Damian Westfal, Interia Muzyka: Masz 24 lata i właśnie wydałeś czwarty album. To imponujące tempo.
Eryk Moczko: Nie wiem, czy to aż tak dużo. Czasami się nad tym zastanawiam, bo są artyści, którzy przez całą karierę wydają dwie płyty i na tym budują swoją legendę. Z drugiej strony są tacy, którzy mają na koncie trzydzieści albumów. Ja chciałbym kiedyś znaleźć się bliżej tej drugiej grupy. Cztery płyty to spoko początek, ale mam apetyt na więcej.
Jeśli utrzymasz takie tempo, to jeszcze w sile wieku możesz dobić do tych trzydziestu albumów.
- Oby. Na razie po prostu robię swoje.
Od premiery nowego albumu minął już ponad tydzień. Jakie emocje zostały z tobą po tych pierwszych dniach od premiery? Co najbardziej cię zaskoczyło?
- Przede wszystkim odbiór - jest niesamowity. Szczerze mówiąc, nie widziałem jeszcze żadnego negatywnego komentarza dotyczącego tej płyty. To jest dla mnie szok, bo wcześniej zawsze pojawiały się różne opinie. Bardzo dużo osób zwraca uwagę na progres względem poprzedniego albumu. To chyba najczęściej powtarzający się komentarz i jednocześnie największy komplement. Ja sam, pracując nad tym materiałem, czułem, że wchodzę na wyższy poziom. Miałem przekonanie, że ten album jest dojrzalszy i po prostu lepszy od poprzedniego. Oczywiście inaczej jest, kiedy myślisz o tym sam, a inaczej, kiedy słyszysz to od słuchaczy. Cały czas żyję jeszcze tą premierą, ale... zdążyłem już zatęsknić za studiem. Wczoraj dzwoniłem i umawiałem kolejne sesje. Mam ochotę nagrywać następne rzeczy.
Z "FAMILY BRAND" jesteś już pewnie osłuchany aż za dobrze…
- Nie będę ukrywał, że przez ostatnie trzy miesiące przed premierą słuchałem tego albumu praktycznie codziennie. To zawsze wygląda podobnie - kiedy płyta trafia do słuchaczy, moja głowa jest już kilka kroków dalej.
À propos twojej pracowitości - na poprzednim albumie było dwadzieścia utworów, teraz siedemnaście. W obecnych wydawnictwach to raczej wyjątek niż reguła.
- To prawda. Rynek bardzo się zmienił. Kiedyś dwadzieścia parę utworów na płycie to była norma. Mało tego - same kawałki były jeszcze dłuższe. Dzisiaj wszyscy funkcjonujemy trochę inaczej. TikTok, Instagram i krótkie formy sprawiły, że jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiego konsumowania treści. Wiele osób nie ma już cierpliwości, żeby przesłuchać cały album od początku do końca. Ja jednak nadal wierzę w album jako zamkniętą całość. Oczywiście wiem, że z biznesowego punktu widzenia bardziej opłaca się wydawać single. Dają większe zasięgi, lepsze liczby i łatwiej przebić się z pojedynczym utworem. Tylko że dla mnie muzyka nigdy nie była wyłącznie biznesem. To przede wszystkim pasja. Lubię tworzyć spójne projekty. Lubię świadomość, że po latach mogę postawić płytę na półce i powiedzieć: "To był konkretny etap mojego życia". Dlatego nadal chcę wydawać albumy i jeśli chodzi o liczbę utworów... siedemnaście i tak wydaje mi się niewielką liczbą. Trochę ubolewam, bo powstało ich znacznie więcej, a musiałem wybrać te, które najbardziej pasowały do całości.
Czuję pod skórą, że wypuścisz wersję deluxe.
- Nie zamykam się na tę opcję. Kto wie, może jeszcze pojawi się taka wersja z dodatkowymi numerami.
To też duży ukłon w stronę fanów i prawdziwych kolekcjonerów, że wydajesz albumy w fizycznej wersji. Dzisiaj to też nie jest już takie oczywiste.
- Sam jestem kolekcjonerem, więc doskonale rozumiem ludzi, którzy chcą mieć płytę na półce. Pamiętam, że kiedy kupiłem swój pierwszy samochód, pierwsze, co zrobiłem, to zamówiłem na Vinted wszystkie albumy artystów, którzy mnie wychowali muzycznie. Auto miało odtwarzacz CD, więc słuchałem praktycznie wyłącznie płyt. To super sprawa i taką możliwość chcę też dawać moim fanom.
Skoro jesteśmy przy motoryzacji, ostatnio przekonałem się, jak bardzo i ona się zmieniła. Jechałem ostatnio z koleżanką jej nowym samochodem, zabrałem płytę, aby podczas przejażdżki pokazać jej nowy materiał pewnego artysty... a nie było gdzie włożyć płyty.
- No właśnie! Mam nadzieję, że odtwarzacze CD jeszcze kiedyś wrócą do samochodów. Jest coś wyjątkowego w tym rytuale: bierzesz kilka płyt na wyjazd, wkładasz jedną do odtwarzacza i słuchasz całego albumu od początku do końca. Nie przeskakujesz między utworami, tylko przeżywasz całość tak, jak zaplanował to artysta. Mam wrażenie, że wszystkim wyszłoby to na dobre - także sprzedaży fizycznych albumów. Osobiście teraz częściej kolekcjonuję winyle i coraz poważniej myślę o tym, żeby wydać na nich również moje poprzednie albumy. Fani regularnie o to pytają i myślę, że prędzej czy później do tego dojdzie.
Niektórzy częściej w aucie jednak wybierają radio. Jak ono przyjęło Eryka Moczko?
- Chyba całkiem dobrze. Grają. (śmiech) Nie wszystkie utwory, bo czasami lubię sobie poprzeklinać w tekstach, ale te, które nadają się do emisji albo da się je odpowiednio przygotować, trafiają na antenę. Kiedy zaczynałem robić muzykę, nawet nie myślałem o tym, że kiedyś moje utwory będą leciały w radiu. To naprawdę fajne uczucie usłyszeć siebie w rozgłośniach.
Po wysłuchaniu nowego albumu zostały ze mną dwa słowa: rodzina i rozwój. Mam też wrażenie, że na tej płycie jesteś odważniejszy i pewniejszy siebie. To efekt poprzednich wydawnictw i zdobytego doświadczenia czy zmian, które zaszły w tobie prywatnie?
- Myślę, że jedno wynika z drugiego. Po prostu jestem już kilka lat w tej branży - zdążyłem się sporo nauczyć, wyciągnąć wiele wniosków i nabrać doświadczenia. Dzisiaj lepiej znam swoją wartość. Wiem, gdzie jestem i wiem, w jakim kierunku chcę iść. To daje większą pewność siebie, ale jednocześnie cały czas staram się zachować pokorę. Naturalnie przekłada się to również na moją muzykę. Coraz łatwiej przychodzi mi otwieranie się przed słuchaczami i mówienie o sobie.
Był jeden konkretny impuls, od którego wszystko się zaczęło, czy jednak budowanie płyty utwór po utworze?
- Po poprzednim albumie zrobiłem sobie krótką przerwę. Później wróciłem do studia i po prostu nagrywałem nowe utwory. Nie myślałem jeszcze o albumie ani o jego koncepcji. Przełom nastąpił dopiero wtedy, kiedy wróciłem do poprzedniej płyty "V24". Przesłuchałem ją od początku do końca i zwróciłem uwagę na ostatnie zdanie: "Wrócę tu z moimi, bo to Family Brand". Pomyślałem wtedy, że to świetny tytuł na kolejny album. Od tego momentu wszystko zaczęło się układać. Miałem już kilka gotowych utworów, a jednocześnie znajdowałem się w takim etapie życia, w którym bardzo dużo czasu spędzałem z bliskimi - zarówno z rodziną, jak i z ludźmi, których traktuję jak rodzinę. Ten album powstawał w naprawdę dobrym czasie. Wśród dobrych ludzi i w dobrych relacjach. I myślę, że to po prostu słychać.
Patrząc z boku, wydajesz się osobą, u której udane życie zawodowe i prywatne idą ze sobą w parze.
- Staram się, żeby tak było. Mam kochającą narzeczoną, świetnych rodziców i ludzi wokół siebie, którym naprawdę mogę ufać. To ogromne szczęście. Rodzice od samego początku bardzo mnie wspierali. Kocham ich. Nigdy nie usłyszałem od nich, że muzyka to zły pomysł albo że powinienem odpuścić. Pamiętam jeszcze czasy liceum. Studio miałem niedaleko szkoły w Poznaniu, więc po lekcjach szedłem nagrywać. Zdarzało się, że siedziałem tam całą noc, a o siódmej rano mama odbierała mnie ze studia i zawoziła prosto na lekcje. Nie miałem nawet czasu się przespać. Nigdy jednak nie robili z tego problemu, bo widzieli, że naprawdę kocham muzykę. To wsparcie bardzo wiele dla mnie znaczyło.
Skoro rodzice od początku tak mocno wspierali cię w muzyce, to jakie wartości i zasady wyniesione z domu najbardziej zostały z tobą do dziś?
- Zawsze powtarzam, że najważniejsze lata w życiu człowieka to właśnie te, kiedy dorasta. To wtedy kształtuje się charakter i wartości. Później, obserwując ludzi, naprawdę często widać, kto miał dobre wzorce, kto wyniósł z domu szacunek do innych i kto potrafił wyciągać wnioski z tego, co go spotkało. Ale ja nie zawsze słuchałem rodziców. (śmiech) Jak chyba większość dzieci. Pamiętam te wszystkie klasyczne teksty: "Jeszcze kiedyś mi za to podziękujesz", "Zobaczysz, że mieliśmy rację". Wtedy człowiek przewraca oczami i myśli: "Co oni w ogóle opowiadają?". Później mijają lata i okazuje się, że naprawdę mieli rację. Możesz się buntować albo wyciągnąć z tego lekcję. Ja nigdy nie chciałem być buntownikiem. Oczywiście zdarzało mi się sprzeczać z rodzicami, ale z wiekiem coraz bardziej doceniam wszystko, co mi dali. Dzisiaj widzę, jak bardzo mnie ukształtowali.
W intro "FAMILY BRAND" mówisz, że jeszcze nie jesteś głową rodziny, choć wyobrażasz sobie siebie jako ojca.
- Tak. Szczerze mówiąc, coraz częściej o tym myślę. Już nie mogę się doczekać. To jeszcze nie ten moment, ale wiem, że kiedyś na pewno nadejdzie. Bardzo chciałbym zostać ojcem.
Trochę skojarzyło mi się to z historią Justina Biebera. Może nie jesteście podobni muzycznie, ale on też wielokrotnie mówił, że chciałby mieć dzieci stosunkowo wcześnie.
- Coś w tym jest. Moi rodzice starali się o dzieci ponad piętnaście lat. Dzisiaj widzę różnicę wieku między nami i wiem, że sam chciałbym przeżyć to trochę inaczej. Marzy mi się, żeby mając czterdzieści kilka lat, mieć już dorosłego syna albo córkę. Chciałbym być nie tylko ojcem, ale też kumplem - nadal mieć energię, żeby wspólnie wyjeżdżać, uprawiać sport czy po prostu spędzać razem czas. To jest dla mnie bardzo ważne.
Wspomniałeś wcześniej o Poznaniu. Wiem, jak duży wpływ na twoją drogę miało tamtejsze środowisko. Zastanawiam się jednak, czy nie masz dość łatki rapera? Czy poznaliśmy już całego Eryka Moczko?
- Zdecydowanie nie. Rap jest mi najbliższy, bo na nim się wychowałem. Dorastałem w tej kulturze i dlatego właśnie taką muzykę tworzę. Jednocześnie bardzo lubię poznawać inne gatunki. Cały czas uczę się muzyki i nie chcę zamykać się w jednej szufladzie. Co ciekawe, prywatnie nie słucham już aż tyle rapu, ile kiedyś. Nadal uwielbiam go tworzyć, ale na co dzień sięgam po bardzo różne rzeczy. Uważam, że artysta powinien robić to, co w danym momencie naprawdę czuje. Jeżeli kiedyś będę miał ochotę nagrać płytę country, popową czy disco polo, to nie widzę powodu, żeby tego nie zrobić. Najważniejsze jest to, żeby być szczerym wobec siebie.
To świadczy o muzycznej odwadze…
- Ja po prostu nie chcę zamykać sobie żadnych drzwi.
A może po prostu bardzo szybko uczysz się muzyki? Robienie konkretnego gatunku wymaga konkretnych narzędzi i umiejętności, a ty się jednak tego nie boisz…
- Nie wiem, czy szybko. Mój pierwszy utwór ukazał się dziewięć lat temu, więc trochę czasu już minęło. Od początku bardzo dużo pracowałem nad warsztatem. Przez lata chłonąłem muzykę i cały czas starałem się rozwijać. Bardzo rzadko zapętlam jeden utwór. Jeżeli zainteresuje mnie jakiś gatunek, wolę przesłuchać kilkadziesiąt różnych numerów niż jeden w kółko. Dzięki temu poznaję jego charakter, ale jednocześnie nie kopiuję nikogo konkretnego. To chyba pomaga mi zachować własny styl. Gdy zbyt mocno osłuchasz się z jednym artystą albo jednym gatunkiem, łatwo później nieświadomie zacząć go powielać. Ja wolę zostawić sobie przestrzeń na własną interpretację.
Też masz ochotę trochę poeksperymentować?
- Chyba nie chciałbym zapeszać. Na razie bardzo dobrze czuję się w brzmieniach, które słychać na nowym albumie. Czas pokaże, nie chcę na pewno niczego wykluczać.
Jednym z nazwisk, które przewijają się przy okazji twojej twórczości, jest Marina. Sam wspominasz o niej i Barcelonie na albumie i mówiłeś wcześniej, że bardzo cenisz jej muzyczną wrażliwość. Jest szansa na wspólny utwór?
- Mam taką nadzieję. Marina jest super ziomalką, świetną artystką i naprawdę ma ogromne wyczucie muzyczne. Problem polega głównie na tym, że mieszka za granicą, więc trudniej jest po prostu spotkać się w studiu. Wierzę, że prędzej czy później uda nam się coś wspólnie zrobić.
Na nowej płycie pojawia się sporo gości. To mocna lista nazwisk. Jak buduje się pozycję w tak młodym wieku, dzięki której inni artyści chcą pojawiać się na twoich albumach?
- Tworząc ten album, bardzo zależało mi na tym, żeby wszystkie osoby były ze mną spójne… albo były to osoby, z którymi od dawna chciałem zrobić muzykę. Udało się to dowieźć. Kilku artystów ostatecznie się nie pojawiło, ale wynikało to wyłącznie z terminów. Natomiast z efektu końcowego jestem naprawdę bardzo zadowolony. Jak to się robi? Chyba po prostu trzeba być w porządku wobec ludzi i robić dobrą muzykę. Często piszą do mnie młodzi artyści z pytaniem: "Za ile dograsz się do mojego numeru?". Odpowiadam, że jeśli utwór naprawdę mi się spodoba, mogę zrobić to za darmo. Nigdy nie chodziło o pieniądze. Ludzie pytają mnie też, czy płacę za gościnne zwrotki. Nie. Na tej płycie są osoby, z którymi po prostu się przyjaźnię. Lubimy się, wspieramy i wzajemnie kibicujemy swoim projektom. Jeżeli ktoś czuje numer, to chce się do niego dograć. Jeżeli nie czuje - po prostu odmawia. To całkowicie normalne.
Ty też stajesz się częścią historii innych. Chociażby u Quebonafide. Jakie to uczucie usłyszeć własne nazwisko w utworze rapera, którego sam kiedyś słuchałeś? Mówię o utworze "Futurama 3".
- Pamiętam, że jechałem wtedy taksówką z moją narzeczoną. Quebo właśnie wypuścił nowy numer, więc od razu go włączyłem. Od dzieciaka byłem jego wielkim fanem. Słucham tego utworu i nagle, mniej więcej w połowie, zatrzymałem go. Spojrzałem na narzeczoną i powiedziałem: "Zobaczysz, zaraz będzie wers o mnie". Nie pytaj mnie skąd mi się to wzięło. Po prostu miałem takie przeczucie. Nikt nic wcześniej nie powiedział, nie miałem żadnych informacji. Puściłem utwór dalej i rzeczywiście padł wers z moim nazwiskiem. Pomyślałem wtedy: "Bro, co tu się właśnie wydarzyło?". Byłem totalnie zajarany. Jeszcze większe emocje przyszły później, kiedy usłyszałem ten sam fragment na Stadionie Narodowym. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi krzyczało wers z moim nazwiskiem. To są chwile, których się nie zapomina.
Ludzie z DRE$$CODE kibicują ci w solowej drodze?
- Zdecydowanie. To jedne z najbliższych mi osób. Od zawsze bardzo mnie wspierali i nadal wspierają we wszystkim, co robię. To naprawdę ważne, kiedy masz wokół siebie ludzi, którzy cieszą się z twoich sukcesów tak samo jak ty.
Twoje nazwisko jest dziś coraz bardziej rozpoznawalne. Popularność rośnie, a wraz z nią pojawiają się oczekiwania. Czy przy pracy nad "FAMILY BRAND" czułeś presję?
- Nie. Już dawno nauczyłem się nie budować wobec siebie zbyt dużych oczekiwań. Kilka razy w życiu mocno się zawiodłem właśnie dlatego, że wcześniej coś sobie wyobrażałem. Dzisiaj podchodzę do tego inaczej. Oczywiście, jeśli utwór staje się wielkim hitem, to jest fantastyczne uczucie. Trzeba się tym cieszyć. Ale co jeśli nie osiągnie takich wyników? Świat się nie kończy. Ostatecznie ja robię muzykę dlatego, że to moja pasja. Nie dlatego, żeby zdobywać kolejne wyświetlenia. Liczby są miłe, ale nigdy nie były moją największą motywacją. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby tworzyć rzeczy, z których sam będę dumny. Mimo wszystko trudno całkowicie odciąć się od liczb. Robię muzykę po to, aby robić muzykę, a nie po to, by mieć dużo wyświetleń.
Naturalnym krokiem po premierze albumu wydaje się trasa koncertowa. Więc?
- I będzie. Na razie nie mogę zdradzić zbyt wiele, ale przygotowujemy się do niej. Informacje pojawią się już niedługo. Śledźcie moje media społecznościowe.
Widziałem, że czeka was też występ na Torwarze jesienią.
- Tak, ale to będzie koncert wspólny z DRE$$CODE na festiwalu. Natomiast jeśli chodzi o moją trasę, mogę powiedzieć jedno: jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeszcze w tym roku spotkamy się z fanami w wielu miastach.










