Hér: Jazz i metal to dwa kompletnie inne światy [WYWIAD]
Tomasz Chyła to w jazzowym światku uznany, rozpoznawalny skrzypek, którego kwintet ceniony jest zarówno w Polsce, jak i poza nią. W czerpiącym z neofolku, blackmetalowej aury i islandzkich mitów Hér musiał jednak zaczynać od zera. W nabraniu wiatru w żagle pomogły między innymi kontrakty płytowe z rodzimym Mystic Production i francuskim Season of Mist, a po licznych perturbacjach 30 stycznia wreszcie ukaże się debiutancki album zespołu.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: - Losy Hér są dość kręte. Koncertowaliście już w 2023 roku, w sieci dostępne były pojedyncze utwory, ale później cała muzyka została wycofana, a premiera albumu przesunięta o wiele miesięcy. Wszystko dlatego, bo znaleźliście nowego wydawcę w postaci francuskiego, w metalowym kręgach bardzo ważnego Season of Mist. Obawiałeś się, że to całe zamieszanie wyjdzie wam na niekorzyść?
Tomasz Chyła: - Mimo wszystko czułem spokój. W odróżnieniu od kolegów z zespołu, których cała ta sytuacja zaczynała irytować. W naszych innych zespołach, w muzyce jazzowej, działa się zupełnie inaczej. Czasami za szybko, zbyt nagle. Tutaj czułem, że możemy się nie spieszyć i uzyskać dzięki temu lepszą jakość. Tak się też stało. To pierwszy z kilku zespołów, w których każdy z nas gra z wydawcą europejskim. W Polsce oczywiście też wydajemy, za pośrednictwem Mystic Production, ale dostaliśmy szansę, by dotrzeć do zachodniej publiczności.
Metalu nie gracie, ale jest w muzyce Hér mrok, który do metalowej publiczności na pewno przemówi. Sami wywodzicie się natomiast ze sceny jazzowej i takich zespołów jak Nene Heroine, Artificialice czy Tomasz Chyła Quintet, którego jesteś liderem. Stylistycznie to dość odległe bieguny, choć istnieją projekty łączące metal z jazzem, na przykład Painkiller albo The Flying Luttenbachers. Wasza publiczność to miks przeróżnych osób z różnych scen czy jest jakaś dominująca grupa?
- Trudno w tym momencie stwierdzić, kto jest naszym odbiorcą. Zagraliśmy już kilka koncertów, ale cały czas jesteśmy na początku drogi. Po występach na takich festiwalach, jak Inside Seaside czy Mystic - metalowej imprezie, gdzie byliśmy chyba jedynym zespołem nie korzystającym z gitary elektrycznej, a mimo tego klub był wypchany ludźmi - mam przeświadczenie, że nasza muzyka przemawia do szerokiego grona osób. Jest w niej specyficzna mantryczność, która potrafi wciągać niezależnie od tego, czego słucha się na co dzień. Z drugiej strony jest u nas też eksplozywność pasująca do muzyki rockowej czy nawet właśnie metalowej. Maciej (Świniarski - przyp.red.), nasz wokalista, twierdzi, że może nie gramy stricte metalu, ale pod względem otoczki jest to bliskie blackowi. Tak to sobie w sferze gatunkowej sytuujemy - jako black folk z post-jazzową energią i domieszką słowiańskich melodii oraz zainspirowanych Islandią tekstów. Cały ten niespotykany miks przemówił do ludzi i my sami też po pierwszym koncercie czuliśmy, że chociaż mamy inne zespoły, szkoda byłoby nie włożyć w kontynuowanie Hér więcej energii.
Kto w Hér słucha metalu?
- Najczęściej chyba ja z Maćkiem. To my najbardziej cieszyliśmy się tym, że najpierw trafiliśmy do Mystic Production, a później do Season of Mist. Kiedy byliśmy w procesie tworzenia tej muzyki, Maciek często powtarzał, że dostrzega pewne podobieństwa do takich zespołów, jak Heilung albo Wardruna, czyli nie typowo metalowych, ale wśród metalowej publiczności bardzo lubianych. Niedawno nawiązaliśmy zresztą współpracę z agencją Doomstar Bookings, która reprezentuje Heilung. Na szczęście i nasz wydawca, i nasza agencja bookingowa choć wywodzą się z metalowego środowiska, są bardzo otwarci na naszą muzykę.
To, co grasz na skrzypcach w swoim kwintecie, i to, co grasz w Hér, mocno się od siebie różni. Dla ciebie funkcjonowanie w tych dwóch zespołach jest bardzo odmienne?
- Z perspektywy tego, co robię na scenie - na pewno. Kompozycje z jednej strony są mojego pomysłu, z drugiej intensywnie nad nimi wszyscy razem pracowaliśmy. Maciek jest głównym wokalem, ale chciałem w Hér też pośpiewać i wspierać go z drugiego planu. Gram do tego na syntezatorze, co dobarwia brzmienie i niekiedy wypełnia funkcję, jaką pełniłyby w metalu gitary elektryczne. W dodatku nie czuję się tutaj liderem. Ze względu na to, że wpadłem na pomysł na ten zespół jestem wypychany na front, ale wiele robi też Tomek Sadecki (basista), który razem ze swoją partnerką, Mary Zaleską, zajmuje się całym aspektem wizualnym. Dzisiaj odebrałem właśnie - po raz pierwszy w życiu, choć gram już od wielu lat - koszulki mojego zespołu, co jest dla mnie kolejnym niesamowitym przeżyciem.
Jazzowych koszulek faktycznie raczej się nie robi, choć są wyjątki. Te dwa światy, z którymi jesteś związany, funkcjonują na odmiennych zasadach. Mogłoby się na przykład wydawać, że często niesprawiedliwie uznawany za muzykę niszową i nieprzystępną jazz rzuca zespołom spore wyzwanie przy organizowaniu tras, ale ze względu na wsparcie wielu instytucji na całym globie, tak naprawdę daje w tym zakresie większe i pod względem warunków lepsze możliwości niż metal czy rock.
- Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że muzyka jazzowa zaistnieje w jeszcze szerszym wymiarze. Na wielkich festiwalach. Teraz wydaje mi się jednak, że wciąż nie do końca jest to możliwe. Zdarzają się skoki w bok, jak EABS, Błoto czy Nene Heroine albo nawet mój kwintet, z którym grałem na Woodstocku, ale to nadal nisza. Jestem w dodatku skazany na jazz przez nazwę Tomasz Chyła Quintet. Mógłbym grać death metal albo country, a i tak promotorzy, którzy nie do końca orientują się w muzyce uznają, że to musi być jazz. Z Hér jest zupełnie inaczej i faktycznie trudniej. Marzenia o trasie koncertowej mogą się spełnić tylko wtedy, jeżeli zostaniemy supportem jakiegoś większego zespołu.
To kompletnie różne światy. Już teraz, po kilku festiwalach, widzę, jak bardzo się to różni na przykład pod kątem możliwości zorganizowania soundchecku przed występem czy opieki nad zespołem... Jesteśmy w jazzie rozpieszczeni (śmiech). Często dużo wymagamy, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że zajmujemy istotne miejsce w programie jakiegoś festiwalu, a tutaj trzeba się zmierzyć z tym, że jako nieznany zespół wchodzimy na nowe poletko i szukamy nowej publiczności. To ważne, żebyśmy potrafili siebie "sprzedać", bo bez wątpienia żebyśmy mogli grać jak najwięcej, ludzie muszą nas słuchać.
Publiczność metalową i jazzową na pewno łączy z kolei to, że w wyjątkowy sposób celebruje słuchanie muzyki. To ludzie, którzy wciąż kupują płyty, kupują merch, traktują te przedmioty ze szczególnym namaszczeniem.
- Tak, mam pełną świadomość, że obydwie te publiczności cenią sobie fizyczne nośniki i pozamuzyczne przedmioty związane z muzyką. Wiele na ten temat dowiedzieliśmy się od osób z Season of Mist, które obdarzyły nas wielką opieką. W jazzie raczej się o tym nie myśli, żeby na przykład przywiązywać dużą wagę do projektu okładki i prezentować ją tak, żeby ludzie mieli ochotę zabrać ją do domu.
A skąd wzięła się w tym wszystkim Islandia? To wynik podróży, która zostawiła na was tak trwały ślad, że przeobraził się w twórcze działanie?
- Najśmieszniejsze jest to, że żaden z nas dotąd nie był w Islandii. W 2021 roku dostałem propozycję przygotowania koncertu inspirowanego muzyką skandynawską na Nordic Talking Festival. Jako muzyk jazzowy miałem dobrać sobie inne osoby i sklecić coś fajnego, ale podszedłem do tego trochę inaczej. Po pandemii czułem potrzebę, by zrobić sobie reset. Zacząłem zbierać informacje na temat mitologii islandzkiej i odkryłem, że ta skandynawska opiera się na "Eddzie starszej", więc tak naprawdę wywodzi się właśnie z Islandii. Zebrałem kilka cytatów, odezwałem się do znajomych, którzy tam mieszkają, z prośbą o pomoc w nauczeniu się wymowy różnych słów, a później zacząłem pod te słowa pisać muzykę i samoistnie zaczęło to iść w dość mrocznym kierunku. Może to trochę tandetne, ale jarałem się w tym czasie "Wikingami" i postacią Ragnara Lodbroka. Była w tym serialu świetna muzyka z pogranicza etno folku i współczesnych brzmień.
Z tych wszystkich inspiracji powstały najpierw cztery utwory, z którymi zagraliśmy ten koncert. Łączyły się w trwającą godzinę mantrę. Później je poskracaliśmy, dopisaliśmy kilka innych, Maciek zaczął pisać teksty. Od razu wiedziałem, że trzeba kuć żelazo póki gorące, więc wynająłem studio Monochrom w Kotlinie Kłodzkiej. To była końcówka listopada, ale aura bardzo zimowa - nastrój idealnie pasował do muzyki. Nie mieliśmy jeszcze wtedy nawet nazwy dla zespołu. Zabraliśmy gotowe utwory, zamknęliśmy się w domku w górach i nagraliśmy płytę.
W jazzie często bardzo dbamy o brzmienie, siedzimy nad każdym drobnym szczegółem i tutaj z początku też był taki plan. Pokazaliśmy jednak ten materiał Kasi Lins, z którą znam się ze studiów, i stwierdziła, że musimy skontaktować się z jej producentem, Marcinem Borsem. To było kolejne zetknięcie dwóch różnych światów i dzięki temu nasza muzyka została doprowadzona do brzmienia, jakiego sami nigdy byśmy nie wymyślili. Pojechałem do Marcina razem z Tomkiem i Sławkiem (Koryznem, perkusistą - przyp. red.) i po tym, co usłyszeliśmy, zaczęliśmy proponować inne podejście. Powiedział: "Słuchajcie, mogę zrobić tak, żeby to brzmiało po waszemu, jazzowemu, ale jeżeli ma to zabrzmieć oryginalnie, to zaufajcie mi i dajcie wolną rękę". Zaryzykowaliśmy i muszę przyznać, że chapeau bas. Nie mogliśmy sobie tego lepiej wymarzyć.
A czy pod względem czysto muzycznym wnikaliście w tradycyjne brzmienia Islandii?
- Z początku słuchałem sporo muzyki ogólnie skandynawskiej, bo rozważałem dodanie jakiegoś tradycyjnego instrumentu, ale okazało się, że jednym z głównych w folku tego regionu są skrzypce (śmiech). Byłem też w tamtym czasie po przerwie w graniu z Piotrkiem Chęckim (saksofonistą) i chciałem wrócić z nim na scenę, więc wszystkie elementy układanki same się ułożyły. Myślę, że wpływy muzyki skandynawskiej do pewnego stopnia są słyszalne. Na tyle, na ile można je przenieść do własnego grania bez podróży do Islandii.
Wracając jeszcze do pierwszego pytania, rok temu mieliśmy już ustaloną datę premiery albumu w Mysticu na październik albo listopad, ale we wrześniu Michał Wardzała - szef wydawnictwa - zabrał nas, jako jedyny zespół z Polski, na festiwal by:Larm do Oslo. Wtedy po raz pierwszy stanąłem na skandynawskiej ziemi. Zagraliśmy na scenie Black, gdzie były wyłącznie zespoły metalowe i niespodziewanie dwa dni po tym koncercie przyszła propozycja z Season of Mist.
Czyli dawne metody odkrywania zespołów wciąż się sprawdzają. Nie trzeba mieć wiralowego hitu w mediach społecznościowych.
- Chyba tak. Jak o tym opowiadam, to aż dostaję gęsiej skórki, bo mam już trzydzieści pięć lat na karku i przestałem wierzyć w bajki, że ktoś mnie gdzieś zabierze, komuś pokaże i nagle zrobię wielką karierę. Okazało się jednak, że te drobne marzenia z czasów, kiedy byłem dzieciakiem, mogą się spełnić. Jednak może się tak przydarzyć, że ktoś cię gdzieś zagranicą usłyszy i postanowi wydać. To cieszy, że muzyka i jej otoczka mogą jednak wygrać. Myślę, że to robi swoje, kiedy na koncercie stoimy w kręgu, właściwie nie widać Maćka i Piotra, ludzie zastanawiają się, kto śpiewa, jest bardzo ciemno, są wizualizacje. Na pewno przykuwamy uwagę.
Wiele osób głośno zastanawiało się nad tym, jak to jest, że polskie zespoły nie robią dużych karier poza Polską. Jeżeli odjąć jazz i ekstremalny metal spod znaku Vadera i Behemotha, to w ostatnich latach udało się to właściwie tylko Trupie Trupa. Może poniekąd wynika to właśnie z braku szerszego konceptu. Czegoś jeszcze, co przyciągałoby poza muzyką.
- Dokładnie tak. To zresztą ciekawe, bo kilka dni temu udzielałem wywiadu portalowi Metal Has No Borders i zostałem zapytany, jak to możliwe, że i my, i Behemoth jesteśmy z Gdańska. Ludzie z Season of Mist przeczytali tę rozmowę i też dziwili się, że pochodzimy z tego samego miasta. To samo tyczy się Trupy Trupa - kolejny zespół z Gdańska. Ewidentnie są tutaj sprzyjające warunki. Nie tylko to łączy jednak Trupę i Behemotha - obydwa ciężko pracują nad tym "czymś jeszcze", poza muzyką. W Hér wychodzimy z podobnego założenia. Publiczność trzeba umieć zaciekawić.
Nazwa zespołu w tłumaczeniu na język polski oznacza "tutaj", a w notce prasowej podkreślacie, że to "bardzo wyraźne zawołanie w kierunku publiczności - bądźcie tu, przeżywajcie, inspirujcie się, to się dzieje teraz i jest kwintesencją uczestniczenia w przejawie artystycznym". Czy to refleksja związana z coraz większym rozproszeniem koncentracji współczesnego człowieka? Sam widzę, że w trakcie koncertów nieustannie wyciągane są telefony, choćby po to, żeby ze dwa razy przescrollować ekran i sprawdzić, co się dzieje.
- Jasne i sam jestem tego przykładem. Czasami zastanawiam się, czy to przez to, że jestem muzykiem, czy dlatego, że dzisiejszych świat opiera się na dziesięciosekundowych motywach, które cały czas nas prześladują i głupiej AI, która ryje nam głowy, doprowadzając do totalnego lenistwa. Cała ideologia sestu hérna, czyli usiądź tutaj i posłuchaj z nami, jest też mocno związana z przebiegiem naszych koncertów. Zaczynamy od długiej mantry, która ma wpleść słuchacza w muzykę. Jak w to wejdziesz, to zostaniesz z nami do końca i ludzie faktycznie z nami zostali. Całość nie jest oczywiście tak jednostajna, często wychodzimy z tej mantry i jest też sporo ognia
Premierowy koncert gracie 30 stycznia, akurat w dniu wydania albumu, i to we własnym mieście. To dodatkowy stres czy komfort?
- To ogromny komfort. Przebieramy wszyscy nogami i nie możemy się doczekać. Jest niewielka obawa, że ludzie mogli o nas przez te wszystkie zawirowania zapomnieć, ale poza tym jesteśmy szczęśliwi, że gramy akurat w Gdańsku i akurat w Klubie Żak. Kocham tam być, kocham stać na tej scenie. Żak stał się miejscem programowo bardzo otwartym, nie tylko związanym z jazzem, więc lepiej być nie mogło.
Ale największe marzenie to pewnie w końcu wystąpić w Islandii?
- Byłoby fajnie, ale czy to jest największe marzenie? Marzy mi się jeszcze wyruszyć w trasę koncertową. Z Kwintetem mam już za sobą trzy prawie miesięczne wyjazdy po świecie, ale chciałbym zobaczyć, jak to jest w tej metalowo-folkowej muzyce. Widziałem, jak wyglądają koncerty Wardruny i Heilung, jak ogromną grupę fanów mają i tutaj lokuję swoje marzenia. Islandia byłaby wisienką na torcie, ale nie chcę fiksować się na tym jednym miejscu i od razu zakładać, że kolejna płyta również musi być nim inspirowana. Nie wykluczamy, że pójdziemy w zupełnie innym kierunku. Stąd też tytuł "Monochrome", który nie jest w języku islandzkim i silnie wiąże się z miejscem, w którym nagrywaliśmy, a także z odcieniami szarości widocznymi na okładce czy słyszalnymi w naszej muzyce.









