Reklama

Reklama

"Drugi debiut"

Po trwającej dobre pięć lat przerwie, powrotnym albumem "Heretic Commando - Rise Of The New Antikrist" przypomniał osobie czeski Hypnos. O tym, co się zmieniło, o starych i nowych czasach oraz zaskakującej miłości do Polski Bartosz Donarski rozmawiał z Bronislavem "Bruno" Kovarikiem, wokalistą i liderem zespołu, żywą legendą czeskiej sceny metalowej.

Od dłuższego czasu na rynku dostępny jest wasz nowy, rzec można, powrotny album "Heretic Commando - Rise Of The New Antikrist". To wasza pierwsza płyta od ponad pół dekady i jako taka wyznacza chyba nowy rozdział w działalności Hypnos, bardziej niż którykolwiek z poprzednich materiałów. Coś się jednak zmieniło.

- Z tym nowym rozdziałem trafiłeś w dziesiątkę. Zespół nie funkcjonował przez jakieś cztery lata - to fakt. Przez ten czas wszystko gwałtownie poszło do przodu, zwłaszcza teleinformatyka, serwisy społecznościowe, promocja zespołów, dystrybucja muzyki drogą elektroniczną itd. Stary system pracy zaczyna przechodzić do lamusa, musieliśmy więc odnaleźć się w nowym, przyzwyczaić się do niego i zacząć poruszać się w nim skutecznie.

Reklama

- Przypomnienie ludziom z metalowej sceny nazwy Hypnos trochę potrwa, wszędzie istnieją dziś bowiem miliony grup, a wiele z nich jest zbyt młoda, by pamiętać stare czasy Krabathora i Hypnos. Od chwili premiery albumu skupiamy się głównie na jego koncertowej promocji, zakończyliśmy niedawno dwie trasy po Czechach i Słowacji - pierwszą z Napalm Death, drugą z Vaderem, nie wspominając o pojedynczych sztukach. Mówiąc o tym albumie, zwykle nazywam go drugim debiutem Hypnos, zaczynamy od nowa, to dla nas początek nowej ery.

Ten album to doskonała mieszanka black / death metalu, z której Hypnos znany jest nie od dziś. Przy pierwszym podejściu brzmi to nieco oldskulowo, ale na dłuższą metę materiał ten nie brzmi przestarzale czy w stylu retro. Kluczem jest tu chyba balans pomiędzy byciem wiernym własnym korzeniom przy jednoczesnym zachowaniu świeżości brzmienia.

- I dokładnie tak miała brzmieć ta płyta! Do celu wciąż daleko, ale z pewnością jesteśmy na właściwej drodze. Chcemy rozwijać nasz styl, odkrywać nowe obszary i nie chować się w przeszłości. Sęk w tym, że mojego sposobu komponowania nie da się łatwo zmienić, stąd też i pewien posmak retro. Nasz nowy gitarzysta Igorr napisał trzy numery, a jego styl różni się od mojego, jest bardziej blackmetalowy. Być może stąd ta mieszanka. Liczę na to, że w przyszłości z pozycji oldskulowego death metalu przesuniemy się nieco w stronę muzyki z większym klimatem i bardziej wyrafinowanej.

Brak kompozycyjnej jednowymiarowości to spora zaleta tej płyty.

- Ten sam rezultat dostrzeżesz słuchając poprzednich albumów Hypnos, czy nawet starych płyt Krabathor. Tak właśnie tworzę albumy. Lubię mieć na nich utwory zróżnicowane pod względem tempa, klimatu, agresji, ataku. Podobają mi się wyraziste refreny czy partie, które słuchacz może zapamiętać. Jednowymiarowe kapele zaczynają i kończą albumy na tym samym poziomie, co grozi monotonią, której zawsze się obawiałem. Do studia wchodzimy dopiero wtedy, gdy cały pomysł i przesłanie są klarowne - album to dzieło skończone, muzyka jest sztuką, nie zaś zbiorem riffów. Nie mamy zamiaru zasypywać świata płytami, z którymi nie wiadomo co zrobić.

Poza takimi utworami jak szybki "Alliance Of Snakes / Reptilian Conception", dobra połowa płyty jest niemiłosiernie ciężka. Przypomina mi to trochę podejście do rzeczy prezentowane przez grupy w rodzaju Bolt Thrower, Benediction, Hypocrisy. Być może jest to najcięższa rzecz, jaką do tej pory nagraliście.

- Trudno powiedzieć, nie jestem tu obiektywny, ale lubię wspomniane przez ciebie zespoły. Jedno jest pewne: "Heretic Commando" to najlepiej nagrany i najlepiej brzmiący album w naszej historii, mimo że dwa poprzednie albumy wyprodukował nam uznany Harris Johns.

Przyznam, że wybór Borge Finstada, który zajął się "Heretic Commando", wydaje się dość zaskakujący, zwłaszcza w przypadku zespołów z naszego rejonu.

- Kryje się za tym ciekawa historia. Nie chcieliśmy nagrywać całego albumu z czeską ekipą, bo nadal słyszymy typowe mankamenty czeskich płyt, które często nie przystają do międzynarodowego poziomu. Jako że ograniczał nas budżet, zdecydowaliśmy się nagrywać w Czechach i znaleźć zagranicznego producenta do miksów i masteringu. Skontaktowałem się z kilkoma i wydawało się, że postawimy na Dan Swanö. Jego ostatnie dokonania, jak choćby albumy Asphyx czy Hail Of Bullets, brzmią super. Jednak z uwagi na fakt, że bardzo lubimy również black metal, zamierzaliśmy wprowadzić także ten element. Po jednej z prób nasz perkusista Pegas powiedział do mnie: "Kto u licha produkował 'Chimara' i 'Grand Declaration Of War' Mayhem? Te albumy brzmią wyjątkowo!". Wziąłem płytę i przeczytałem - Borge Finstad. Nigdy o nim nie słyszałem. Skontaktowałem się z nim i po kilku dniach zgodził się przyjechać do Czech.

Płyta ukazała się pod banderą niemieckiej Einheit Produktionen, co - biorąc pod uwagę pogańsko-folkową naturę tej firmy - wydaje się nieco osobliwe. Z Olafem nie miałem kontaktu od wieków, podejrzewam jednak, że wasza znajomość ze starych "morbidowych" czasów nie była tu bez znaczenia...

- Bez wątpienia. Z Olafem przyjaźnię się od niemal 20 lat i nadal zdumiewa mnie jego szczerze podziemne podejście do spraw i wysiłek jaki wkłada w to, co robi. Nie był zainteresowany wydaniem naszego powrotnego mini-albumu w 2010 roku, ale z "Heretic Commando" było już inaczej i cieszę się, że podpisałem kontrakt z Einheit Produktionen. Masz rację w tym, że czaiło się w tym pewne ryzyko, zwłaszcza dla niego, chodziło w końcu o mniej lub bardziej klasyczny death metal, ale mam nadzieję, że nie żałuje. Jesteśmy dopiero na początku drogi i czeka nas jeszcze wiele pracy.

Siedzisz w tym już blisko trzy dekady. Jak dziś pamiętam koncert Krabathora w Poznaniu pod koniec lat 90. - nora, w której graliście nazywała się Stary Browar. Czasy się zmieniają, dziś na tym miejscu stoi wypasiona galeria handlowa o tej samej nazwie. Czy twoim zdaniem scena zmieniał się równie mocno jak to wspomniane miejsce? Tęsknisz za czymś z dawnych dni?

- Czasy się zmieniają, ale na szczęście wielu ludzi nie. Kiedy przez cztery lata wypadłem z obiegu, prowadziłem zwyczajne życie bez kontaktu ze starymi kumplami. Gdy wróciliśmy i zaczęliśmy znów spotykać starych znajomych prawie zapomnieliśmy ich imion. Wyglądali starzej, ale w środku byli to ci sami ludzie. Pod koniec lat 80. i w latach 90. ludzie byli bardziej zaangażowani w muzykę i scenę; dziś mają tysiące innych i łatwiejszych uciech, niż zajrzenie na metalowy koncert. Cieszę się jednak, że dawny duch wciąż unosi się w powietrzu. Szczerze liczę na zagranie kilku koncertów w Polsce, bo po postu uwielbiam wasz kraj. Lubię Polaków, podoba mi się architektura, lubię pogadać po polsku (choć zapewne brzmi to strasznie). Cenię też waszą scenę z międzynarodowymi gwiazdami, jak Vader, Behemoth, Decapitated, Hate - nadal się od was uczę. Polska zajmuje ważne miejsce w moim sercu, mam tam wielu przyjaciół, z którymi chciałbym się spotkać.

Płyta ukazała się w 2012 roku. Może już czas zakasać rękawy i zabrać się za nową? Nastąpi to jeszcze w tym roku?

- W tym roku z pewnością nie. Jestem teraz niezmiernie zajęty spisywaniem historii swojego życia na potrzeby książki, której premiera ma się odbyć w sierpniu na festiwalu Brutal Assault. Okazał się, że jest z tym więcej roboty, niż mi się wydawało, ale czerpię z tego sporo przyjemności. To powrót do przeszłości, przypominanie sobie sytuacji, o których niemal zapomniałem. Zbieram stare zdjęcia, inne materiały. Mam więc nadzieję na wejście do studia jesienią następnego roku.

Dzięki za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy