GoGo Penguin: Najważniejsze to mieć otwartą głowę [WYWIAD]
Najnowszy album manchesterskiego tria ("Necessary Fictions") będzie można w najbliższym czasie usłyszeć w Polsce na żywo aż trzykrotnie - 24 kwietnia w Gdańsku, dzień później w Warszawie i kolejnego dnia we Wrocławiu. GoGo Penguin już patrzy jednak na przód i publikuje utwory z nowej EP-ki. Między innymi o nich opowiedzieli nam basista Nick Blacka i pianista Chris Illingworth.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Na początku roku opublikowaliście tytułowy utwór z EP-ki "Call of the Void" i dodaliście, że został zainspirowany "waszą mroczniejszą stroną". Da się ten mrok wyczuć w partiach basowych, ale perkusja brzmi bardzo rockowa, a z fortepianu dobiegają raczej podnoszące na duchu dźwięki. Udało się wam zachować optymizm i znaleźć coś dobrego nawet po wejrzeniu w tytułową "otchłań"?
Nick Blacka: Zawsze staramy się zachować optymizm. Nawet w najbardziej ponurych sytuacjach. Poniekąd o tym był album "Everything Is Going to Be OK". Powstawał w najgorszym czasie mojego życia - kiedy utraciłem dwie bardzo bliskie osoby z rodziny. Przewrotnie jednak muzyka stała się w konsekwencji optymistyczna, bo tylko tak dało się zrobić krok naprzód i ruszyć w innym kierunku. "Call of the Void" na pewno jest mroczniejszy, ale cieszę się, że usłyszałeś coś pozytywnego w fortepianie Chrisa.
To utwór o tym stanie, kiedy na chwilę racjonalność zostaje uśpiona i odczuwasz pokusę zrobienia czegoś lekkomyślnego czy wręcz niebezpiecznego. Nagle masz na przykład ochotę skoczyć z mostu. Wszystkim nam czasami przychodzą do głowy takie myśli. Cieszę się jednak, że udało się nam wywołać również inne wrażenia.
Wyjątkową właściwością muzyki instrumentalnej jest to, że nie ma ściśle dookreślonego znaczenia. Tytuły mogą podsuwać pewne wskazówki, ale interpretacja pozostaje dowolna. Dla was każdy utwór GoGo Penguin ma konkretne znaczenie czy skupiacie się raczej na emocjach?
NB: Poniekąd i jedno, i drugie. Mam wrażenie, że na kilku ostatnich albumach byliśmy nieco bardziej bezpośredni ze względu na potrzebę odniesienia się do wydarzeń z życia osobistego. Niektóre tytuły nawiązywały do nich. Na pewno ważne jest jednak, by ludzie mogli nadawać temu, co słyszą własne znaczenia. Dla nas to znacznie ciekawsze, kiedy każdy odbiera poszczególne utwory na swój sposób, zamiast usilnie próbować wczuć się w nasz sposób myślenia.
Akurat rozmawiałem dzisiaj na podobny temat z Chrisem i wspomniał jeden z naszych wczesnych, wciąż popularnych utworów, "Hopopono". Przez te wszystkie lata słyszeliśmy od publiczności po koncertach, że ktoś puścił go na randce, ktoś na weselu, a ktoś inny na pogrzebie. To ten sam utwór, a ma tak wiele różnych interpretacji.
Chris Illingworth: Praca nad utworami zawsze zaczyna się od emocji. Bardziej dosłowne znaczenie może pojawić się gdzieś po drodze i wiąże się na ogół z tym, co nas akurat inspirowało, o czym myśleliśmy i rozmawialiśmy. Skupianie się na emocjach, a nie na bezpośrednim przekazie, ma w dodatku tę zaletę, że możemy nawiązać bliską więź ze znacznie szerszą grupą słuchaczy. Pokonujemy w ten sposób barierę językową, kulturową i terytorialną. To znacznie skuteczniejszy sposób komunikacji.
Zdarza się, że pracujecie nad jakimś utworem, powstaje w waszych głowach pewne wyobrażenie na jego temat, a później zaczynacie rozmawiać i okazuje się, że każdy odebrał go inaczej?
NB: Tak było na przykład z "Saturnine". Pracowaliśmy nad nim razem, a później Chris zaczął opisywać, jak czuje ten utwór. Odpowiedziałem, że odbieram go kompletnie inaczej (śmiech). Ale to dobrze, że tak się dzieje. Warto skonfrontować różne perspektywy.
Niedawno opublikowaliście nowy utwór, "Kai Dao", co - o ile się nie mylę - oznacza chrupiące smażone jajko z Tajlandii. Posiłek raczej nielekki, ale muzyka jest tutaj wyraźnie lżejsza niż w "Call of the Void". Mrok nie będzie tematem całej EP-ki?
NB: Chcieliśmy go uchwycić tylko w tym jednym kawałku, a jego tytuł został także tytułem EP-ki ze względu na okładkę. Jedno z drugim bardzo dobrze do siebie pasuje. Nie zamierzaliśmy na siłę trzymać się jednego nastroju, skoro przemawiały przez nas różne emocje. "Kai Dao" to zupełnie inny kierunek. Krótki, wesoły utwór niepodobny do tego, co robiliśmy dotąd, bo nie ma w nim żadnego instrumentu akustycznego. Postanowiliśmy zagraliśmy wyłącznie na syntezatorach, bo dlaczego nie? Dla niektórych osób może to być dziwne, postrzegają GoGo Penguin w ściśle dookreślony sposób, ale dla nas to była drobna, mała przyjemność. Jak zjedzenie chrupiącego smażonego jajka (śmiech).
Wspomnieliście niedawno w mediach społecznościowych, że zawsze byliście zainspirowani muzyką elektroniczną, ale kiedy jakiś pomysł zaczynaliście opracowywać na syntezatorze albo na komputerze, to zaraz przenosiliście go na instrumenty akustyczne. Decydowaliście się na to ze względu na to, że w jazzie stereotypowo są one postrzegane jako bardziej szlachetne?
CI: W niewielkim stopniu to również było przyczyną. Po wielu latach działalności, pojawiło się w naszych głowach wyobrażenie na temat tego, co publiczność oczekuje od GoGo Penguin. Musieliśmy się z nim skonfrontować i odpowiedzieć sobie na pytanie, czego sami od siebie chcemy. O tym jest zresztą utwór "What We Are and What We Are Meant to Be". Tworzyliśmy go z myślą o wszystkim, co od początku istnienia zespołu składało się na jego charakter.
Zawsze pracowaliśmy ze wspierającymi nas wytwórniami, ale nawet w tak komfortowych warunkach istniały pewne oczekiwania. Z różnych względów. Niekoniecznie dotyczących komercyjnego powodzenia, ale na przykład wpasowania się w katalog wydawnictwa. To niby drobiazgi, ale nie bez wpływu na kierunek, w jakim postanowiliśmy zmierzać jako muzycy.
W ostatnim czasie staramy się jednak od tego wyzwolić i myśleć raczej o tym, kim jesteśmy, kim chcemy być i co przekazać. Wsłuchujemy się we własne głosy, zamiast martwić się, co pomyślą inni. To nie znaczy, że nie cenimy i nie słuchamy innych opinii, ale ostatecznie musimy być szczerzy przede wszystkim ze sobą.
Dlatego nagranie "Kai Dao" nie wydawało się nam dziwne albo zaskakujące. To po prostu jeden z kilku utworów, nad którymi w tym samym czasie pracowaliśmy. Niektóre były akustyczne, inne elektroakustyczne i wreszcie nagraliśmy coś w całości elektronicznego. Rozumiem, że dla kogoś z zewnątrz może być to dziwne, bo jesteśmy postrzegani jako trio złożone z pianisty, basisty i perkusisty. Nie może to nam jednak blokować drogi do rozwoju i zmuszać do tkwienia w pętli powtarzania siebie. Na pewno z czasem rodziłoby to frustracje i rozczarowanie. Myślę zresztą, że nie tylko u nas, ale również u publiczności.
Macie w zanadrzu jeszcze jakieś dotąd nietestowane pomysły, którymi chcecie zaskoczyć publiczność?
CI: Sam nie wiem. W tej chwili myślimy głównie o koncertach z materiałem z "Necessary Fictions". Pojawiają się różne pomysły, myślimy o spróbowaniu nowych rozwiązań, ale nic się jeszcze nie skonkretyzowało. Decyzje o zagraniu czegoś nietypowego nigdy nie są podejmowane z myślą o wzbudzeniu kontrowersji albo wywołaniu jakichś wzmożonych dyskusji. Po prostu jesteśmy sobą i jeżeli zaczniemy naturalnie skręcać w jakimś nowym kierunku, to poddamy się temu. Nie chcemy nikogo szokować, nie szukamy na siłę nowych pomysłów, to się dzieje bezwiednie. Najważniejsze to mieć otwartą głowę.
NB: To, że wydaliśmy niedawno elektroniczny utwór nie oznacza wcale trwałej zmiany kursu. Możliwe, że już nigdy niczego podobnego nie nagramy. Pod wpływem chwili poczuliśmy potrzebę stworzenia czegoś takiego i uznaliśmy, że nie ma sensu z tym walczyć. Takimi motywacjami chcemy się kierować. Jeżeli najdzie nas ochota na nagranie albumu w stu procentach akustycznego, to też się jej poddamy. W tej chwili nie wydaje mi się to prawdopodobne, ale kto wie, co przyniesie przyszłość.
Zdarza się wam wracać do już nagranej muzyki i rozmyślać, czy czegoś nie dałoby się zrobić lepiej?
CI: Od wydania "Necessary Fictions" zaraz minie rok i wciąż jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. To bardzo szczery album. Zawsze pojawia się jednak ta natrętna myśl, że coś dałoby się zrobić inaczej. Niekoniecznie lepiej. Po prostu do każdego utworu da się podejść na różne sposoby. Wszyscy artyści, niezależnie od dziedziny, muszą się z tym mierzyć. W pewnym momencie trzeba odpuścić. Albo zaakceptować coś takim, jakie jest, albo z tego zrezygnować.
Niewykorzystane pomysły można zresztą przekształcić i na ich podstawie stworzyć później coś nowego. Nie raz widziałem znakomitych muzyków, w tym moim przyjaciół, którzy tak długo nad czymś pracowali, że ostatecznie nigdy nie pokazali tego światu. Cały czas mieli wrażenie, że jeszcze nie skończyli. Toczyli bardzo trudne, pogrążające ich w przygnębieniu batalie, który ostatecznie odbierały miłość do tego, co tworzyli. Nie czuli już, że tworzą sztukę, tylko nieustannie nanoszą poprawki. Dlatego trzeba mieć z tyłu głowy, że "niedoskonałości", z którymi tak zaciekle się walczy, są równie ważne, co te elementy, które od razu przynoszące satysfakcję.
NB: Kiedy pracowaliśmy nad naszym piątym albumem, "GoGo Penguin", Nico z Blue Note (Nicolas Pflug, producent i szef francuskiego oddziału wytwórni Blue Note - przyp. red.) powiedział: "Doskonałe jest wrogiem dobrego". To prawda, bo często gonimy na oślep za ideałem, którego nie da się uchwycić. Trzeba wiedzieć, kiedy sobie odpuścić. Kilka lat później może się tak zdarzyć, że coś chciałoby się poprawić, bo nabiera się doświadczenia, ma się większą wiedzę, ale albumy to przecież zapisy jakiejś chwili. Pokazują, skąd przybyliśmy.
Poza tym jeżeli naprawdę chcecie coś zmienić w danym utworze, improwizacja nie jest wam obca. Możecie testować nowe pomysły podczas koncertów.
NB: Mamy taki naprawdę stary kawałek, który wciąż gramy - nazywa się "Break" (pochodzi z wersji deluxe albumu "v2.0" z 2014 roku - przyp. red.) i jest w nim bardzo dużo improwizacji. Zwłaszcza podczas solówek fortepianowej i basowej. Podobnie jest z kawałkiem "Smarra" z "Man Made Object" - gramy go inaczej niż na albumie, choć nie nazwałbym tego improwizowaniem w tradycyjnie jazzowym sensie.
Z drugiej strony są również takie utwory, w których niczego zmieniać już nie chcemy. Chociażby "Hopopono". Przerobiliśmy go na wiele sposobów jeszcze zanim został nagrany. Próbowaliśmy na przykład dodać basowe solo, ale szybko zorientowaliśmy się, że to kiepski pomysł. Akurat tutaj najlepiej sprawdza się ta struktura, ta emocjonalna wartość i ta piękna melodia, które uchwyciliśmy w studiu. Moglibyśmy oczywiście wcisnąć jeszcze jakąś solówkę, ale przypominałoby to raczej pompowanie swojego ego niż próbę dodania czegoś wartościowego.
Znam osoby, które nie słuchają ani jazzu, ani muzyki improwizowanej, ale słuchają GoGo Penguin i w ogóle was z takim rodzajem muzyki nie łączą. To pewnie może wynikać z nawiązań do minimalizmu, połączenia brzmień akustycznych i elektrycznych abo filmowej aury, ale dlaczego według was udało się wam zaskarbić sobie sympatię tak różnorodnej publiczności?
NB: To pewnie dlatego, że nie gramy po prostu jazzu. Sięgamy po bardzo różnorodne inspiracje. Chris jest wykształconym klasycznym pianistą, wszyscy kochamy elektronikę, rock i hip-hop. Przenikają do tego, co robimy. Jazz studiowałem na uniwersytecie i przez wiele lat bardzo głęboko w nim siedziałem, ale dzisiaj nie wracam do niego aż tak często. Czasami wrzucę jakiś starszy album z Blue Note'a albo trio Oscara Petersona, ale na ogół pochłania mnie zupełnie inna muzyka. A skoro tak, to nie mógłbym na siłę nagrywać jazzowego albumu. To by kłóciło się z założeniem pozostawania szczerym ze sobą samym.
Nie przeszkadza mi, jeżeli ktoś i tak nazwie to, co robimy jazzem. Wręcz przeciwnie, to komplement. Wydaje mi się jednak, że nie jest to dokładny opis tego, co obecnie robimy.
CI: Gatunki to po prostu narzędzia. Z każdego bierzemy to, co wydaje się nam przydatne. Czasami improwizacja jest przydatna, czasami zbędna. Najważniejsze jest przekazanie emocji, a nie trzymanie się określonej stylistyki. Może właśnie dlatego mamy tak różnorodną publiczność. Może taki sposób działania przemawia do ludzi niezależnie od tego, czego na co dzień słuchają. Sprawdza się to zwłaszcza podczas koncertów, kiedy nasza muzyka i reakcje publiczności napędzają się nawzajem.
Dzięki braku klucza gatunkowego możemy w dodatku grać w przeróżnych przestrzeniach - jednego dnia w filharmonii, kolejnego w klubie rockowym. Raz ludzie siedzą w skupieniu i patrzą na scenę, kiedy indziej stoją ściśnięci albo tańczą. W każdej z tych sytuacji czujemy się dobrze. To wielkie szczęście tworzyć w zgodzie ze sobą i mieć tak wiele możliwości.









