzik, zrobię sobie chwilę przerwy i od razu zacznę myśleć o drugim albumie. Brak pośpiechu przy debiucie daje mi więc niesamowity komfort.
Z jednej strony wydajesz muzykę oficjalnie od 2017 roku, czyli niemal od dekady, a z drugiej - wciąż czekasz na swój pełnoprawny debiut. Jak ty sama podchodzisz do nazywania ciebie debiutantką?
- Zawsze mówię o sobie jako o debiutantce, choć oczywiście traktuję to z lekkim przymrużeniem oka. Teoretycznie debiutantem jest ktoś, kto nie wypuścił wcześniej niczego i nagle startuje z pierwszym materiałem, więc mam świadomość, że dla wielu osób nim nie jestem. Mam jednak w głowie mocno zakodowaną zasadę, że prawdziwym debiutem jest po prostu album - albo przynajmniej EP-ka. Wszystkie pojedyncze utwory wypuszczane wcześniej traktuję raczej jako etap poszukiwań. Zresztą w muzyce to często słychać: gdy ktoś od razu startuje z płytą, brzmi spójnie i konkretnie. A kiedy ktoś przez lata wydaje chaotyczne single z całkowicie różnych parafii, po prostu widać, że długo szukał własnej tożsamości, aż w końcu ją odnalazł i zawarł na płycie. Ja jestem ewidentnie w tej drugiej grupie.
Na debiutanckim krążku nadal będziesz chciała wykorzystywać muzykę do manifestowania autentyczności i mówienia wprost o swojej sile? Single "disco polo" i "tłukę się o asfalt", choć nie są to bezpośrednie manifesty polityczne czy światopoglądowe, to z pewnością wpisują się w to i dodają ludziom odwagi.
- Trochę tak, choć wyszło to zupełnie przypadkowo. Nigdy nie planuję pisać z założeniem, że stworzę manifest albo buntowniczy hymn. Ja po prostu naturalnie charakteryzuję się takim podejściem - mam wrażenie, że w mojej muzyce jest stały element buntu. Widać to w tekstach, w przekazie, a nawet w samej manierze śpiewania. Zresztą czuję, że chyba nigdy tak naprawdę nie wyszłam z tego okresu młodzieńczego buntu, który zaczyna się w wieku kilkunastu lat - to dzieje się u mnie bezrefleksyjnie. Nawet piosenki o miłości (a będzie ich na albumie całkiem sporo) mają w sobie ten specyficzny, zadziorny wydźwięk. Stało się to moją nieodłączną częścią, ale bardzo to w sobie lubię. Uważam, że takich wyrazistych postaci na naszym rynku muzycznym wciąż brakuje, więc traktuję ten wrodzony bunt jako swój duży atut i coś, co mnie wyróżnia.
Ten bunt dobrze łączy się to z twoim zapowiedzianym występem na festiwalu Great September w ramach ogłoszenia pod hasłem "Tu rządzą dziewczyny". Czujesz odpowiedzialność za reprezentowanie siły kobiecej muzyki w Polsce, czy to dla ciebie zbyt duże słowa?
- Myślę, że na ten moment to za duże słowa. W świecie muzyki nie czuję się jeszcze na tyle istotną postacią, by brać na siebie taką odpowiedzialność. Gdybym miała już wyrobioną pozycję, pewnie mocniej dbałabym o to, by kobiety miały donośniejszy głos. Niezwykle podoba mi się, gdy znane wokalistki czy raperki promują w sieci mniej znane dziewczyny - świetną robotę robi pod tym względem chociażby Oliwka Brazil. W branży muzycznej mężczyźni wciąż zajmują większość przestrzeni. Nie chodzi o to, że robią coś złego - po prostu ten świat bywa bardzo hermetyczny i chłopakom bywa trudno wpuścić kobiety do swojego grona. To przypomina czasem sytuację na serwerach dla graczy: gdy wchodzi laska, nie wszyscy przyjmują ją z otwartymi ramionami.
Czyli na ten moment starasz się po prostu robić swoje…
- Tak i naprawdę cieszę się, że momentami przełamuję utarte stereotypy o tym, jak powinna śpiewać dziewczyna. Moja barwa głosu, teksty i ogólna ekspresja nie są subtelne czy filigranowe - bliżej mi do mocniejszych, bardziej bezpośrednich form. Podoba mi się też sukces Zalii, która ma ciemny, niski głos z charakterystyczną chrypką. To pokazuje, że rynek otwiera się na świeże, nietypowe kobiece brzmienia. Ja po prostu dołączam do tego nurtu, ale na poczucie misji przyjdzie jeszcze czas.
Sam swój występ na Great September wykorzystasz do zaprezentowania utworów z nadchodzącej płyty?
- Tak, zagramy głównie niewydane piosenki z albumu plus dwa single, które są już dostępne. Żadnego starego materiału. Gdyby to był zwykły koncert, pewnie zaśpiewałabym przykładowo "Nowhere to Go", bo wiedziałabym, że ludzie na to czekają. Na showcase wolę jednak pokazać wyłącznie nowy rozdział.
Great September stanie się dla ciebie początkiem większego koncertowania, czy trasę planujesz dopiero po premierze krążka, późną wiosną?
- Bardzo mi zależy, żeby ten występ wypadł jak najlepiej. Wychodzę z założenia, by potraktować go jako swoją wizytówkę. Mam ogromną chęć zagrać w nadchodzącym sezonie mnóstwo występów - zwłaszcza małych scen festiwalowych, wszędzie, gdzie się da. Szczerze mówiąc, to mój główny pomysł na promocję albumu. To nie jest typowa "tiktokowa" muzyka - i choć próbuje ją tam pokazywać, wiem, że to nie jest ten typ brzmienia, który z dnia na dzień stanie się wiralem. Dlatego na razie nie myślę o solowych koncertach, a staram się skupić właśnie na festiwalach.










