Glenn Hughes: Jestem dzisiaj po prostu wolnym człowiekiem [WYWIAD]
Chociaż wciąż najczęściej kojarzony jest jako wokalista Deep Purple z trzech albumów grupy z połowy lat 70., Glenn Hughes w trwającej niemal sześć dekad karierze zrobił znacznie więcej i nie zamierza zwalniać. W zeszłym roku wydał piąty album pod szyldem Black Country Communion, w maju singel z Robbiem Williamsem, a kilka dni temu piętnasty solowy materiał - "Chosen". Przy tej okazji już wkrótce zawita do Polski - 8 września wystąpi w krakowskim Klubie Studio, a 10 września w stołecznej Progresji.

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Zacznę od gorącego tematu - oglądałeś pożegnalny koncert Black Sabbath?
Glenn Hughes: - Obejrzałem kawałeczek, ale nie miałem na to za bardzo czasu.
Przez chwilę byłeś członkiem Black Sabbath, ale zdałeś sobie z tego sprawę dopiero po premierze albumu "Seventh Star" i ujrzeniu okładki. Dla wielu osób byłby to zaszczyt, dla ciebie niekoniecznie.
- Nie mam absolutnie nic przeciwko Black Sabbath, ale byłem niezadowolony, bo nie jestem metalowym wokalistą i nie chciałem być z metalem wiązany. Faktycznie nagrałem album z Tonym Iommim, jednym z moich najbliższych przyjaciół, ale to miał być jego solowy materiał i z takim nastawieniem wchodziłem do studia. Ostatecznie jednak kiedy wszystkie utwory były już nagrane, Warner Bros. zaczęło naciskać, żeby wydać to pod szyldem Black Sabbath, bo dzięki temu szanse na zysk były większe. Tak się bez mojej wiedzy stało.
Chciałbyś pożegnać się z publicznością w równie spektakularny sposób, kiedy poczujesz, że nadszedł właściwy moment?
- (śmiech) Nie mam pojęcia. Przede wszystkim trudno stwierdzić, kiedy jest właściwy moment. To może być jutro, to może być za pięć lat, to może być w każdej chwili. Póki co nie myślę o tym. W najmniejszym stopniu nie czuję, żeby coś zbliżało się do końca. Cieszę się natomiast, że chłopakom udało się pożegnać się w taki sposób. Każdego z nich uważam za bliskiego przyjaciela czy nawet za rodzinę, w końcu razem dorastaliśmy, więc dobrze widzieć, jak do samego końca robią wszystko po swojemu.
Jesteś mniej więcej w tym samym wieku co Ozzy (rozmawialiśmy jeszcze przed śmiercią Ozzy'ego Osbourne'a - przyp. red.), ale nic nie wskazuje na to, że miałbyś zwolnić tempo. Teraz nowy album solowy, w zeszłym roku nowy album Black Country Communion, a do tego jeszcze współpraca z Robbiem Williamsem przy niedawnym singlu "Rocket", gdzie zagrał również Tony Iommi. Jaka jest tajemnica twojej długowieczności?
- Nie ma żadnej tajemnicy. Dla mnie jest to przede wszystkim kwestia niemyślenia o tym, że czas mija, że na coś może być za późno, że czegoś już nie można. Nie zadręczam się takimi wizjami. Dbam o mój umysł i o moje ciało, dbam o serce i o wokal. Mogę z dumą powiedzieć, że mój głos w ogóle się nie starzeje. Jestem jedną z nielicznych osób w mojej grupie wiekowej, które naprawdę robią to samo, co robiły pięćdziesiąt lat temu bez żadnego uszczerbku na jakości. Jestem za to ogromnie wdzięczny, ale nic nie dzieje się samo - włożyłem wiele wysiłku w zachowanie dobrej kondycji.
Większość twoich przedsięwzięć stylistycznie bazuje na hard rocku, ale utwór z Robbiem Williamsem, choć niewątpliwie jest dzięki tobie i Tony'emu rockowy, ma bardziej popowy charakter. To było inne doświadczenie niż wszystko, co dotąd robiłeś?
- W 1992 roku nagrałem piosenkę "America: What Time Is Love?" z The KLF, która podbiła listy przebojów w całej Europie. Zdarzały mi się różne dość nietypowe projekty. Co więcej, Robbie uwielbia ten utwór i w pewnym momencie przyszło mu do głowy, że moglibyśmy nagrać coś razem. Zdobył do mnie numer, zadzwonił, pokrótce opowiedział, co chciałby zrobić i oczywiście zgodziłem się na jego propozycję.
Pamiętasz, kiedy ostatnio coś cię zaskoczyło w działalności muzyka czy widziałeś i robiłeś już wszystko?
- Lubię być zaskakiwany. Pamiętam dokładnie zaskoczenie, jakie czułem w 1981 roku, kiedy usłyszałem Prince'a. To jedno z najbardziej pobudzających uczuć, jakiego możesz doświadczyć i nie mam na myśli jedynie muzyki, ale życie w ogóle. Kiedy patrzę przez okno mojego domu na ocean i pływające po nim okręty, kiedy patrzę, jak codzienne sprawy rozgrywają się wokół mnie, czuję, że nawet w najdrobniejszych sytuacjach można znaleźć coś zaskakującego. Cieszy mnie to za każdym razem i jestem wdzięczny, że wciąż mogę żyć i zajmować się tym, co kocham.
Wydaje mi się, że ważniejsza od twojej długowieczności jest zdolność utrzymywania wysokiego poziomu nowej muzyki. Pewnie wiąże się to z tym, co niedawno powiedziałeś - nagrywasz tylko wtedy, kiedy masz coś do powiedzenia.
- Dokładnie tak, ale pracuję nad różnymi utworami nieustannie. Co innego jednak dłubać sobie w nich w domu, a co innego zbierać się do nagrania albumu czy nawet do pisania tekstu. Piszę o akceptowaniu życia, miłości, wierze, strachu i śmierci. O tym, co każdemu z nas - czy tego chce, czy nie - jest najbliższe. Nie sięgam po tematy polityczne albo fantastyczne, interesuje mnie człowiek i jego przywary. Robię to po to, żeby pomóc sobie, ale zawsze mam nadzieję, że przy okazji pomagam również innym.
Stoi za albumem "Chosen" jakieś jedno, główne przesłanie?
- Akceptacja. Pogodzenie się z tym, że żyjemy tylko w tym jednym momencie w czasie. Jesteśmy maleńkimi punkcikami na ogromnej planecie, która jest niewiele większa w skali całego kosmosu. Wszyscy mieszkamy razem na tym samym obszarze, ale kiedyś nas nie było i za jakiś czas znowu nas nie będzie. Bycie tytułowym wybranym to dla mnie bycie jednością. Wszyscy jesteśmy ze sobą związani i chciałbym, żebyśmy sobie o tym przypomnieli.
To optymistyczne przesłanie, a dzisiaj o takie coraz trudniej - w końcu mierzymy się z wieloma problemami i na skali lokalnej, i na skali globalnej. Zawsze w ten sposób podchodzisz do życia czy codziennie toczysz walkę o wyrywanie się czarnym myślom?
- Znam też mroczniejszą stronę życia i nie raz o niej pisałem, ale trzydzieści lat temu drastycznie zmieniłem styl życia. Zacząłem podchodzić do niego w bardziej uduchowiony sposób. Do końca mojej działalności muzycznej - ilekolwiek będzie to trwało - chcę tworzyć już tylko to, co będzie dla mnie w danym momencie autentyczne. Potrafię grać w różnych stylach, ale do żadnego z nich nie chcę się zmuszać. Mam głos, który potrafi docierać do wielu osób i korzystam z tej możliwości, ile tylko się da.
Na tym etapie działalności bez wątpienia możesz robić wszystko, na co tylko masz ochotę, ale czy w przeszłości zdarzało się, że wywierano na ciebie presję, by wydawać, kiedy wcale nie miałeś na to ochoty albo brzmieć tak, jak wcale nie chciałeś brzmieć?
- Tak bywało, ale bardzo nie lubię, kiedy przymusza się mnie do czegoś. Ostatni solowy album nagrałem dziewięć lat temu i rzeczywiście przez cały ten czas wytwórnia naciskała, żebym wziął się za kolejny. Nie ulegałem temu, bo z wielu powodów nie czułem wcześniej potrzeby nagrywania. Poczułem ją dopiero niedawno. Muzykę tworzę wprawdzie nieustannie, ale nie zawsze ta, którą komponuję dla siebie jest również tą, którą chcę się dzielić ze wszystkimi. Jestem dzisiaj po prostu wolnym człowiekiem.
Po raz pierwszy usłyszałem twój głos na kasecie "Burn" mojego taty. To było ponad trzydzieści lat temu, ale otwierający utwór wciąż ma dla mnie szczególne znaczenie. Jestem pewien, że od lat nieustannie słyszysz podobne wyznania i zastanawiam się, czy nie jest to ciężarem, że po wszystkim, co zrobiłeś, wciąż wielu osobom kojarzysz się z Deep Purple, gdzie grałeś nie tak długo, bo ledwie przez trzy lata?
- Rzeczywiście słyszałem podobne wyznania od wielu osób, ale to zawsze jest miłe i schlebia mi. To przecież coś wyjątkowego mieć wpływ na czyjś dopiero kształtujący się gust. A co do Deep Purple, jakby nie patrzeć, te trzy albumy są częścią mojej twórczości i jestem z nich dumny. Moja muzyka powstaje jednak przede wszystkim dla mnie, z zaledwie nadzieją na to, że inni odbiorą ją na podobnym poziomie i zrozumieją, o co mi chodziło. Nie zastanawiam się nad tym, czy komuś bardziej kojarzę się z tą, czy tamtą płytą albo tym czy tamtym zespołem.
A jak się czujesz, kiedy znowu grasz "Burn" albo "Stormbringer" po ponad pięćdziesięciu latach od ich powstania? Wciąż jest to przyjemne czy to raczej obowiązek, który spełniasz ze względu na fanów?
- To na pewno ważne utwory i przez te pięćdziesiąt lat zyskały wyjątkowy status, ale w ostatnim czasie gram je coraz rzadziej. Swojego czasu zagrałem nawet trasę, na której poniekąd pożegnałem się z nimi, bo chciałem skupić się na nowszych kawałkach. Na najbliższej trasie, obejmującej również Polskę, na pewno zagramy "Burn", ale będą też utwory Trapeze czy Black Country Communion.
W latach 70. łatwiej było zainteresować publiczność nową muzyką? Dzisiaj nostalgia jest bardzo silna, wiele osób słucha muzyki zespołów, które od dawna nie istnieją. Ja też uwielbiam "Burn", ale kiedy słuchałem "Chosen", od razu zastanawiałem się, jak na żywo zabrzmi na przykład zaskakująco ciężki "In the Golden".
- Komponuję od 1968 roku, ale mam wrażenie, że najlepiej zaczęło mi to wychodzić w ostatnich trzydziestu latach. Mam większą świadomość, niż kiedy byłem nastolatkiem czy dwudziestoparolatkiem. Zawsze podchodzę do tego procesu bardzo osobiście i czuję, jak wysysa ze mnie wszystkie siły, więc oczywiście bardziej chciałbym dzielić się ze słuchaczami tym, co porusza mnie teraz, a nie tym, co było dla mnie ważne pół wieku temu. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie zabraknie osób, które będą zainteresowane moją teraźniejszością.
Byłeś kiedykolwiek przesycony muzyką i odczuwałeś potrzebę zrobienia sobie od niej przerwy?
- Nieczęsto, ale czasami robię sobie przerwy - wtedy w ogóle nie słucham muzyki. Podejrzewam, że czeka mnie wejście w ten stan w ciągu najbliższych kilku lat. Nie używam jednak słowa "emerytura", bo pod względem twórczym nie zamierzam się na nią wybierać. Jedyne, co naprawdę mi doskwiera, to podróżowanie po świecie. Czasami jest naprawdę nieznośne i szalone. Od tego najbardziej lubię robić sobie przerwy.
Lepiej jest być muzykiem dzisiaj czy lepiej było czterdzieści-pięćdziesiąt lat temu? Kiedy czytam twoje dawne wywiady, gdzie wspominasz o więzi z Davidem Bowiem i o tym, jak prawie zaśpiewałeś na "Young Americans", o chodzeniu na randki z Lindą Blair albo o tym, jak John Wayne poprosił o twój autograf dla córki, mam wrażenie, że dawniej działo się znacznie więcej.
- W latach 70. wszystko działo się znacznie szybciej. Myślę, że i z perspektywy subiektywnej, i obiektywnej. Dzisiaj życie toczy się wolniej, a ja mam dzięki temu więcej chwil na złapanie oddechu, więc nie narzekam. Robię to wszystko już tylko dlatego, bo naprawdę kocham muzykę. Jakiś czas temu rozmawiałem z Ringo Starrem i zahaczyliśmy o temat całkowitej rezygnacji z zajmowania się muzyką. Zapytał wtedy: "Po co mielibyśmy to robić? Skoro kochamy muzykę, dlaczego kiedykolwiek mielibyśmy przestać?". Myślę, że miał rację i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nigdy nie powinienem rezygnować. Nawet jeżeli dzisiaj nie wiąże się to z tymi wszystkimi pozamuzycznymi szaleństwami, do których dochodziło przed laty, a teraz obrastają legendą. Nie lubię myśleć o przeszłości i o tym, co kiedyś robiłem. Nigdy do tamtych czasów i tamtego mnie nie wrócę, więc po co odurzać się sentymentem? "Chosen" to album o tym, kim jestem dzisiaj i nikogo innego udawać nie zamierzam.
Gdyby nastolatek, który nigdy wcześniej o tobie nie słyszał, natrafił na któryś z utworów z "Chosen" na playliście w streamingu i chciałby zgłębić twoją twórczość, myślisz, że właśnie od tego albumu mógłby zacząć odkrywanie, kim jest Glenn Hughes?
- O mój boże, nie mam pojęcia... Nagrałem tak wiele albumów, że nie wiem, który nadawałby się do tego najlepiej. Podejrzewam, że kto odkryje mnie teraz, szybko natrafi na informację o mojej przeszłości w Deep Purple, a tę nazwę wciąż wszyscy znają. Nie wydaje mi się natomiast, żeby ktokolwiek, kto przewinął się przez Deep Purple, był w stanie nagrać dzisiaj taki album jak "Chosen", więc całkiem możliwe, że zatrzyma nowych słuchaczy na dłużej.









