Rafał Samborski: Skoro nazwę projektu czerpiecie z mitu o Ikarze, to nie wypada spytać, co jest waszym lotem do Słońca?
Przemek IKARVS: Słońce jest dla nas symbolem ryzyka w życiu, które podejmujemy często również jako artyści. Bo to nie jest oczywista ścieżka zawodowa i wiąże się z dużą niepewnością.
Ola IKARVS: To jest ten vibe, kiedy mówisz rodzicom: "mamo, tato - będę artystą", a oni patrzą na ciebie i w najlepszym razie się śmieją (śmiech). To ryzyko jest wpisane w taką ścieżkę zawodową.
Przemek: Ale też ryzyko w relacjach. W tym, żeby się przed drugą osobą otworzyć, pokazać, kim jesteś naprawdę i pokonać swój lęk przed odrzuceniem. Bo tam jest kilka utworów, które traktują o relacjach.
Ola: Tak, ale chyba najbardziej podstawowy sposób, w jaki rozumiemy ten lot do słońca. To jest pogoń za marzeniem, które jest obarczone ryzykiem i lękiem.
Przemek: Więc my tak odczytujemy ten mit Ikara. A po drugie, widzimy go trochę inaczej niż większość osób, które go interpretują. To znaczy dla nas on nie jest do końca tragiczny. My wierzymy, że kiedy Ikar spadł do wody, to tam jest dla niego jakieś drugie życie. Że nie musiał zginąć w tej wodzie i to jest po prostu jakaś forma przeistoczenia się.
Właśnie - jak na to, że "Trysk" jest płytą mocno rave'ową, jestem zaskoczony, ile treści do niej wkładacie. Raczej nie jest to rzecz typowa przy tego typu brzmieniach. Skąd się to wzięło?
Ola: Mamy taką potrzebę, żeby nasza muzyka oddziaływała nie tylko na ciało, ale też na umysł. I dobrze nam się łączy ten kontrast: kiedy muzyka jest taneczna, transowa, wciągająca, a zarazem dość pogodna, a teksty często są melancholijne i niosą ze sobą trochę mroczną treść albo właśnie lekko poetycko-filozoficzne zabarwienie.
Przemek: Czujemy też po prostu, że muzyka elektroniczna często ma głównie wartość użytkową. A kiedy masz treść - szczególnie kiedy jest jej dużo i jest bardzo odsłaniająca artystę - o jesteś bliżej ludzi i bardziej zapada im to w głowę.
My mamy tendencję do łączenia elektroniki z różnymi mniej oczywistymi właściwościami dla tego gatunku. Na przykład nasze kreacje na scenie czy elementy choreografii nie są bardzo typowe. Często osoba, która gra elektronikę, jest bardziej anonimowa. To się już zmienia. Mamy na przykład HorsegiirL teraz czy Partiboi69 i to są bardzo wyraźne persony. Ale w Polsce takich projektów jest mało.
Graliście na wielu festiwalach, macie na koncie epki "Cyrki" i "Horror vacui", ale pomimo kilku lat działalności "Trysk" to debiutancki album. Dlaczego jego nagrywanie trwało tak długo?
Przemek: Byliśmy w trakcie przygotowywania albumu, ale nagle okazało się, że musimy stworzyć jeszcze dużo materiału na festiwal Zorza w ramach projektu "Polish Euforia 2000", więc musieliśmy to odwlec w czasie, ale to było przyjemne odwleczenie. Mieliśmy dylemat, czy chcemy się w to angażować kosztem odłożenia w czasie naszego albumu.
Ola: Przy Zorzy musieliśmy znów skupić się tak naprawdę na remixach. To coś, co pojawiło się u nas przypadkiem - mam na myśli te remixy serialowe - ale zostało z nami właśnie dzięki Zorzy.
Przemek: Ale czuliśmy, że warto zatrzymać się na chwilę przy remixach i że album też na tym zyskał, bo moim zdaniem widać w nim naszą ewolucję.
Zostało z wami na tyle, że kiedy dowiedziałem się, że będę z wami rozmawiać, to moją pierwszą reakcją było "a, to ci od remixu Plebanii". Jaki więc macie stosunek do tego, że jesteście kojarzeni z tymi remixami serialowymi, które stały się viralem?
Ola: Myślę, że lepiej mieć viral niż go nie mieć (śmiech).
We współczesnym świecie na pewno.
Ola: Tak więc myślę, że część osób, która posłuchała "Plebanii", totalnie wpadła w naszą ikarvsową króliczą norę i została tam na długo. Dostawaliśmy dużo wiadomości od nowych fanów, że poznali nas dzięki viralowi, więc to była dla nas szansa, żeby przebić sufit, który czuliśmy od dłuższego czasu.
Przemek: Bo czuliśmy, że to, co robimy, jest w Polsce niszowe. I uderzenie w takie tony jak remix piosenki z "Plebanii" spowodowało, że rzeczywiście - chociaż na chwilę - mieliśmy bardzo dużą widoczność. To było dla nas niespodziewane, ale rzeczywiście było takim przebiciem sufitu, więc nie możemy narzekać, że to się wydarzyło.
Z racji tego, że ludzie już czekali na ten utwór, zrobiliśmy go bardzo szybko i bez przejmowania się, czy to będzie dopracowane w każdym szczególe. Ten proces artystyczny był bardzo gładki. Ponadto "Plebania" i to, że zrobiliśmy ją bardziej w klimacie trance, trochę nadały nam inną trajektorię. Uznaliśmy, że możemy też robić swoje utwory w podobnym stylu.
Ola: A czemu zrobiliśmy trance wtedy? To było chyba jakieś natchnienie.
Ta iskra boska przyszła po prostu (śmiech).
Przemek: Wiadomo, że pojawili się też hejterzy. Zetknęliśmy się z wyjściem poza bańkę i z tą częścią odbiorców, która niekoniecznie musi nas akceptować: to, jak wyglądamy, jak się zachowujemy, więc szły za tym pewne trudy.
Na pewno dużo hejterów pojawiło się też po waszym występie w "Mam talent!". I tu oczywiście chcę nawiązać do afery związanej z przemontowaniem waszego występu. Jak patrzycie na to wszystko z perspektywy czasu?
Ola: Z perspektywy czasu czujemy, że ten występ dał nam wiele, bo mieliśmy dużą widoczność. Ludzie zaczepiali nas na ulicy i to chyba pierwszy raz zdarzyło się na taką skalę. Więc patrząc na to pod kątem możliwości dotarcia do nowych słuchaczy, to jest to okej. A to, że zostało pokazane tak, jak zostało pokazane… Cóż mamy z tym zrobić? Nic z tym nie zrobimy.
Przemek: To było surrealistyczne doświadczenie. Mogliśmy albo się po tym załamać, albo odpowiedzieć. I mimo że było nam wtedy ciężko, uznaliśmy: dobra, włączamy kamerę i mówimy, co o tym sądzimy. Czuję, że to dało nam zwycięstwo w całej tej sytuacji, bo ludzie zaczęli się z nami utożsamiać, empatyzować i widzieć, że to nie my jesteśmy tą złą stroną, z której należy się śmiać.
Szczególnie że rzeczywiście Agnieszka Chylińska porównała was do Davida Bowie'ego.
Ola: To akurat było wyemitowane w telewizji, ale tego w ogóle nie pokazano w social mediach. W każdym razie, kiedy poszliśmy do programu, to wychodząc po całym nagraniu, mieliśmy poczucie, że wszystko poszło super. Więc na dzień emisji zaprosiliśmy znajomych do siebie do domu i zrobiliśmy zbiorowe oglądanie. Nadszedł moment, kiedy w końcu się pojawiamy. Najpierw opowiadamy o sobie i jest fajnie, potem słyszymy utwór i wykrzykujemy: "o matko, co się stało? Jak można tak ten dźwięk zmiksować?". Byliśmy zszokowani.
Przemek: Tak, jakby ktoś w ogóle nie rozumiał, czym jest muzyka elektroniczna. Podkład został gdzieś zupełnie z tyłu, ledwo słyszalny, a na wierzch wyciągnięto sam wokal bez żadnych efektów. U nas te efekty są jednak ważne. No i wyszło, jak wyszło…
Ola: Tak, ale widzę też, że części odbiorców tak naprawdę nie do końca chodziło o sam performance, a o nasz wygląd, który widocznie nadal szokuje ludzi.
Cóż, żyjemy w rzeczywistości, w której nie może być inaczej. 20 czerwca mieliście release party na Jasnej 1 w Warszawie. Jak go wspominacie i jak bardzo koncerty po wydaniu albumu będą różnić się od tego, co prezentowaliście wcześniej?
Przemek: Wspominamy to bardzo dobrze. Wybraliśmy to miejsce dlatego, że po remoncie czujemy tam naprawdę dobrą przestrzeń dla naszej koncepcji. Jest trochę miejsca na swobodny ruch, widownia jest dookoła artysty.
Ola: Tak, można zobaczyć artystę z każdej strony. Dla naszego projektu to jest super rozwiązanie, bo lubimy być wśród ludzi, blisko, a zarazem mieć przestrzeń na ruch sceniczny. Lubimy też, kiedy widoczne są nasze kontrolery i to, co robimy w trakcie występu.
Przemek: Jasną 1 wybraliśmy też dlatego, że chcieliśmy podkreślić nasz elektroniczny rodowód: to, że wywodzimy się z klubów. Dlatego wybraliśmy takie miejsce, bo to jest nasza naturalna przestrzeń. Tam chodzą nasi znajomi i nasi fani. Album mimo wszystko jest bardziej elektroniczny niż popowy, mimo że inspiracje popem są na nim oczywiste.
A co z przyszłymi koncertami?
Przemek: Ten album graliśmy w całości dopiero dwa razy. Oczywiście niektóre utwory gramy już ponad rok, ale nasz koncert na żywo zawsze wygląda trochę inaczej, bo za każdym razem wplatamy w to improwizację. Nasze występy to magma, która fluktuuje i się zmienia.
Ola: Jeśli chodzi o przyszłe koncerty, 22 sierpnia będziemy grać w Tamie w Poznaniu, 11 września w Łodzi podczas The Great September, a 18 września w Warszawie w klubie Oczki.
Przemek: Prowadzimy też celebrację otwarcia festiwalu Garbicz w tym roku. Będziemy robić muzykę elektroniczną na żywo, jadąc na platformie. Nie wiemy jeszcze, co dokładnie się wydarzy.
To porozmawiajmy jeszcze o płycie, bo bardzo ciekawą rzeczą jest to, że gościnnie udzielił się na niej Michał Szpak. I to w utworze, który raczej nie kojarzy się z tym, co on zazwyczaj tworzy, ani tekstowo, ani muzycznie. Zastanawiam się więc, jak udało wam się namówić go do udziału w "Polishamorii"?
Przemek: Przede wszystkim Michał jest dużym fanem elektroniki - zresztą poznaliśmy go osobiście na festiwalu Audioriver. Ale ten utwór wyszedł trochę przypadkiem. Robiliśmy wtedy muzykę do spektaklu w Gdańsku. Jeden z utworów, który stworzyliśmy, powstał do sceny w spektaklu o wampirach.
Przemek: Ten motyw na tyle spodobał się reżyserce, Martynie Majewskiej, że postanowiła wysłać go do Michała. Martyna była wtedy jego dyrektorką artystyczną, więc po prostu miała z nim dobry kontakt. Michał się zgodził, jemu też ten pomysł się spodobał. Ten tekst też jest właśnie wzięty ze spektaklu: to nie jest ani nasz tekst, ani Michała.
Ola: Ale czujemy, że to wszystko ładnie się połączyło. Dla nas to też było w jakimś sensie zaskoczenie i bardzo doceniamy obecność Michała.
Ostatnie słowo dla czytelników naszego wywiadu?
Przemek: Wydaje mi się, że nasza płyta jest jak świeży łyk wody, idealny na lato. Dlatego też nazywa się "Trysk". Czuję, że ta świeżość jest tu obecna na wielu płaszczyznach. Jeśli ktoś szuka czegoś innego, czegoś świeżego na polskim rynku muzycznym, to ta płyta może być odpowiednia.
Ola: Czujemy, że jest i taneczna, i melancholijna. Momentami jest w niej trochę poezji, trochę marzycielstwa, trochę romantyzmu i trochę mroku.
Przemek: Plus jest idealna do jeżdżenia samochodem w nocy.
Ola: Albo rowerem.











