Damian Westfal, Interia Muzyka: Deep Purple jest dziś w znakomitej formie!
Don Airey: - Tak, zespół ma się naprawdę świetnie. Mam wrażenie, że grupa znów ożyła. Ogromna w tym zasługa Simona McBride'a. Kiedy nagrywaliśmy nową płytę, Bob Ezrin bardzo mocno wszedł w pracę z zespołem, szczególnie z Simonem. Myślę, że Simon nigdy wcześniej nie spotkał kogoś takiego jak Bob i to bardzo na niego wpłynęło.
Gracie już tyle lat razem... Przypomnij proszę, ile lat jesteś już w tej branży?
- Pięćdziesiąt.
Piękny jubileusz! I wy w ogóle nie wyglądacie na zmęczonych!
- Niespecjalnie (śmiech).
Do której ery Deep Purple najbliżej nowemu albumowi? Bardziej do lat 70., "Smoke on the Water", czy może do późniejszych rzeczy, jak "Vincent Price"?
- Myślę, że najbliżej mu do "Who Do We Think We Are". To bardzo rockowa, konkretna płyta. Bez zbędnych ozdobników. Teksty są bardzo bezpośrednie i całość przypomina mi właśnie tamten album.
Ian Gillan powiedział ostatnio o najnowszym materiale: "To nie koniec, tylko transformacja". Jak to interpretujesz?
- Szczerze? Sam nie wiem (śmiech).
A masz chociaż jakąś własną interpretację okładki? Patrzę na ten surrealistyczny obraz i nawet widzę mężczyznę trochę podobnego do ciebie…
- Ja myślę, że bardziej przypomina Iana Gillana (śmiech). Naszym celem było po prostu stać się lepszym zespołem. Naprawdę ciężko pracowaliśmy. Przez kilka lat graliśmy już z Simonem koncerty, więc świetnie się z nami zgrał. Występy były coraz to lepsze, a kiedy weszliśmy do studia, byliśmy naprawdę nabuzowani energią.
W waszej muzyce ceni się to, że romansujecie z różnymi gatunkami - country, folkiem, elektroniką. W najnowszych utworach, jak "The Rider" czy "The Only Horse in Town" słyszę nawet irlandzkie wpływy…
- Zgadzam się z tobą, a to wszystko dlatego, że Simon jest Irlandczykiem. Pochodzi z Belfastu, niemal z tych samych stron co Gary Moore. To naturalnie wychodzi w jego grze.
I właśnie to jest piękne - że wciąż eksplorujecie nowe kierunki. Czy ciągle szukacie nowych możliwości, czy już dokładnie wiecie, dokąd zmierzacie, kiedy bierzecie się na nowy projekt?
- Na tej płycie chcieliśmy przede wszystkim zabrzmieć ciężej, z większą ilością riffów. Grać też przede wszystkim lepiej. Wielu ludziom wydaje się, że granie rocka jest łatwe, ale tak nie jest. Gram muzykę klasyczną, gram jazz, ale rock ma w sobie coś wyjątkowego, czego nie da się nauczyć ani opisać. To rodzi się z grania w zespole, z relacji między muzykami i z publicznością. Na tej płycie właśnie to słyszę - prawdziwy rockowy zespół. Oczywiście są tam też inne elementy: trochę irlandzkiego folku, trochę prog rocka. Na poprzednim wywiadzie któryś dziennikarz powiedział, że łączymy klasykę z rockiem, czy że właściwie ją rozszerzamy. Nie do końca się z tym zgadzam. Rock nie ma z tym wiele wspólnego, bo opiera się na backbeacie, którego w klasyce nie ma. Oczywiście można czasem użyć klasycznych elementów, ale rock jest czymś zupełnie osobnym.
Klasyczne wykształcenie, które posiadasz - pomaga czy utrudnia granie muzyki rockowej?
- Jeśli jesteś klawiszowcem - zdecydowanie pomaga. Technicznie to ogromna pomoc. Jednak uważam, że dla basistów, gitarzystów czy perkusistów działa to trochę inaczej.
W "Guilt Trippin'" z nowego albumu ma miejsce niesamowita klasyczna wstawka pod koniec. To twoje solo?
- Tak… choć szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, żebym to nagrywał (śmiech). Wiesz… nagrywaliśmy ten album już jakiś czas temu, a ja jestem stary (śmiech).
A skoro już o klasyce - lubisz Chopina?
- Oczywiście, uwielbiam Chopina.
Jesteśmy teraz w mieście Chopina. Pięć minut stąd znajduje się świątynia, w której przechowywane jest jego serce.
- Nie wiedziałem o tym! Byłem przy jego grobie w Paryżu, ale nie wiedziałem, że jego serce znajduje się w Polsce.
Patrzę na ciebie i zastanawiam się: jak można przez tyle lat zachować tę samą energię i radość z grania? Rozmawiając ze mną, uśmiechasz się od ucha do ucha.
- Mam żonę i trójkę dzieci. Potrzebuję pieniędzy! (śmiech) Ale poważnie - muzyka to całe moje życie. Kiedy rano się budzę, myślę o muzyce. Kiedy zasypiam - też. To coś, co po prostu robię. Tak łatwo jest brać muzykę, przyjmować ją i chłonąć, ale mimo wszystko trzeba traktować ją bardzo serio. Mój nauczyciel fortepianu, który był Polakiem, zawsze mówił mi: "To jest poważna sprawa. Każda nuta jest ważna". Miał rację. Gdy uświadamiasz sobie, jak trudna jest muzyka, rozumiesz, że nigdy nie docierasz do ostatecznego celu.
Co dziś najbardziej cię napędza?
- Granie w rockowym zespole. To najlepsze, co znam. Grałem z orkiestrami, grałem jazz, ale nic nie daje takiej energii jak dobry rockowy band. Chodzi po prostu o dobrą muzykę z dobrymi muzykami.
… najlepszymi muzykami. Jesteś szczęściarzem pod tym względem.
- Oj i to wielkim.
Czujesz aurę legendy?
- Nieszczególnie. Frank Zappa świetnie kiedyś powiedział, że życie muzyka to głównie myślenie: "O której wchodzimy?", "Gdzie jest hotel?", "Czy sprzęt już dojechał?". Koncert jest nagrodą. Najtrudniejsze jest podróżowanie od koncertu do koncertu. Sinatra mówił: "Śpiewam za darmo, płacą mi za podróże". I coś w tym jest. Wiesz, muzyka przychodzi mi naturalnie, ale podróżowanie już nie (śmiech).
Masz bardzo trzeźwe podejście do życia.
- Bo trzeba twardo stąpać po ziemi. Jeśli sodówka uderzy ci do głowy, wszystko się rozsypie. Dlatego właśnie wielu ludzi nie wytrzymuje długo w tym biznesie. Trzeba być punktualnym, sprzęt musi działać, trzeba być gotowym do kolejnej podróży. To brzmi prosto, ale wcale takie nie jest.
Jaką radę dałbyś młodym muzykom?
- Mój, wcześniej już wspomniany, nauczyciel zawsze powtarzał trzy rzeczy: "Ćwicz, ćwicz i jeszcze raz ćwicz". To jest prawda. Trzeba poświęcić temu tysiące godzin. Nigdy nie można być całkowicie zadowolonym z tego, co się robi. Zawsze trzeba pytać siebie: "Jak mogę zrobić to lepiej?". I pamiętać, że często mniej znaczy więcej. Muzyka to prawdziwa praca, a nie coś, co robi się od czasu do czasu.
Jesienią przyjeżdżacie do Polski. Dwa lata temu graliście w Katowicach, teraz wracacie ponownie. Z jakim programem?
- Tak, bardzo lubimy tu przyjeżdżać. Polska to naprawdę rockandrollowy kraj. Będziemy grać nowy album, ale będą też stare, dobre przeboje. Uwielbiam stare piosenki, ale fajnie jest zagrać nowy materiał.
Jak wspominasz Polskę?
- Kiedyś żartowaliśmy, że podróżowanie przez Polskę to ciężka robota, bo drogi były bardzo wyboiste. Dzisiaj wszystko tutaj rozwija się niesamowicie szybko. To ekscytujące miejsce. Przyleciałem tutaj samolotem linii British Airways i był on pełen ludzi lecących do Polski. To dziś naprawdę modne miejsce.
Nowy album nagrywaliście już razem w studiu, a nie zdalnie w domach, jak to miało miejsce przy "Turning to Crime ". Lepiej wam się nagrywało?
- I to jak. Nagrywaliśmy w studiu Keitha Urbana - jest tam ogromna sala, mogliśmy wszyscy grać razem i jednocześnie się widzieć. To najlepszy sposób nagrywania muzyki. Muzyka polega na wspólnym graniu ludzi. Branża trochę o tym zapomniała - dziś wszystko robi się osobno, przy pomocy komputerów i maszyn, a jednak muzyka jest najbardziej ludzką rzeczą na świecie.
W czasach AI to chyba szczególnie ważne…
- Dokładnie. Nie da się "obliczyć" muzyki. AI może stworzyć hit, ale to nie jest prawdziwa muzyka.
Dobrze, że pandemia przypomniała nam wszystkim, co jest naprawdę ważne.
- Przypomina mi się historia Beatlesów. John Lennon opowiadał, że kiedy grali w Hamburgu po osiem godzin dziennie, nauczyli się jednego: trzeba uszczęśliwić publiczność. Wtedy zespół i tłum stają się jednością. Ktoś kiedyś powiedział o Beatlesach, że na scenie nie wyglądali jak cztery osoby, tylko jak jeden organizm. Właśnie to jest sekret. Tego nie da się zaprogramować komputerem. Na to trzeba pracować.
To jest wasz drugi album, na którym gra Simon McBride, który zastąpił Steve'a Morse'a w 2022 roku. Życzę kolejnych, pięknych płyt w tym składzie.
- Skoro Bob Dylan nadal nagrywa, to my też możemy (śmiech).











