Furia: Nastrój naszej muzyki jest siermiężny i surowy jak Śląsk [WYWIAD]
Muzyka Furii choć wyrasta z black metalu, znana jest z wyjątkowych zdolności do łączenia się z innymi dziedzinami sztuki. Trafiła chociażby do "Wesela" w reżyserii Jana Klaty, wystawianego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. W zeszłym roku, z okazji dwudziestopięciolecia Filmoteki Śląskiej, powstał z kolei projekt "Furia gra kino", który po koncercie w Katowicach, wkrótce zawita do kolejnych polskich miast - do Poznania (CK Zamek, 15 maja), Warszawy (Kino Palladium, 21 maja), Gdańska (Teatr Szekspirowski, 22 maja), Łodzi (Monopolis, 23 maja) oraz Krakowa (Klub Studio, 24 maja).

Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Gotowy obraz nie jest artystycznym partnerem, z którym można prowadzić dialog. Trzeba się mu podporządkować. Przystosowanie muzyki do materiałów z Filmoteki Śląskiej sprawiło wam problemy?
Michał "Nihil" Kuźniak: - Właściwie nie. Okazało się, że te obrazy idealnie wpisują się w naszą muzykę. Albo raczej na odwrót - nasza muzyka idealnie wpisuje się w to, co przedstawiają. Pokazują siermiężny Śląsk, więc dopasowanie jednego do drugiego nie stanowiło większej trudności. Bardziej wymagające było zapoznawanie się z dużą ilością materiałów Filmoteki z należytą pieczołowitością.
Ten projekt jest pewnego rodzaju surrealistyczną opowieścią na temat - w uproszczeniu - Śląska. Składa się z wielu wycinków przypominających kroniki filmowe, pochodzących mniej więcej z drugiej połowy XX wieku. Zebraliśmy niektóre z nich, a nasza VJ-ka, Bogna Przewoźniak, wykorzystuje je w taki sposób, że ma do dyspozycji wcześniej przygotowaną pulę ujęć do różnych fragmentów koncertu i gra nimi na żywo. W wybranej przez siebie konfiguracji. Gra razem z nami, trzymając się ustalonej linii fabularnej. Nieoczywistej, bo dźwięk i wideo łączą się ze sobą w oniryczny obraz Śląska.
Nie stworzyliście na potrzeby tego projektu całkowicie nowego materiału muzycznego, tylko wykorzystaliście już istniejące utwory. Powstałe w konkretnym stanie emocjonalnym, z konkretnymi założeniami i intencjami. Teraz zostały użyte w zupełnie nowej "fabule". Trudno było zmienić ich kontekst?
- Przyszło to nam zaskakująco łatwo. Tak naprawdę obrazy z archiwum Filmoteki okazały się brakującym puzzlem w układance Furii. Odzwierciedlają to, co i tak już robiliśmy. Mimo że gramy w ramach tego projektu już wcześniej nagrane i wydane utwory, świetnie pasują do nastroju tych filmów. To nastrój siermiężny, surowy, czyli taki, jaki jest Śląsk.
Wprowadziliście do koncertów również elementy improwizacji. Domyślam się, że chodzi o pewnego rodzaju łączniki pomiędzy utworami, bo całość gracie bez przerw.
- Tak, faktycznie łączymy wszystkie wykonywane utwory w jedną całość za pomocą improwizowanych, ambientowych interludiów.
Improwizacja często błędnie jest postrzegana jako robienie tego, co się żywnie podoba. Faktycznie improwizuje się jednak w ramach pewnych wstępnych założeń, które mogą dotyczyć kwestii bardziej abstrakcyjnych, jak nastrój, albo bardziej technicznych, jak metrum. Jakie ramy wy przyjęliście?
- Mimo że są to improwizacje, rzeczywiście zostały bardzo konkretnie skonstruowane. Przystosowane do pewnej osi narracyjnej filmu, związanej z budową katowickiego Spodka. Ma to ściśle określoną funkcję, ale o tym nie opowiem, żeby nie spoilerować. Ważne było też uchwycenie nastroju regionu i właściwie całej Polski, bo przecież ta siermięga komunizmu obejmowała cały kraj.
Wspomniałeś, że materiałów wideo z Filmoteki Śląskiej było bardzo dużo. Jak szybko znaleźliście to, co was interesuje i jakim posłużyliście się kluczem?
- Trudno przeliczyć na godziny, ile to nam łącznie zajęło, ale na pewno sporo czasu. Klucz był natomiast dość prosty i intuicyjny. Motyw katowickiego Spodka wyłonił się dopiero później, już po przejrzeniu materiałów z archiwum. Okazało się, że będzie odpowiednią nicią do nanizania na nią całej tej opowieści. Snutej przez ten zespół tak naprawdę od początku jego istnienia. Chcieliśmy pokazać jak najwięcej z ducha... Nie chcę powiedzieć, że Śląska, może bardziej regionu, z którego pochodzimy i który nieustannie wpływa na nas i na naszą twórczość. W żadnym razie nie jest naszą intencją tworzenie pracy dokumentalnej czy historycznej, czy po prostu opisującej Śląsk. To była raczej próba głębszego wejścia w nastrój miejsca.
Gdyby o zmierzenie się z podobnym przedsięwzięciem poprosiła was instytucja na przykład z Kaszub albo z Podlasia, to byłbyś się w stanie zaangażować się w identycznym stopniu czy jednak ważne jest również twoje śląskie pochodzenie?
- Jak najbardziej mógłbym i chciałbym się zaangażować, bo przeszłość interesuje nas także w szerszym zakresie, ale na pewno ze Śląskiem przyszło to nam łatwiej, bo stąd jesteśmy i tu żyjemy. Wchodzenie w nastrój innych regionów byłoby trudniejsze.
Powiedziałeś przed chwilą, że nie chcieliście pokazywać "ducha Śląska", a raczej regionu. U mnie te fragmenty wideo od razu wzbudzają skojarzenia ze Śląskiem.
- Może niedokładnie się wyraziłem. To na pewno jest śląski projekt, ale nie chciałbym, żeby trącił lokalnym patriotyzmem. To nie jest tak, że idziemy teraz w Polskę i będziemy pokazywali ten wspaniały Śląsk. Uważam, że jest wspaniały, ale nie jest lepszy od żadnego innego regionu naszego kraju. Po prostu ma własną, bardzo charakterystyczną specyfikę i właśnie na tym chcieliśmy się skupić, a nie na regionalizmie czy wywyższaniu go.
Ważnym elementem w waszej opowieści jest Spodek, ale na trasie po Polsce Spodka przecież nie będzie. Publiczność coś na tym straci?
- Szczegółów nie zdradzę, ale mogę zapewnić, że Spodek będzie.
Zależy ci na tym, żeby publiczność wyszła z tych nadchodzących koncertów z czymś więcej niż z poczuciem, że po prostu usłyszała blackmetalowy zespół i zobaczyła jakieś obrazki w tle?
- Zdecydowanie tak. Dla nas to jest przede wszystkim próba podejścia do własnej twórczości z jeszcze innej, nowej strony. Cieszę się, że dostaliśmy taką szansę, bo projekt "Furia gra kino" nie wyszedł z naszej inicjatywy. Pomysł wyszedł od Silesia Film i Filmoteki Śląskiej, która opiekuje się tymi ogromnymi archiwami. Zostaliśmy zaproszeni do współpracy i od razu nas te obrazy zafascynowały. Od razu wyczuliśmy, że pasują do aury Furii i tego, co już wcześniej robiliśmy.
Przez długi czas wyciąganie Furii poza standardowe ramy działalności blackmetalowego zespołu spotykało się z zainteresowaniem mediów i krzykliwymi nagłówkami o "black metalu w teatrze" albo "black metalu na Open'erze", ale mam wrażenie, że na tym etapie nie jesteście już sensacją, tylko po prostu częścią tego dużego światka artystycznego. Czy dobrze, czy źle? Z jednej strony zostało to, co najważniejsze, czyli sztuka, z drugiej medialny rozgłos nawet jeżeli uciążliwy, wydaje mi się dzisiaj lżejszym brzemieniem dla artysty niż autopromocja w mediach społecznościowych.
- Nie potrafię obiektywnie ocenić, czy to dobrze, czy źle, ale z mojej subiektywnej perspektywy to jednoznacznie dobrze. Faktycznie takie nagłówki, o jakich wspomniałeś dobrze działają od strony promocyjnej, ale dla mnie to nie jest aż tak istotne, jak możliwość rozwijania się. Wchodzenie w zupełnie nowe sytuacje nie tylko zresztą pozwala nam na rozwój, ale również w pewnym sensie odświeża ten zespół. Robimy to już ćwierć wieku i dzięki takim projektom, dzięki zainteresowaniu innych środowisk, cały czas pobudzamy w sobie zaciekawienie.
Macie też komfort, na jaki niewiele zespołów może sobie dzisiaj pozwolić. Ewidentnie nie jesteście zwolennikami mediów społecznościowych, ale jak mało kto potraficie bez nich sprawnie funkcjonować jako zespół.
- Bardzo się z tego cieszę. Doznaję wręcz z tego powodu pewnego rodzaju niskiej satysfakcji. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, jak wygląda dzisiaj świat i jakie są najbardziej powszechne drogi promocji. Rzadko udaje się tego uniknąć, ale my mieliśmy szczęście, choć wyszło to właściwie niechcący. Jak się zaczął cały ten szał na życie na portalach społecznościowych, to niespecjalnie nas do tego ciągnęło i jakimś cudem zdołaliśmy go uniknąć. Może tym cudem były właśnie te nietypowe, ciekawe propozycje współprac, za którymi szła też jakaś machina promocyjna, w którą nie musieliśmy się bezpośrednio angażować.
Ktoś kiedyś próbował przerobić wasz samodzielnie wypracowany sukces na sposób działania typowego rockowego zespołu? Jakaś zaliczka na nowy album, znana agencja zajmująca się bookingiem, ale w zamian musicie nagrywać filmiki albo opowiadać w internecie o prywatnym życiu.
- Było kilka takich sytuacji, ale niewiele, bo ludzie raczej rozumieją, jak działa Furia. Wiedzą, że częścią tego, czym jesteśmy jest to, że nas nie ma. Uczciwie trzeba jednak powiedzieć, że - na przykładzie zbliżającej się trasy kinowej - chociaż sami nie robimy promocji w mediach społecznościowych, to zajmuje się nią organizator koncertów. Nie musimy tego dotykać, ale ktoś to robi za nas.
Myślę, że na obecnym etapie można was sparować z dowolną inną dziedziną sztuki. Teatr tańca, malarstwo, animacja - chyba wszędzie byście się odnaleźli. Czy są jednak takie sfery, do których szczególnie chciałbyś przeniknąć, a nie miałeś jeszcze okazji?
- Nie ciągnie mnie w żadnym konkretnym kierunku. Pociąga mnie po prostu sztuka. Jej dziedzina nie ma znaczenia, liczy się tylko to, żeby była dobra.
Zdarzało się, że dostawaliście propozycje udziału w jakichś nietypowych przedsięwzięciach, ale odmawialiście? Może nie dlatego, bo nie były dobre, ale czuliście, że się w tym nie odnajdziecie.
- Kiedyś mieliśmy propozycję zrobienia muzyki do gry wideo, ale nie zdecydowaliśmy się na to. Nie dlatego, że mamy coś przeciwko grom. Nie pamiętam już zresztą, jaki był powód, ale nie weszliśmy w to.
Czy po zbliżającej się trasie Furia zagra jeszcze kiedyś kino? Mam wrażenie, że jednym z uroków tego projektu jest jego nieeksploatowanie, ale z drugiej strony nie po to się tworzy, żeby trzymać sztukę w szufladzie.
- No właśnie będziemy chcieli znaleźć jakieś kompromisowe rozwiązanie. Z jednej strony mamy wielką ochotę pograć z tym projektem więcej, bo po prostu podoba się nam i - jak wcześniej wspominałem - jest dla nas bardzo odświeżający. Z drugiej strony to na pewno nie może być zwyczajny tryb koncertowy. Jest to zresztą dość skomplikowana operacja pod względem logistycznym. W wielu miejscach wykonanie tego materiału nie byłoby możliwe pod względem technicznym. Do jego prezentacji konieczne jest spełnienie bardzo konkretnych warunków. Na szczęście kilka takich miejsc udało się znaleźć.









