DrySkull: Nigdy na nic się nie zamykam [WYWIAD]
Robert Krawczyk, tworzący pod pseudonimem DrySkull, nie jest może najbardziej rozpoznawalną postacią ze świata muzyki w Polsce. Kiedy przewertujemy jednak jego dokonania, szybko okaże się, że to prawdziwa szara eminencja. Współpracował m.in. z Mrozem, Afromentalem, Pokahontaz czy Sokołem i Dawidem Podsiadło. Wyprodukował również dwa ostatnie hymny Męskiego Grania. Okazją do rozmowy z Interią Muzyką jest natomiast wydanie przez niego albumu producenckiego, "Salon", na którym goszczą m.in. Krzysztof Zalewski, Zalia, WaluśKraksaKryzys i Błażej Król.

Rafał Samborski, Interia Muzyka: Jak wrażenia z nowego albumu Gorillaz?
DrySkull: - Przez to, że premiera płyty Gorillaz zbiegła się z premierą mojej, naprawdę trudno było mi znaleźć czas, żeby spokojnie jej posłuchać. Ale kiedy już rozpoczął się wir rozmów i miałem chwilę w słuchawkach na mieście, udało mi się przesłuchać całość dwa razy. Ideologicznie Gorillaz zawsze było mi bliskie, a Damon Albarn potrafi w niesamowity sposób eksplorować różne gatunki muzyczne i dźwiękowe zakamarki. I tutaj też nie zawiódł - to piękny eksperyment, choć po dwóch przesłuchaniach wydaje mi się, że jest to płyta dość trudna w odbiorze.
Pod jakim kątem?
- Pod względem muzycznym. Konceptualnie wszystko jest świetnie przemyślane i bardzo podoba mi się całość. Muzycznie piosenki potrafią zmieniać się nawet czterokrotnie w trakcie jednego utworu, jest tam wiele planów. Osobiście uwielbiam bezkompromisowość Damona, kiedy tworzy piosenki. Jestem jednak bardzo zaskoczony tym, jak dobre opinie zbiera ta płyta wśród fanów muzyki. Myślę, że gdyby inny zespół nagrał taką płytę, to nie spotkałaby się aż z takim odbiorem.
Pytam z konkretnych powodów, których się z pewnością domyślasz. Zaprosiłeś do swojego "Salonu" mnóstwo polskich gwiazd muzyki, ale na płycie pojawił się też Seye Adelekan - basista koncertowy Gorillaz. Jak doszło do tej współpracy?
- To była niesamowicie prozaiczna sytuacja, która okazała się bardzo surrealistyczna. Kiedy nagrałem perkusję z Jurkiem Markuszewskim do utworu "Wolna i piękna", w którym występują Grubson i Miodu, potrzebowałem kogoś, kto zagrałby na żywo bas w tej piosence. Przeszukiwałem głowę, do kogo mógłbym się odezwać, bo sam nie potrafiłem zagrać tak dokładnie, jak bym chciał. Nie wiedziałem, na kogo się zdecydować, więc autentycznie usiadłem na kanapie w moim przysłowiowym salonie, w pokoju, w którym wymyślam piosenki, i zacząłem przeglądać social media. Pierwsza relacja, którą zobaczyłem, była właśnie od Seye. Odpaliłem ją, a on napisał na zdjęciu, że za tydzień wyjeżdża do Meksyku i ma trzy wolne sloty na nagranie komuś partii basu. Pomyślałem, że to jak znak z nieba. Napisałem do niego od razu, a on szybko odpisał. Już od dwóch lat zdarzało nam się wymienić jakieś krótkie komentarze w social mediach, więc wiedział, że nie jestem żadnym botem, tylko potraktował sprawę poważnie i przyjął propozycję.
- Tak to się rozwinęło: dograł się do "Wolnej i pięknej". W międzyczasie poleciałem do Londynu na jego koncert, tam się poznaliśmy na żywo, wręczyłem mu w prezencie ptasie mleczko i wymieniliśmy numery telefonów.
Jak smakowało?
- Nie jadł tego przy mnie, ale wierzę, że ptasie mleczko nie zawodzi. Oprócz tego wręczyłem mu też ludową chustę, bo Seye lubi eksperymentować z modą. I oprócz tego, że dograł się do "Wolnej i pięknej", dograł partię również do utworu z Jagodą Kret "Mam czyste niebo nad głową", więc finalnie otwiera i zamyka tę płytę.
Zobacz również:
Wydałeś album producencki i to w naszej rzeczywistości muzycznej rzecz dość karkołomna. Zacznijmy od tego, że albumy producenckie w Polsce kojarzą się raczej ze środowiskiem hip-hopowym, a na "Salonie" jedynie Grubson i Miodu są w pewien - choć też nie ścisły - sposób z nim związani. Do tego w Polsce brakuje podejścia stawiającego producenta w centrum zainteresowania. Nie mamy u nas takich postaci jak Timbaland czy Pharrell.
- Myślę, że mamy mnóstwo, natomiast nie każdy z nich się zdecydował nagrać płytę producencką.
To jak zrodziłeś w swojej głowie taki pomysł?
- W 2019 roku dostałem pytanie od ówczesnego menadżera Dawida Podsiadły, Maćka Wocia, który dziś jest dyrektorem zarządzającym Sony Music Poland, czy nie chciałbym zrobić hip-hopowej płyty producenckiej. To był czas, kiedy nadal sporo robiłem bitów dla raperów, ale jednocześnie coraz częściej pracowałem z wykonawcami popowymi. Zgodziłem się na tę propozycję, bo wydawało mi się, że będzie to fajne wyzwanie i ciekawa przygoda. Ale w międzyczasie wybuchła pandemia - wszystko się zamknęło i zablokowało. Każdy chciał wtedy być bardzo płodny twórczo, ale skupiał się na własnym poletku. Ja natomiast przez dwa i pół roku bujałem się z poczuciem, że mój projekt w ogóle nie idzie naprzód. Narastała we mnie naturalna frustracja związana z tą sytuacją, aż w końcu umówiłem się z wytwórnią i sam ze sobą, że może spróbujemy zrobić coś innego - nie będziemy się ograniczać do rapu, tylko odezwę się do wszystkich wykonawców, z którymi już pracowałem albo chciałbym pracować.
- Kolejne dwa i pół roku spędziłem już na pracy nad tą koncepcją, co - nie ukrywam - jest dla mnie pozytywnym rozwiązaniem, bo dziś hip-hopu praktycznie nie dotykam, trochę go nie rozumiem i nasze drogi trochę się rozjechały.
W pełni to rozumiem.
- Oczywiście są ludzie, których cały czas śledzę i chciałbym coś z nimi zrobić. Na przykład Łona, Sokół, Pezet, czy z młodych Kosma Król - świetnie sobie radzi na scenie i jestem pełen podziwu dla niego. Absolutnie się nie zamykam na amen, ale do piosenek popowych było mi bliżej, więc tak się to potoczyło.
Czyli szansa na hip-hopowy album producencki jeszcze istnieje?
- W ogóle nigdy na nic się nie zamykam. Mam to zapisane w sobie, że chcę te piosenki cały czas tworzyć. Tak więc w jaką stronę popchnie mnie przyszłość? Absolutnie nie mam pojęcia, nie zastanawiam się nad tym. Chcę sam się zaskoczyć.
To co do tego długiego tworzenia, zastanawiam się, ile drzwi otworzył Ci fakt, że wyprodukowałeś hymny Męskiego Grania w 2024 i 2025 roku. Skład na płycie masz zresztą bardzo "męskograniowy".
- To prawda, ale wydaje mi się, że od zawsze było mi po drodze z konwencją Męskiego Grania - taką odsłoną muzyki komercyjnej, która jednak delikatnie czerpie ze źródeł muzyki alternatywnej. Wszyscy ci wykonawcy nie są jednoznacznie przypisani do popu. To raczej ludzie, którzy operują różnymi narzędziami - twórczymi, wokalnymi, instrumentalnymi - i sami też przemierzają różne ścieżki pozwalające przecierać nowe szlaki. Czy to Mrozu z soulem, czy Krzysiek Zalewski z rockiem, czy Waluś z punkiem - wszyscy oni starają się pioniersko stawiać kroki, żeby ich muzyka była również rozrywkowo-komercyjna. A ja mam zwyczaj pomagać im w takich "rewolucjach". Kiedy oni pytają: "czy na pewno?", to ja odpowiadam: "na pewno". Lubię być tym, który posuwa artystów do pewnego rodzaju zmian i eksperymentów. Z takimi wykonawcami pracuje mi się najlepiej, bo wtedy to jest praca twórcza, a nie odtwórcza - nie kopiujemy czegoś, co już było, tylko zawsze próbujemy od początku iść w kierunku, który nas wszystkich zaskoczy i pokaże, że tam też można.
To skoro mówisz o zaskakiwaniu, to która współpraca zaskoczyła Cię najbardziej?
- Z Błażejem Królem praktycznie w ogóle się nie znałem, zanim zaczęliśmy pracować nad piosenką. I właśnie to najbardziej mnie zaskoczyło - jak bardzo brakowało mi tego człowieka w dotychczasowym życiu. Od czasu, kiedy się poznaliśmy, cały czas utrzymujemy kontakt i mamy ogromną ochotę, żeby jeszcze razem muzycznie podziałać.
- Poza tym przy tej współpracy z Błażejem zaskoczyło mnie, jak bardzo odnaleźliśmy się obaj w piosence, którą dla niego przygotowałem. Później okazało się, że nikt nie spodziewał się takiej jego odsłony. I choć nie zamierzałem tego, popchnęliśmy go w kierunku bardziej muzyki gitarowej, bardziej indie. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo Błażej jest kojarzony z elektroniką, choć to się zbiegało w czasie z jego płytą "Popiół", którą wyprodukował razem z Pawłem Krawczykiem. Myślę, że tam też już ten kierunek został zaznaczony, więc dobrze wpisałem się akurat w tę jego gatunkową zmianę
A miałeś kogoś na liście, kogo chciałeś zaprosić i się nie udało?
- Powiem ci szczerze, że kilka razy w ostatnich rozmowach mówiłem, że nie, ale wczoraj przypomniało mi się, że jednak miałem! Była jedna osoba, która bardzo grzecznie, ale musiała odmówić. Zresztą w pełni to rozumiem. I była to Paulina Przybysz.
Bardzo pasowałaby do tego grona.
- Bardzo liczę na to, że ta współpraca jeszcze przed nami, bo naprawdę uwielbiam i twórczość Pauliny, i jej głos, i jej teksty. Czuję, że mogłoby to naprawdę dobrze działać. Miałem dla niej piosenkę bardzo eksperymentalną, która wymagałaby z jej strony dużego poświęcenia energetycznego. Nie dziwię się, że odmówiła, bo była zajęta swoimi sprawami wydawniczymi, ale tak jak mówię - liczę, że ta współpraca jeszcze się wydarzy.
To, jeżeli miałbym jeszcze dodać, kto pasowałby moim zdaniem do tego grona, to z pewnością Fisz.
- Tak, z radością! Zresztą już miałem numer do Fisza, kiedy jeszcze to miała być płyta hip-hopowa i już zamierzałem do niego dzwonić. Ale nastąpił jakiś szereg zdarzeń, który odciągnął to w czasie, i później jakoś się to po prostu rozmyło. Mam ten numer do dzisiaj - jeszcze go nie wykorzystałem, więc...
Może warto spróbować?
- Bardzo trafny wybór, naprawdę bardzo trafny. Bo tak, zdecydowanie - cenię artystę, cenię człowieka, więc bardzo byłoby miło.
Ciekawe jest to, że ostatnie jego poczynania pokazują, iż wraca do tego swojego przegadanego stylu. Pasowałby zarówno na płytę popową, jak ich hip-hopową.
- On należy do grona artystów, którzy bezkompromisowo podążają własną drogą, tam, gdzie ich nogi poniosą, i właśnie do takich ludzi jest mi szczególnie blisko. Uważam, że łamanie trendów to jedyna rzecz, która nam pozostała, a Fisz naprawdę świetnie wykorzystał moment, w którym niekoniecznie opłacało się być kojarzonym z hip-hopem. Wtedy rozegrał to najlepiej, jak się dało, pokazując się w nowym świetle. Teraz, kiedy nawet wśród młodych znowu rośnie zapotrzebowanie na brzmienie hip-hopu, na oldschool, jestem przekonany, że spora grupa młodych słuchaczy na nowo odkryje wartość hip-hopu w twórczości Fisza. Zdecydowanie warto wracać do korzeni.
Faktycznie, takie postaci jak Kosma Król czy Ziomcy pokazują, że dzieciaki garnie znowu do takiego korzennego hip-hopu.
- Tak, bardzo mnie to cieszy. DJ Premier przeżywa teraz trzecią młodość.
Z Nasem wydał płytę w tamtym roku.
- Znowu mamy lata dziewięćdziesiąte.
Nie do końca siadła mi ta płyta z tego właśnie powodu, że jak na Premiera te bity są mało "premierowe".
- Wiesz, każdy chce czasami uciec w inną stronę, poeksperymentować, ale ten powrót hip-hopu bardzo mnie cieszy.
Premier już eksperymentował 20 lat temu z Christiną Aguilerą. Pamiętam, że jeszcze byłem wtedy takim zatwardziałym słuchaczem rapu i bardzo się oburzałem, że mój pomnik sam się burzy. A potem przesłuchałem to, co stworzyli i byłem zachwycony.
- Świetna była ta płyta. To było jeszcze przed płytą Timbalanda "Shock Value". Pamiętam, że dzięki niej po raz pierwszy zrozumiałem, że te podkłady są tak naprawdę ciętymi samplami z innych płyt. Wielką lekcję dzięki tej płycie odebrałem.
Co do przeszłości, cofnijmy się, ale tylko o 6 lat. Niektórzy pamiętają, że wydałeś wówczas album "OD:DO" pod swoim imieniem i nazwiskiem, na którym to krążku również śpiewasz. Nie kusiło Cię czasami, by wygonić wszystkich z tego "Salonu", pokazać, że czasem potrzebujesz czasu dla siebie, nie zawsze goście są mile widziani i zaśpiewać?
- Przy tym albumie od samego początku zależało mi na tym, żeby zgromadzić na nim gości i skupić się właśnie na współpracy. Były, co prawda, pokusy, żeby do repertuaru dorzucić przynajmniej jeden utwór, w którym śpiewam. Ale po zwyczajnych przemyśleniach - to nie była żadna decyzja pod wpływem emocji - podjąłem decyzję, że nie. Na tej płycie, przynajmniej w tym wydaniu, w którym jest teraz dostępna, nie będzie żadnego mojego utworu śpiewanego.
Czyli skoro informacja prasowa mówi, że premiera albumu w wersji digitalowej nie jest finałem aktywności, to możemy się czegoś jeszcze spodziewać?
- Nauczyłem się tego, obserwując moich znajomych, którzy wydają płyty, że w przeciwieństwie do tego, jak wyglądało to 25 lat temu, dziś wydanie płyty to tak naprawdę początek drogi promocyjnej muzyki. Żeby ta muzyka nie zniknęła od razu w gąszczu tych nowości, które pojawiają się co tydzień, trzeba zadbać o to, żeby co jakiś czas dostarczać ludziom coś nowego. Pracuję więc nad tym, żeby tych nowości, a przynajmniej niespodzianek, było jeszcze przez dobre kilka miesięcy kilka.

Rok temu w ramach promocji singli wypuszczałeś podcasty ze swoimi gośćmi. I to się zatrzymało po 3 odcinkach.
- Zatrzymało się, bo po podcaście z Błażejem Królem nadszedł sezon koncertowy - to akurat było wtedy, gdy wypuszczałem utwory z Igo i z Krzyśkiem Zalewskim, czyli z lwami koncertowymi polskiej sceny. Umówić się z nimi na rozmowę było autentycznie niewykonalne. Z Krzyśkiem ledwo udało nam się złapać, żeby zrobić teledysk do piosenki "Mówię ci nie", a poza tym wpisanie się w ich kalendarz było po prostu niemożliwe. Natomiast z dobrych informacji: jeszcze w tym tygodniu pojawi się podcast z Jagodą Kret, który nagraliśmy jako powrót do tego cyklu i niejako zwieńczenie całej serii podcastowej.
- Cały czas mam ambicje, żeby spotkać się ze wszystkimi artystami z tej płyty i zrobić taki podcast, tylko - jak już mówiłem - w przypadku jakichkolwiek zadań związanych z tymi wykonawcami to po prostu logistyczna łamigłówka. Wiesz, oni naprawdę są zajęci, wszyscy non stop nagrywają, grają trasy koncertowe na wielkich halach i wiem, ile to pracy i przygotowań ich wszystkich kosztuje. Wierzę, że wszystko może się udać. Jestem dobrej myśli, ale praca nad tą płytą nauczyła mnie cierpliwości - poczekam tyle, ile będzie trzeba.
To, czego - o czym oczywiście możesz mówić - można się spodziewać, jeżeli chodzi o te dodatkowe aktywności?
- Dołożę wszelkich starań, żeby móc ludziom zaoferować spotkanie na koncercie, na którym - mam nadzieję - uda się zgromadzić wszystkich wykonawców. Naprawdę zrobię wszystko, żeby to się udało, bo wydaje mi się, że dla samego faktu zebrania ich na jednej scenie i dla skali legendarności takiego spotkania warto byłoby o to zawalczyć.
Może na Męskim Graniu?
- Tam line-up jest już zamknięty. Poza tym już w tamtym roku grałem połowę materiału z tej płyty. Natomiast jeżeli jakiś festiwal chciałby mnie zaprosić, to jestem otwarty. Aczkolwiek czuję, że jestem też w takim wieku i w takim momencie życia, że bez tej quasi-rodzicielskiej opieki jestem w stanie zorganizować jakieś sprytne wydarzenie. Pożyjemy, zobaczymy. Oprócz tego na pewno będzie masa muzycznych niespodzianek: może w nowych odsłonach pojawią się niektóre piosenki? O wszystkim będę na bieżąco informować na swoich social mediach.
To może ostatnie słowo dla czytelników Interii?
- Niech wszyscy wezmą głęboki oddech, odetchną z nadzieją, że wszystko może być dobrze. Niech włączą sobie "Salon" i znajdą szansę na to, aby odsapnąć na wygodnej kanapie w pokoju, bo po to ta płyta jest.









