Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Jesteśmy na OFF Festivalu, a moim rozmówcą jest Jagari z W.I.T.C.H.!
Emanuel "Jagari" Chanda: W.I.T.C.H. czyli We Intend To Cause Havoc lub Harmony.
Na początku nazwa zespołu oznaczała "mamy zamiar siać spustoszenie". Z czasem jej definicja trochę się jednak zmieniła. Co znaczy teraz?
- Teraz oznacza: zamierzamy wnieść harmonię, szczęście i uzdrowienie. To wszystko nadal wraca do WITCH.
Zespół powstał niedługo po uzyskaniu przez Zambię niepodległości. Jak ta nazwa wpisywała się w czas, w którym zakładaliście WITCH?
- To był okres, w którym wiele rzeczy się zmieniało. Zambia należała wcześniej do Federacji Rodezji i Niasy. Tworzyły ją Rodezja Północna, Rodezja Południowa i Niasa, czyli dzisiejsze Malawi. Rodezja Południowa to dzisiejsze Zimbabwe, a Zambia była Rodezją Północną. Wszystkie te kraje były związane z wydobyciem miedzi i zarządzane przez Wielką Brytanię. Mieliśmy więc wiele wspólnego: kultury, mieszane małżeństwa, wzajemne wpływy. W ten sposób integrowaliśmy się i tworzyliśmy coś bardzo podobnego w trzech krajach. Była też jedna stacja radiowa.
Podczas koncertu wspomniałeś, że bycie muzykiem było bardzo źle postrzegane.
- Nawet dzisiaj tak jest.
Wciąż?
- Tak. Przez reputację, jaką my, muzycy, sami narzuciliśmy społeczeństwu, ludzie nam nie ufają. Nie wiem, czy nie ufają nam w kwestii swoich córek, czy nie wierzą, że potrafimy się nimi zaopiekować. Myślą, że jesteśmy rozwiązli, niestali, niestabilni i że nie mamy pieniędzy. Za dużo tu negatywnych skojarzeń. Dlatego kiedy słyszą, że muzyk jest zainteresowany ich córką, podchodzą do tego sceptycznie. Tak było od dawna, to nie jest nic nowego.
Wspominałeś, że to wasz pierwszy raz w Polsce. Powiedziałeś też piękną rzecz: że muzyka jest uniwersalnym językiem. Jak podobał ci się dzisiejszy koncert?
- To było dla mnie wielkie, bardzo pozytywne zaskoczenie. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać. Od momentu, kiedy przyjechaliśmy, bardzo dobrze się nami opiekowaliście: dostaliśmy świetny hotel, dobre jedzenie, a potem zabraliście nas przed tę publiczność. To było niesamowite. Ludzie nie znają muzyki WITCH od dawna, ale ich reakcja była bardzo zachęcająca. Wszyscy czuli tę muzykę. Czułem więź z publicznością i miałem ochotę grać dalej i dalej. To bardzo fajny festiwal, są tu świetni ludzie, a publiczność była bardzo ciepła i muzykalna. Słyszałeś, jak śpiewali razem z nami?
Tak! Ja też śpiewałem.
- To było bardzo miłe! Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby jeszcze tu powrócić.
Mam nadzieję, że tak będzie. Podczas koncertu opowiadałeś wiele historii związanych z utworami, które graliście. Która z tych piosenek jest dla ciebie najbardziej osobista?
- Nie chodzi nawet o to, że jest osobista, ale o inspirację. Każdy muzyk, który komponuje, ma coś w głowie, zanim napisze utwór. A przez barierę językową, gdybym zaśpiewał bez żadnego wyjaśnienia, wiele rzeczy mogłoby nie mieć dla was sensu. Dlatego staram się przygotować słuchaczy i powiedzieć: "O to właśnie próbuję wam przekazać". Muzyka jest uniwersalna, bo nawet jeśli nie rozumiesz języka, czasem sama muzyka mówi ci, żeby tańczyć. Jeśli rozumiesz słowa, uruchamia emocje i różne inne rzeczy. Osobistych rzeczy jest wiele. Byłem zaangażowany w pisanie tych utworów, więc traktuję je osobiście. To trochę jak bycie cieślą. Bierze deski, pracuje z nimi, są dla niego ważne. Ale gdy już zrobi z nich stół, nic więcej nie może z tym zrobić. To już jest gotowe i idzie w świat.
W 2012 roku wróciliście na scenę i zacząłeś grać z nowymi muzykami. Jak przekazujesz przesłanie, które pierwotnie powstało w latach 70., mając obok siebie zupełnie nowe pokolenie artystów?
- W latach 70., gdy mówiliśmy "We Intend To Cause Havoc", kierowaliśmy to do innych muzyków. Między zespołami istniała niewidzialna rywalizacja. Wokół było wiele dobrych kapel, ale gdy pojawiliśmy się my, część z nich się nas przestraszyła. Dlatego mówiliśmy: "zamierzamy wywołać chaos". Dzisiaj sytuacja jest inna. Ciekawe jest to, że młodzi muzycy angażują się i okazują sympatię muzyce stworzonej tyle lat temu. Ona nie ma granic, nie ma wieku ani ograniczeń czasowych. To jest w tym najciekawsze.
Kiedy wróciliśmy - ja nazywam to zmartwychwstaniem, bo wcześniej przez długi czas panowała cisza - nie wiedziałem, czego się spodziewać. Ale potem ludzie z Europy zaczęli przyjeżdżać do mojego kraju, organizowaliśmy koncerty i zaczęliśmy znowu nagrywać. Poczułem coś bardzo silnego. Nie ulgę, ale jakby życie zostało mi dane na nowo. To tak, jakbyś prawie umarł, ale został wskrzeszony. Tak się czuję.
Jestem bardzo wdzięczny Bogu, mojemu Stwórcy. Wielu ludzi w moim wieku już nie żyje i nie dostało takiej szansy.
Jak dziś czujesz się, koncertując po całej Europie i widząc tak wielu młodych ludzi odkrywających tę muzykę?
- Chcę, żeby ta muzyka należała do tego miejsca i do reszty świata. Rumba jest wyjątkowa dla Konga, amapiano dla RPA, afrobeat dla Afryki Zachodniej. My nie mamy czegoś, co byłoby naprawdę charakterystyczne wyłącznie dla Zambii. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby młodzi ludzie przejęli tę pochodnię i nieśli ją po świecie. Żeby kiedy ktoś mówi "zamrock", ludzie odpowiadali: "A, to muzyka z Zambii".
Czego nowe pokolenie artystów może nauczyć się od afrykańskiej muzyki i od zamrocka?
- Muzyka wszędzie jest taka sama. Dziś nie wiemy już dokładnie, kto wpłynął na kogo. Kolonialni władcy przybyli po niewolników. Niewolnicy zabrali swoją muzykę do Ameryki i innych części świata, gdzie zastali już inne tradycje muzyczne. Po tym mieszaniu się kultur i integracji pojawił się blues, jazz i wiele innych rzeczy.
Przez te wzajemne wpływy Europejczycy nauczyli się czegoś od Amerykanów, a Afrykanie naśladowali Europejczyków i Amerykanów. Fryzury afro, dzwony, wielkie paski, nawet język. Nie mieliśmy u siebie słowa "baby", ale nauczyliśmy się go od was. "Baby girl" - jak duża dziewczyna może być dzieckiem? Chyba chodzi o to, żeby opiekować się nią jak dzieckiem.
Ale są rzeczy, których można nauczyć się od afrykańskiej muzyki. Na przykład wzory rytmiczne, takie jak rytm 6/8. W europejskiej muzyce nie jest on aż tak powszechny, a dla nas jest czymś automatycznym. Wasza siła leży w harmoniach, skalach i takich elementach. Nasza - w krzyżujących się rytmach: prostych rytmach, które grane razem stają się skomplikowane.
Możemy uczyć się od siebie nawzajem metrum i wzorów rytmicznych. My możemy też uczyć się od was progresji akordów czy skal, na przykład diatonicznych. Nasza skala jest pentatoniczna. Nawet hymn Zambii jest oparty na takiej skali.
Gdybyś miał wskazać jedną najważniejszą rzecz, którą WITCH chce dziś przekazywać, jakie jest wasze przesłanie na przyszłość i główny cel?
- Pokój i miłość. To dla nas najważniejsze słowa. Świat ma bardzo dużo pieniędzy. Gdybyśmy nie byli samolubni i nie kierowało nami ego, nikt nie musiałby głodować. Zamiast tego chcemy pokazać światu, że jesteśmy najbogatsi i najpotężniejsi, a potem umieramy. Wszystkie te rzeczy zostają i korzysta z nich ktoś inny. Dlaczego po prostu nie możemy żyć w pokoju? Dzielić się tym, co mamy? Nie musisz być miliarderem, żeby pomóc komuś żyć wygodniej.
Moje przesłanie brzmi: skupmy się na miłości i pokoju, zamiast pokazywać, kto produkuje lepszą broń do niszczenia innych. Najbardziej zaawansowana broń jest przeznaczona dla ludzi, a ludzie są mali. Wydaje się ogromne pieniądze na doskonalenie broni, która ma niszczyć ludzkość. Te pieniądze można byłoby wykorzystać, żeby życie stało się wygodniejsze i przyjemniejsze. Nasze życie jest bardzo krótkie. Jeśli pozwolisz komuś być przez chwilę szczęśliwym, żyć szczęśliwie i spokojnie, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem, widząc taki świat. Byłeś kiedyś na lotnisku?
Nawet nie raz.
- Kiedy przechodzisz przez kontrolę bezpieczeństwa, sprawdzają, czy nie masz broni, czy czegoś nielegalnego, a potem widzisz, jak wolni są ludzie, którzy przez nią przeszli. Nie ma znaczenia, jakiego są koloru skóry ani jakim mówią językiem. Czekają tylko na numer bramki, żeby wejść do samolotu i dotrzeć do celu. Tam jest pokój. Jest spokój, indywidualizm - każdy zajmuje się sobą. Dlaczego nie moglibyśmy tak żyć na całym świecie?











