Jarosław Kowal, Interia Muzyka: "Pugnello" nagrywaliście pomiędzy 2022 a 2026 rokiem w trzech różnych studiach. Przez cały ten okres dążyliście do tego samego celu czy zmieniał się, a na koniec całość oszlifowaliście do spójnej formy?
Alan Duggan: Postrzegam ten okres jako proces pisania i próbowania różnych rzeczy. Powstało w jego trakcie wiele kawałków, których w pełni nie ukończyliśmy. Były w całkiem zaawansowanym stadium, ale postanowiliśmy je porzucić. Sporo się działo, mieliśmy w głowach różne pomysły i nie chcieliśmy się spieszyć z podejmowaniem decyzji. W końcu wzięliśmy kartkę i wypisaliśmy tytuły wszystkich utworów, które nam zostały. Położyliśmy skrawki papieru na podłodze i układaliśmy je tak, by stworzyć jakąś trzymającą się kupy sekwencję. Podpowiadało to nam, jakiego rodzaju utworów jeszcze brakuje i czy w ogóle album wydaje się już ukończony. Zyskaliśmy dzięki temu poczucie kierunku, w jakim powinniśmy podążać. Całość trwała tak długo, bo właśnie tyle czasu potrzebowaliśmy, zanim poszczególne utwory ułożył się w taki kształt albumu, który by nas satysfakcjonował.
W międzyczasie wszyscy poświęciliście się działalności artystycznej na innych polach - pojawiły się nowe projekty muzyczne, zajmowaliście się produkcją, a nawet malarstwem. Macie poczucie, że chociaż przy pracy nad tym albumem ponownie spotkały się te same cztery osoby, byliście już zupełnie inni niż cztery lata temu?
Dara Kiely: Wszyscy ludzie nieustannie rozwijają się na różne sposoby. Al na pewno mocno się rozwinął pod względem umiejętności produkcyjnych, Adam (Faulkner, perkusista - przyp. red.) pracuje w branży koncertowej, a Daniel (Fox, basista - przyp. red.) w studiu. Ja z kolei w ostatnich latach bardzo dużo malowałem. Wszyscy tak naprawdę zainwestowaliśmy czas i siły w projekt, nad którym wspólnie później pracowaliśmy. Każde z tych działań wpłynęło na ostateczny kształt albumu i dało nam większą samowystarczalność.
AD: Mam nadzieję, że nie jestem tą samą osobą, którą byłem cztery lata temu. Chcę myśleć o sobie, że dojrzałem, rozwinąłem się i tak dalej. Kiedy się jednak spotykamy, wciąż jesteśmy po prostu czterema dobrymi przyjaciółmi. Chwytamy za instrumenty i znowu mamy po dziewiętnaście lat. Wciąż czujemy tę samą pewność siebie i te same kompleksy, te same wątpliwości i to samo przekonanie o słuszności dokonywanych przez nas wyborów.
Zobacz również:
Odczuwacie tę zmianę w was po czteroletniej przerwie w nagrywaniu również pod względem czysto muzycznym?
AD: Poszerzanie palety swoich możliwości na pewno jest częścią rozwoju w jego szerszym kontekście. Nasze techniczne umiejętności i te związane z nagrywaniem oraz produkcją wciąż rosną, ale co ważniejsze, mamy też coraz lepsze umiejętności komunikacyjne. Porozumiewamy się właściwie bez słów i nie mamy żadnych oporów przed mówieniem sobie prawdy. Trzeba być ze sobą naprawdę blisko, by powiedzieć: "To było świetne, ale wiem, że dasz radę zrobić to jeszcze lepiej". Dokładnie te same słowa można wyartykułować na wiele sposobów. W tym w bardzo destrukcyjny, hamujący rozwój twórczy. Myślę, że z czasem nauczyliśmy się, jak to robić łagodnie i ze skutkiem motywującym.
DK: Wypracowaliśmy sobie swoisty własny język wewnątrz zespołu. Mieliśmy na przykład taką sytuację przy kawałku "The Angelus", że skończyłem nagrywanie wokali, uznałem, że wyszło dobrze i możemy przejść dalej, ale Dan powiedział: "Myślę, że powinniśmy zrobić to jeszcze raz". Nie było w tym niczego obraźliwego. Po prostu dostałem jasny komunikat, że przydałoby się coś trochę lepszego i nieco bardziej wyrazistego. Kolejna wersja rzeczywiście taka była.
AD: To kwestia pewnego rodzaju inteligencji emocjonalnej w kontaktach z ludźmi. Po założeniu zespołu często pojawia się ta romantyczna, zakorzeniona w popkulturze wizja o tym, jak fajnie byłoby zachowywać się jak kompletny dupek. My nigdy tego nie ceniliśmy, a z biegiem czasu jesteśmy coraz lepsi w komunikowaniu się z innymi z szacunkiem. Nawet jeżeli poruszamy niełatwy temat.
Zespół Dry Cleaning zgłosił się do was swojego czasu w poszukiwaniu tego elementu produkcyjnego, który określił mianem "trucizny". Czym ona jest?
AD: Nie mam pojęcia. Ale to określenie świetnie brzmi.
DK: Możemy się poczuć jak Bret Michaels z hairmetalowego Poison.
AD: Trudno to opisać, ale myślę, że często w naszych kompozycjach i w naszym brzmieniu zagłębiamy się w paskudne, nieprzyjemne dźwięki. Nasz próg tolerancji dla tego, co brzmi okropnie jest naprawdę wysoki. Jestem pewien, że wystarczy nas przez chwilę posłuchać i staję się to jasne. Takie gatunki jak na przykład no wave i pokrewne potrafią "zniszczyć" muzykę w naprawdę znakomity sposób, a nam przyświeca podobny cel. Czasami komuś wydaje się, że słucha czegoś naprawdę intensywnego i idącego na całość, a później włącza tę dziką muzykę i myśli sobie: "Okej, czyli granica leży znacznie dalej, niż sądziłem". To naprawdę ekscytujące. Zawsze lubiłem słuchać muzyki, która w jakiś sposób uwiera mnie.
Uwielbiam sprzężenia, ale często zespoły korzystają z niego w niewielkim stopniu i uznają, że jest już wystarczająco mocne. Później ładnie to miksują, ugrzeczniają i robią z tego swoistą przepustkę do przynależenia do jakiegoś gatunku. Moim zdaniem celem sprzężenia jest właśnie to, by brzmiało koszmarnie. Powinno nie być grzeczne i wzbudzać niepokój. Dla moich uszu przyjemne jest to, co wprawia w dyskomfort. Weźmy na przykład utwór "The Kids" Lou Reeda, gdzie dwóch chłopców autentycznie płacze w studiu i to do tego stopnia, że robi się to trudne do zniesienia... Uwielbiam ten fragment. Jego celem jest wywołanie określonych emocji, z czego wywiązuje się w sposób znaczący i odpowiednio intensywny. Kiedy ktoś decyduje się na sprzężenia, też nie powinien traktować ich jak ozdoby.
Zawsze starałem się podążać tym tropem w mojej grze na gitarze i najpierw zastanawiam się, jaki cel mają mieć dane dźwięki, a później w stu procentach podążam w tym kierunku. Jeżeli coś ma być naprawdę odrażające, to powinno właśnie takie być. Jeżeli natomiast ma być chwytliwe albo mieć fajny rytm, to trzeba dokładnie na to postawić. Jeżeli ma być w czymś naprawdę dużo "trucizny", zrobimy co w naszej mocy, by ją wstrzyknąć.
Rozmawiałem z Alanem cztery lata temu, tuż przed premierą "Most Normal". Powiedziałeś wtedy, że pracę nad tamtym albumem - w porównaniu z wcześniejszymi - wyróżniała możliwość zapoznania się z tekstami już we wczesnej fazie komponowania, dzięki czemu połączenie muzyki ze słowem było łatwiejsze. Tym razem było podobnie?
AD: Osiągnęliśmy pewnego rodzaju kompromis. Czasami znaliśmy wcześniej tekst i mogliśmy się do niego odnieść pod względem brzmienia albo konkretnych pomysłów muzycznych, kiedy indziej melodie były już gdzieś w naszych głowach. Przy "Most Normal" teksty były nieco bardziej dopracowane, zanim przystąpiliśmy do finalizowania nagrań. Teraz wybraliśmy trochę inną drogę, ale korzystaliśmy z tego, czego nauczyliśmy się poprzednim razem. Nawet jeżeli mieliśmy wcześniej jakiś zamysł, co do brzmienia wokalu i ogólnego charakteru utworu, teksty mogły doprowadzić do pewnych zmian. Sugerowały, czy coś powinno być bardziej bezpośrednie, intensywniejsze i tak dalej.
DK: Dłubałem przy tych tekstach wiekami, ale w tej chwili ledwo je pamiętam, co jest odrobinę niepokojące. Zawsze siedzę nad słowami do ostatniej możliwej chwili. Wydaje mi się, że te do "The Megazorda" zebrałem dosłownie tuż przed nagraniem wokali. Mieliśmy chyba ze trzydzieści różnych podejść i pomysłów na ten kawałek. Po przemieleniu wszystkich zaczęły się wreszcie wyłaniać konkretne wersy, a także sugestie reszty zespołu, co do kierunku albo stylu.
AD: Ze względu na samodzielne miksowanie naszych nagrań, czasami dochodzimy do wniosku, że dla jakiejś partii instrumentalnej trzeba zrobić więcej miejsca albo wydobyć ją na wierzch czy mocniej podkreślić. Tekst może na te decyzje w jakiś sposób wpłynąć, ale nie musi.
DK: Miałem coś podobnego w trakcie malowania. Włączałem demówki i cały czas słuchając tych utworów, malowałem oprawę wizualną albumu.
Kiedy pracowaliście na przykład nad utworem "Placeholder", musiałeś, Dara, najpierw wyjaśnić Alanowi, jaki jest jego ciężar emocjonalny, czy instynktownie wiedziałeś, Alan, jak sprawić, by brzmienie gitary wyrażało smutek Dary ze względu na waszą wieloletnią znajomość?
DK: Jeżeli pracujemy nad muzyką, znając już tekst, często siedzimy w salce i zagłębiamy się w niego, zanim sięgniemy po instrumenty. Czasami pytamy Darę o znaczenie tego czy innego wersu, ale ostatecznie na ogół wszystko sprowadza się do tego, co w danym utworze chcemy wspólnie osiągnąć. Jeżeli lepiej to zrozumiemy, łatwiej jest nam ukierunkować albo wokal, albo warstwę instrumentalną. To dwustronny proces, a nie wywieranie wpływu jednego na drugie. Dlatego ukończenie niektórych utworów zajmuje więcej czasu niż innych. Pojawia się pewnego rodzaju napięcie pomiędzy przeciwstawnymi siłami.
Na przykład utwór "Jacobsons" powstawał w taki sposób, że w tle leciała sinusoidalna pętla z automatu perkusyjnego przepuszczona przez przester, napędzając w ten sposób bas. Podkręcałem go i dawałem Darze sygnał, żeby śpiewał z większą intensywnością, a później odwrotnie - wyciszałem przester. Nie było jeszcze tekstu, więc po prostu słuchaliśmy we dwóch tego, co udało się nam pod wpływem chwili stworzyć i podążaliśmy za luźno zarysowaną strukturą. Dopiero kiedy mieliśmy wstępny zarys utworu, zaczynaliśmy rozmawiać o treści. Uznaliśmy, że przy tak surowym brzmieniu świetnie sprawdziłoby się coś bardzo bezpośredniego.
W wywiadzie z 2022 roku zatrzymaliśmy się na dłużej na temacie nostalgii. Rozmawialiśmy o przekroczeniu progu trzydziestu lat, graniu coverów The Strokes w wieku nastoletnim i o tym, jak wszyscy chcieli dawniej brzmieć jak Arctic Monkeys. Kiedy przeczytałem opis tekstu "Placeholder", odniosłem wrażenie, że nostalgia wciąż jest dla was ważna, ale pełni już istotniejszą rolę niż tylko wracanie do przyjemnych wspomnień.
DK: Nostalgia przynosi ulgę, a skoro nastrój albumu związany jest z radzeniem sobie ze stratą, sięganie po to, co przynosi ukojenie wydaje się doskonale do niego pasować. Jako dzieciak interesowałem się różnymi rzeczami, na przykład "Power Rangers", więc ciepło o nich dzisiaj myślę i na całym "Pugnello" można znaleźć odniesienia do tych kojących odskoczni od rzeczywistości z różnych etapów mojego życia.
AD: Nostalgia na pewno jest dla nas czymś istotnym. Często rozmawiamy o latach 90. i o początku tego stulecia. Tamte czasy są ważnym elementem naszej współczesności.
Ciekawe jest to, że kiedy słucham tego utworu, od razu przywołuje moje własne wspomnienia związane z "Power Rangers", ale dopiero po jego przesłuchaniu dowiedziałem się, kim jest Davina McCall. Nostalgia może mieć zasięg globalny, ale może mieć też lokalny. Macie coś takiego typowo irlandzkiego, co dla osób z zagranicy może być kompletnie nieznane?
DK: Fungie.
AD: Śpiewasz o nim w którymś z utworów?
DK: Nie wydaje mi się, ale napisałem kiedyś wiersz na jego cześć.
AD: Fungie był delfinem, który przez wiele lat żył u wybrzeża Irlandii. W miejscowości Dingle stoi nawet jego pomnik z brązu.
DK: Tu i ówdzie zdarzają się też pojedyncze zdania po irlandzku. Na przykład "ar mhuin na muice", co oznacza dosłownie "na grzbiecie świni", a to z kolei oznacza, że komuś się dobrze wiedzie. Albo słówko "scarlet", które wypowiadamy wtedy, gdy ktoś zrobi coś zawstydzającego. Jeżeli chodzi jednak o popkulturę, to nie wiem... Na pewno więcej jest odniesień do tej brytyjskiej. Na przykład do "Big Brothera". Mieliście ten program w Polsce?
Oczywiście, wiele lat temu.
DK: Myślałem o tej ciągnącej się w nieskończoność pauzie, kiedy już za chwilę miał zostać ogłoszony zwycięzca. Było w niej coś, co wywoływało ogromny lęk. Wydawało się niesamowicie intensywne, ale przecież wcale takie nie było. Dostrzegłem w tym podobieństwo do tego, jak - przynajmniej w moim odczuciu - funkcjonuje umysł w stanie niepokoju.
AD: Są też odniesienia do "polifonicznych dzwonków z piekła", jak wszyscy na nie dawniej mówili ze względu na ich koszmarną jakość. Wiem, że ich popularność nie była czymś typowo irlandzkim, ale zastanawiam się, na ile była zjawiskiem globalnym. Jestem pewien, że każda osoba z naszej grupy wiekowej, która oglądała telewizję w wieku nastoletnim albo młodszym nie mogła przed nimi uciec.
DK: Najlepszy przykład to "Crazy Frog".
AD: Akurat ten dzwonek na pewno był popularny nie tylko w Irlandii. Wszyscy szaleli na jego punkcie.
DK: Ze zjawisk specyficznych dla Irlandii przychodzi mi do głowy jeszcze "Ojciec Ted". Kojarzysz ten serial?
Tak się składa, że w 2006 roku mieszkałem w Irlandii, widziałem pomnik Fungiego i oglądałem "Ojca Teda". Miałem zresztą o niego zapytać, bo czasami kiedy czytam twoje teksty, w których poruszasz bardzo przyziemne tematy i przekształcasz je w coś kompletnie szalonego, przychodzi mi na myśl absurdalny humor tego serialu. Bez trudu mogę sobie wyobrazić słowa z "The Angelus" jako monolog Dougala. Może to dowód na to, że miejsce i kultura, w jakich dorastamy kształtują nie tylko nasze osobowości, ale również podstawy naszej twórczej działalności?
DK: Tak, wszyscy jesteśmy produktami naszego otoczenia. Mam na przykład tak, że cały czas powtarzam "przepraszam". Kiedy gdzieś przychodzę, szybciej powiem "przepraszam" niż "cześć". To cecha typowa dla Irlandczyków. Przepraszamy, że żyjemy. Nasz humor też jest bardzo specyficzny. Myślę, że w utworze "Three Hands Clapping" można znaleźć sporo tej "irlandzkości" i chyba przez cały album przewija się w jakimś stopniu w tekstach. Z jednej strony można powiedzieć, że to nostalgia, z drugiej to po prostu nasza tożsamość. Czym nasiąknęliśmy za młodu, tym trąci dzisiaj nasza muzyka.











