Irena Santor nazywana jest "pierwszą damą polskiej piosenki" oraz "najczystszym głosem polskiej estrady". Przeboje takie jak "Już nie ma dzikich plaż", "Tych lat nie odda nikt", "Małe mieszkanko na Mariensztacie" nuciły całe pokolenia.
Była solistka zespołu "Mazowsze" nagrała szereg solowych albumów, stworzyła wiele duetów muzycznych. Laureatka wielu międzynarodowych festiwali piosenkarskich w 2021 r. ogłosiła zakończenie kariery wokalnej, choć pozostała aktywna medialnie. Pod koniec 2024 r. wróciła do śpiewania i wraz z zespołem Polyphonics wyruszyła w jubileuszową trasę koncertową z okazji swoich 90. urodzin jako artysta gościnny. 9 grudnia 2025 r. piosenkarka skończyła 91 lat.
Wokalistka jest jedną z bohaterek książki "Twoja (anty)bucket lista" Jolanty Kwaśniewskiej i Jakuba B. Bączka.
PAP Life: W książce "Twoja (anty)bucket lista. 111 sposobów na powrót do siebie" Jolanty Kwaśniewskiej i Jakuba B. Bączka mówi pani o "romantyzowaniu codzienności". Co to dla pani znaczy?
Irena Santor: - Gdybym była młodsza, to mogłabym fantazjować. A ponieważ mam lat tyle, ile mam, to z mojej codzienności i zwyczajności dnia nie robię mitu, tylko cieszę się, że ta codzienność jest taka atrakcyjna. Codziennie wstaję, podchodzę do okna, widzę, jaka jest pogoda. Inni mówią: "O, jak mi smutno". A ja się cieszę, że jest deszcz albo świeci słońce. To wszystko brzmi strasznie banalnie, ale ja podkreślam, bo to są rzeczy najważniejsze. Że mogę wyjść, zrobić zakupy, spotkać przyjaciół, pójść do kina, na koncert, że mogę coś usłyszeć. Młodsi ode mnie nie zdają sobie z tego sprawy, bo wydaje nam się, że wszystko powinno być takie romantyczne, że powinno odbywać się w jakiejś aurze niezwykłości. Nie. Najpiękniejszym romantyzmem jest dziś i jutro. I najlepiej, żeby to jutro trwało. Ja nie szukam romantyzmu w bajkach. Romantyzuję prozę życia.
Czyli nie potrzeba wielkich wydarzeń, żeby czuć radość z życia?
- Nie potrzeba. Trzeba umieć dostrzegać to, co jest. Sam fakt, że żyjemy, że możemy w tym wszystkim uczestniczyć, że słyszymy, mówimy, smakujemy, możemy się czegoś uczyć - to jest ogromnie ważne. Czasem właśnie tego nie zauważamy. Zwyczajność może być bardzo piękna. Trzeba tylko umieć ją zauważyć i trochę sobie pomóc. Jeżeli lubię muzykę, to słucham muzyki. Jeżeli mam ochotę wyjść z domu, wychodzę. Jeżeli mogę spotkać się z przyjaciółmi, spotykam się. Nie można dać się przygnieść codzienności. Można tę prozę życia trochę "romantyzować". Nie po to, żeby oszukiwać samego siebie i udawać, że nie istnieją trudne rzeczy. One istnieją. Ale można czerpać przyjemność z tego, co zwyczajne.
Bardzo doceniam obecność innych ludzi, bo człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Potrzebuje przyjaciół, rozmowy, obecności. Można mieć swoje wspomnienia, swoją muzykę, swoje myśli, ale ważne jest, żeby mieć obok ludzi, z którymi można zarówno się śmiać, jak i pomilczeć czy pójść na koncert. Dzisiaj szczególnie doceniam to, że można być komuś potrzebnym, ale również, że można pozwolić komuś być potrzebnym nam. To jest wymiana. Nie chodzi o wielkie deklaracje, tylko o zwyczajną obecność.
Po co właściwie są nam marzenia?
- Chyba po to, żeby to życie trochę ubarwić. Może od tego są marzenia, że chcemy więcej. Tylko czego więcej? Czy marzenia uświadamiają nam, o co nam w życiu chodzi? Bo chyba również o to powinno chodzić. Marzenia czasem są ułudą. Ale czy naprawdę wiemy, czego chcemy? Bo jeżeli wiemy, możemy do tego dążyć. Marzenia mogą nam też uświadomić, czego jeszcze nie umiemy i czego powinniśmy się nauczyć. Czego nie doświadczyliśmy, a co mogłoby być ciekawe. Złych rzeczy oczywiście nie chcemy. Ale tych dobrych dociekajmy, chciejmy więcej, żeby życie było ciekawsze. Bo marzenia to też ciekawość. Ciekawość tego, co może nas jeszcze spotkać. Chciejmy je spełniać.
Wiele osób, kiedy osiągnie jakiś wiek, rezygnuje z marzeń: "Bo nie wypada", "Na to jest już za późno". Czy wiek powinien ograniczać nasze marzenia?
- Jeżeli marzenia w pewnym wieku mają być głupotą, to ograniczmy je. Ale jeżeli marzenia w takim wieku jak mój, dają nam jeszcze poczucie ważności życia, istnienia, jeżeli to, co zrobiliśmy, może się komuś przysłużyć, możemy jeszcze spełniać czyjeś marzenia, to dlaczego z nich rezygnować? Z naszych marzeń możemy jeszcze zrobić dobry pożytek dla kogoś. Nie chodzi o udawanie, że wiek nie istnieje. Istnieje. Ale dopóki coś daje nam ciekawość, radość, poczucie sensu, to warto to robić.
Czy dziś ma pani marzenie, z którego mogłaby zrobić pożytek dla innych?
- Teraz mam taką ideę, którą spełniam. Uważam, że mam dość duży repertuar piosenkowy i chcę zrobić z niego pożytek. Chcę ten posag, bo to jest mój posag, oddać we władanie młodym ludziom. Chciałabym, żeby się tym zainteresowali. Nie tym, jak ja to śpiewałam, tylko materiałem, którym dysponowałam. Żyłam w cudownych czasach, kiedy tworzyli fantastyczni kompozytorzy, z wykształceniem muzycznym, a teksty piosenek pisali literaci, poeci. Wtedy nie uświadamiałam sobie, że mam do czynienia z tak znakomitym materiałem.
Irena Santor: Nie ma dla mnie większej nagrody
Po latach widzę, że moda się zmieniła. Dzisiaj młodzi ludzie uprawiają inny styl piosenki, pewne rzeczy zostały uproszczone. Linie melodyczne składają się czasem z paru nut, tekst z jednego szlagwortu i zrobiło się to trochę płytkie. Ale zaznaczam, są dzisiaj również piosenki pisane przez młodych ludzi, które mają wielką wagę, tylko wydaje mi się, że jest ich mniej.
Za moich czasów to, co śpiewaliśmy, mogło być ważniejsze albo mniej ważne, ale zawsze było bardzo wartościowe literacko i muzycznie. I moim marzeniem jest, żeby młodzież zechciała na to spojrzeć. Nie chodzi o kopiowanie tego, co było. Niech przełożą te piosenki na swój dzisiejszy język, na swoje potrzeby estetyczne. Niech je nawet trochę ubarwią, niech znajdzie się w nich jakiś nowocześniejszy akord. Ale żeby trwały. Kiedy dowiaduję się, że komuś moje piosenki i to, co było ich treścią, były w życiu przydatne, przyniosły radość, dały inspirację, może w czymś pomogły, to nie ma dla mnie większej nagrody. I większej nie chcę. To są te wszystkie wspaniałości, które można przez ten zawód zdobywać.
Śpiewanie było pani największym marzeniem od dzieciństwa?
- Jest prawdą, że odkąd siebie pamiętam, śpiewałam. Najbardziej lubiłam śpiewać w lesie, bo las to jest echo. Jak to się niosło! Jak mi się podobało, że mój głos tak się dalej odzywa. Więc rzeczywiście śpiewałam całe życie i widocznie jest to ten dar losu, który dostałam. I ten dar trwa do dziś, przez 92 lata. Bo nie chodzi o to, że ja już nie śpiewam od wielu lat. Chodzi o to, że ja tę muzykę rozumiem, potrafię ją nawet ocenić - na tyle wykształcenia mam. I ona nadal daje mi tyle radości.
A jakie jest dzisiaj pani największe, najbardziej osobiste marzenie?
- Posłużę się puentą z tekstu piosenki, który napisał dla mnie Artur Andrus. Aż się zdziwiłam, że on o mnie tyle wie, choć my się bardzo krótko znamy. Muzykę napisał Włodzimierz Korcz. A puenta brzmi tak: "Trzeba to, trzeba tamto, trzeba owo, dziesiątki. I jeszcze mieć przeczucie, że można zatrzymać czas. I pewność, że wam potrzeba mnie, a mnie potrzeba was. I jeszcze mieć przeczucie, że można zatrzymać czas. I pewność, że wam potrzeba mnie, a mnie potrzeba was. Bo ludzi trzeba, ludzi. Być i żyć wśród ludzi".
Rozmawiała Iza Komendołowicz (PAP Life).














