Wiktor Fejkiel: Zaczynałeś od publikowania filmików na TikToku, aby zarobić na czesne za studia z projektowania graficznego. W którym momencie zdałeś sobie sprawę, że muzyka przestaje być tylko sposobem na dodatkowy dochód, a staje się twoim całym życiem?
Gibran Alcocer: - Gdy po raz pierwszy wrzuciłem swoją muzykę do sieci i zobaczyłem, że od samego początku spotkała się z tak dobrym przyjęciem, wszystko zaczęło przyspieszać. Do moich numerów nagrania zaczęli tworzyć twórcy internetowi, marka po marce się tym interesowała. Wtedy zrozumiałem, że muszę podejść do tego absolutnie poważnie. Od tamtej chwili skupiam się wyłącznie na własnej muzyce.
Niewątpliwie przełomowym momentem był dla ciebie numer "Idea 10". Jaka jest geneza powstania tej kompozycji?
- Stworzyłem ją w domu, na jakieś pięć miesięcy przed tym, jak w ogóle trafiła do sieci. Przez długi czas nie miałem pewności, czy chcę wydawać ten autorski materiał. Przełom nastąpił w momencie, gdy potrzebowałem pieniędzy na opłacenie czesnego na studiach - wtedy uznałem, że po prostu muszę coś wypuścić. Zaryzykowałem, wrzuciłem utwór i... od razu wyłączyłem TikToka (śmiech). Zrobiłem to z nerwów, więc przez pewien czas w ogóle nie śledziłem reakcji ani komentarzy. Dopiero po jakimś czasie zalogowałem się i zobaczyłem, że nagranie eksplodowało, a ludzie masowo podkładają je pod swoje filmy. To było niesamowite uczucie.
Czujesz, że "Idea 10" to twoja najlepsza kompozycja w karierze?
- Jeśli chodzi o zasięgi i popularność - zdecydowanie tak. W wymiarze osobistym również naprawdę go lubię. Uważam, że to świetna kompozycja, bo powstała bez zastanawiania się nad tym, co powiedzą inni. Komponowałem ją w swoim pokoju, nie wiedząc nawet, czy kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Nie czułem wtedy żadnej presji ze strony mediów społecznościowych czy słuchaczy. Pod tym względem to absolutnie jeden z moich ulubionych numerów. Z drugiej strony uważam, że od momentu stworzenia "Idea 10" mocno rozwinąłem swój warsztat. Mam w szufladzie sporo niewydanego jeszcze materiału, który pod wieloma względami uważam za swoje najlepsze dzieło.
Wdzięczność za ten gigantyczny sukces zwycięża czy bywa on czasem dla ciebie przekleństwem?
- Zupełnie mi to nie przeszkadza, jeśli ktoś kojarzy mnie tylko za sprawą "Idei 10". Nigdy nie zależało mi na tym, by być w centrum uwagi jako osoba. Od początku chciałem, by to moja muzyka była na pierwszym planie i żyła własnym życiem. To, że mogę spokojnie iść ulicą bez bycia rozpoznawanym, jest dla mnie ogromnym plusem i czuję się z tym bardzo komfortowo. Oczywiście powtórzenie sukcesu tak gigantycznego utworu jest niezwykle trudne. Gdybym chciał iść na łatwiznę, po prostu powielałbym ten sam schemat i bez końca pisał numery łudząco podobne do "Idea 10". Wolę jednak eksperymentować, dodawać nowe elementy i ciągle się rozwijać. Jestem absolutnie wdzięczny temu utworowi, bo dzięki niemu mogę dziś spędzać całe życie na robieniu tego, co kocham - tworzeniu muzyki. Zauważyłem też, że słuchacze, którzy poświęcają mojej twórczości więcej czasu, szybko odkrywają pozostałe kompozycje i często to one stają się ich ulubionymi. "Idea 10" po prostu najłatwiej wpada w ucho.
Jesteś zaskoczony, że udało ci się spopularyzować muzykę fortepianową na platformie takiej jak TikTok?
- Przede mną było już wielu twórców wrzucających fortepianowe nagrania i sam chętnie ich słuchałem. Czuję jednak, że "Idea 10" była na tyle nośną kompozycją, że pomogła rozwinąć ten trend na jeszcze większą skalę. Kiedy utwór stał się wiralem, ludzie zaczęli masowo sięgać po fortepianowe brzmienia w swoich filmikach. Cieszę się, że mogłem dołożyć cegiełkę do popularyzacji całej pianistycznej społeczności w sieci.
Nie da się zaprzeczyć, że twoja muzyka przyciąga artystów z całkowicie różnych światów - współpracowali z tobą chociażby Tainy czy SYML. Twoje kompozycje potrafią dotrzeć naprawdę daleko…
- Pochodzę z Meksyku, więc wychowałem się w kulturze latynoskiej i doskonale wiedziałem, kim jest przykładowo Tainy. Zanim zacząłem na poważnie grać na pianinie, jako nastolatek próbowałem swoich sił w produkcji muzycznej i tworzyłem utwory z całkiem innych gatunków, więc jego twórczość była mi świetnie znana. Współpraca z nim była ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałem, ale okazała się kapitalnym doświadczeniem. Praca z ludźmi z innych muzycznych światów bardzo rozwija i pozwala wiele się nauczyć. Przede wszystkim kocham muzykę jako całość. Nie jestem typem ortodoksyjnego klasycznego pianisty, który uważa, że inne gatunki są gorsze. Uwielbiam każdy styl i wierzę, że czerpiąc z nich elementy, można tworzyć niezwykle ciekawe fuzje.
Już 1 października zagrasz swój pierwszy koncert w Polsce, w warszawskim klubie Progresja. Jakiego klimatu i jakich emocji polska publiczność może spodziewać się na tym występie?
- Pełnego wachlarza emocji! Przygotowaliśmy zupełnie nowy, wyjątkowy program koncertowy, więc powiem wprost: spodziewajcie się wszystkiego. Ludzie mogą poczuć się szczęśliwi, smutni albo wpaść w głęboką nostalgię. Lubię pracować z emocjami i sprawiać, by publiczność, słuchając mojej muzyki, odniosła je do tego, co akurat dzieje się w ich własnym życiu. To będzie prawdziwy emocjonalny rollercoaster.
Studyjne wersje twoich utworów cechują się ogromną precyzją i spokojem. Na scenie pozwalasz sobie na nieco więcej improwizacji i zmienianie aranżacji?
- Tak, zdarza mi się nieco modyfikować utwory na żywo, choć robię to bardziej dla samego koncertowego doświadczenia. Kiedy kończę pracę nad piosenką i w końcu ją wydaję, jestem w stu procentach przekonany do tej formy - wiem, że ludzie chcą usłyszeć dokładnie to, co znają ze streamingów. Mimo to lubię improwizować, bo u podstaw mojej pracy leży właśnie improwizacja. Tak po prostu zazwyczaj komponuję, więc na scenie na pewno pojawią się tego typu smaczki.











