Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Ostatnim razem w Polsce miałeś przyjemność zagrać rok temu na OFF Festivalu. Jak wspominasz tamten występ i polską publiczność?
Geordie Greep: To było szaleństwo, coś niesamowitego - publika była absolutnie dzika i epicka. To doświadczenie stało się zresztą bezpośrednią inspiracją do zabookowania później aż trzech koncertów w Polsce. Występ na OFF Festivalu był tak dobry, że musieliśmy koniecznie zagrać tutaj pełnoprawny koncert klubowy. No i oto jesteśmy (śmiech).
Za sobą masz już występy w Krakowie i Warszawie. Na tych solowych koncertach publiczność również dowiozła tę samą energię?
- Absolutnie. Było świetnie, przynajmniej moim zdaniem (śmiech).
Ponownie do Polski wrócisz już 10 sierpnia, a konkretnie do Poznania. Jesteś zaskoczony tym, jak doskonale kojarzony jesteś w Polsce, by zagrać u nas aż trzy koncerty?
- Bardzo mnie to cieszy, to świetna sprawa. Nie graliśmy tutaj przez kilka lat - ten zeszłoroczny festiwal to był nasz pierwszy przyjazd do Polski po dłuższej przerwie. Wcześniej w ogóle nie bywałem tutaj zbyt często. Zależy mi na tym, żeby grać wszędzie, gdzie to możliwe, i podtrzymywać bliską relację z publicznością w całej Europie i na świecie. Dlatego cieszę się, że znów tu jestem i że za miesiąc będę mieć kolejną okazję.
Zanim zacząłeś występować solowo, byłeś frontmanem zespołu black midi. Czujesz, że doświadczenie, które wtedy zebrałeś, bezpośrednio przełożyło się na twoją obecną solową działalność?
- To była dla mnie najlepsza możliwa szkoła życia i nauka rzemiosła. Świetny czas, który w żaden sposób mi nie zaszkodził. Zresztą uważam, że to wszystko jest częścią tej samej drogi. Z biegiem czasu ludzie zaczynają dostrzegać, że nie ma tu grubej kreski oddzielającej "stary zespół" od "solowej kariery". To wciąż ta sama muzyka. Jeśli zestawisz albumy black midi z moimi obecnymi rzeczami, to nie są to światy oddalone od siebie o miliony kilometrów. To ten sam rdzeń, tylko w innej odsłonie.
Czujesz natomiast, że szeroko rozumiany jazz, który teraz reprezentujesz swoją twórczością, to w końcu to, co od zawsze chciałeś robić?
- Niekoniecznie - to po prostu jeden z wielu aspektów mojego całościowego podejścia do muzyki. Na tym elemencie skupiam się akurat teraz, ale to zaledwie wycinek większego obrazu. Etap z black midi był jednym kawałkiem tego tortu, obecny projekt jest kolejnym, a to, co wydarzy się w przyszłości, będzie następnym. Wszystko to jednak składa się na jedną i tę samą całość.
W 2024 roku w końcu zadebiutowałeś solowo jako Geordie Greep. Miałeś obawy co do tego, jak zostaniesz przyjęty jako solista?
- Cóż, tego jak zostaniesz odebrany, nigdy nie da się przewidzieć. Szczerze mówiąc, reakcje na moją twórczość - jeszcze za czasów black midi - zawsze były dość spolaryzowane. Dziennikarze muzyczni często nie wiedzą, co z tym zrobić. Oni lubią słuchać rzeczy, na temat których mają już z góry wyrobioną, bezpieczną opinię. Właśnie dlatego tak bardzo kochają muzykę gatunku indie. Słuchasz indie rocka i dokładnie wiesz, jak ten numer się skończy, zanim w ogóle wybrzmi pierwszy akord. Większość tej rockowej czy alternatywnej sceny jest strasznie purytańska, wręcz protestancka. Wszystko opiera się na narracji: "Jestem prostym, skromnym gościem, który gra proste akordy". Tymczasem ja tworzę muzykę, która czerpie garściami z jazzu, samby, muzyki latynoskiej, salsy, muzyki klasycznej, tanga czy funku. To rzuca im kłody pod nogi, bo nie daję się tak łatwo zaszufladkować. Dziennikarze zaczynają się wręcz bać, zastanawiają się, czy to nie jest zawłaszczenie kulturowe (śmiech). Moje projekty zawsze burzyły ich poukładany świat. Na szczęście słuchacze i ludzie, którzy naprawdę żyją tą muzyką, po prostu czerpią z niej czystą radość. I to jest super.
Finalnie twój debiutancki singiel został przyjęty naprawdę dobrze. "Holy Holy" do dziś jest uznawane zarówno przez dziennikarzy, jak i publiczność, za jeden z twoich topowych hitów. Jesteś zaskoczony tym, że to akurat on na chwilę obecną cieszy się największą popularnością?
- Nie, ani trochę, ponieważ to po prostu najlepszy numer na płycie (śmiech). Właściwie cały zamysł stojący za moim drugim albumem - i powód, dla którego praca nad nim zajmuje mi trochę więcej czasu, niż zakładałem - jest taki, że chcę tam umieścić przynajmniej dziesięć piosenek o dokładnie takim samym potencjale. Mam nadzieję, że to będzie banger za bangerem, hit za hitem. Skoro ludzie tak bardzo polubili ten singiel, to dostaną dziesięć kolejnych na tym samym poziomie. Na ten moment "Holy Holy" to absolutny filar naszych koncertów. Kiedy go gramy, publiczność szaleje - ten moment jest wart każdej ceny biletów. Cały set jest świetny, mamy mnóstwo improwizacji, ale "Holy Holy" na żywo to po prostu czyste, epickie wariactwo. Na nowej płycie celuję w dokładnie taki kaliber.
Jak z perspektywy czasu oceniasz natomiast cały swój debiutancki krążek "The New Sound"?
- Uwielbiam go, wciąż uważam, że jest świetny. Gram te numery noc w noc przez niemal dwa lata, mamy za sobą ponad 200 koncertów z tym materiałem, a ja nadal się nim nie znudziłem. Ogromna w tym oczywiście zasługa ludzi, którzy mnie wspierają. Co wieczór mam zaszczyt grać z najbardziej niesamowitymi muzykami z całego świata. Mam niebywałe szczęście, że tak genialni artyści chcą ze mną współpracować, dzielić się swoim talentem i oddawać całe serce tej muzyce. Słowa to za mało, by wyrazić moją wdzięczność wobec nich. To dla mnie dosłowne spełnienie marzeń.
Jeśli chodzi o proces twórczy, miałeś jakieś trudności związane z tym, że to twój solowy projekt? W końcu to na tobie spoczywała stuprocentowa odpowiedzialność za ten krążek…
- Szczerze mówiąc - nie, nie odczułem tego w ten sposób. Kiedy pisałem te piosenki, robiłem to wyłącznie dla czystej frajdy. W tamtym okresie moją regularną pracą na pełen etat było przecież black midi. Nie czułem więc żadnej presji z zewnątrz. Tworzyłem te rzeczy z nastawieniem, że nie mam absolutnie nic do stracenia - chciałem po prostu sprawdzić, co z tego wyjdzie. Efekt końcowy okazał się znakomity. Wiedziałem, że mam w rękach coś dobrego, ale cały proces był wolny od stresu, że "muszę teraz dowieźć rynkowy hit".
Wspomniałeś o tych planach i działaniach nad drugim krążkiem. Jest szansa, że jeszcze w tym roku ukażą się od ciebie jakieś nowości?
- Mam taką nadzieję. Tak jak mówiłem, mam niezwykle ambitny pomysł na kolejny album. Połączy wszystko to, co robiłem do tej pory - zarówno w black midi jak i na debiucie, ale finalnie zaoferuje znacznie, znacznie więcej. To będzie miało formę opery lub monumentalnego filmu - materiał ma trwać około trzech godzin. Liczę na to, że uda się go wydać na początku przyszłego roku. To najbardziej optymistyczny termin, ponieważ czeka nas ogrom pracy, a przede mną w tym roku jeszcze mnóstwo koncertów na żywo. Mam już jednak gotowy cały koncept oraz strukturę albumu. Obiecuję, że będzie świetny, choć wymaga to ode mnie tytanicznej pracy.










