Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Pod koniec 2023 roku mieliśmy przyjemność rozmawiać na temat twojego debiutu "Mój kot zaginął i już raczej nie wróci". Zadeklarowałeś wtedy, że zawsze twoje teksty będą oparte na twoich własnych doświadczeniach. Teraz, po premierze drugiej odsłony "Chciałbym umrzeć z miłości", podtrzymujesz te słowa?
Dawid Tyszkowski: - Jak najbardziej. Staram się pielęgnować w sobie to, żeby moje piosenki wynikały z wewnętrznej, oddolnej potrzeby. Zależy mi, żeby pełniły funkcję czegoś dla mnie istotnego, a nie były robione z przymusu. To ma płynąć z emocji.
I tych emocji na pewno nie brakuje na obu częściach "Chciałbym umrzeć z miłości". Nie sądzisz, że ten tytuł brzmi naprawdę dramatycznie?
- Pewnie można tak na to patrzeć. Dla mnie ten tytuł jest przede wszystkim tragicznie piękny i romantyczny - i to mnie w nim urzekło. Zgadzam się jednak, że z boku może wydawać się nieco przesadzony. Próbowałem obronić to w piosenkach tak, aby nie popaść w tanią patetyczność, a raczej pociągnąć ten motyw w stronę tajemnicy, oniryczności i niejasności. Zależało mi na tym, żeby to "umieranie z miłości" nie było wielkie, straszne i pompatyczne. Miałem z tyłu głowy to ryzyko i próbowałem z nim walczyć, ale czy się udało - to już musi ocenić każdy słuchacz indywidualnie.
Nazwałbyś ten krążek swoim najbardziej dojrzałym albumem?
- Trudno powiedzieć. To chyba nie jest moja rola, żeby oceniać własną dojrzałość - nie mam na to zresztą bezpośredniego wpływu. Ja po prostu z każdą płytą staram się robić wszystko jak najlepiej i rozwijać się tak, żebym sam potrafił się tym cieszyć i ekscytować. Te rzeczy muszą być dla mnie rozwijające i spełniające ambicjonalnie. I po prostu próbuję to dowozić.
Na tym dwuczęściowym albumie przyglądasz się miłości z zupełnie różnych perspektyw. Druga część jest znacznie bardziej oniryczna i przesiąknięta lękiem. Jak zmieniło się twoje postrzeganie tego "umierania z miłości" między pierwszą a drugą odsłoną materiału?
- Na pewno pierwsza część jest bardziej przyziemna, podczas gdy druga mocniej wchodzi w strefę lęków i sennych wizji. Zależało mi, żeby teksty z drugiej partii były spowite mgłą, nieoczywiste i pełne tajemnicy. Nie chciałem tam budować wielkiej fabuły ani sztywnego ciągu przyczynowo-skutkowego między utworami. Szczerze mówiąc, chciałem uwolnić się od takiego tradycyjnego myślenia o pisaniu piosenek, gdzie historia musi mieć początek, rozwinięcie, zakończenie i zgrabną puentę. Z czasem poczułem, że takie ramy bardziej mnie blokują, niż pomagają. Na drugiej części płyty pozwoliłem sobie na większą swobodę - szukałem tego tytułowego umierania w miłości czysto przez emocje, za pomocą słów, które we mnie rezonowały, nawet jeśli nie tworzyły dosłownego sensu na przestrzeni jednego czy dwóch zdań. Najważniejszy był niezmiennie ładunek emocjonalny.
Ta różnica w podejściu do pisania utworów była głównym powodem, dla którego rozbiłeś ten materiał na dwie części?
- Chyba głównym powodem była chęć stworzenia czegoś z moim zespołem koncertowym, z którym na co dzień gram na żywo. Do tej pory chłopaki towarzyszyli mi głównie na scenie, a bardzo zależało mi na tym, żeby dostali przestrzeń i żebyśmy wspólnie skomponowali własny materiał. Kiedy wydawnictwo i management zaproponowali mi podzielenie tego na dwie części - co zabrzmi mało romantycznie, bo wyszło jako odgórna propozycja biznesowa - pomyślałem, że to idealna okazja. Mogłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: przetestować współpracę kompozytorską z moim stałym zespołem i przy okazji zrealizować to, o czym mówiłem wcześniej, czyli skręcić w zupełnie nową stronę pod względem tekstowym oraz artystycznym.
Mimo tego mało romantycznego początku, album ma niezwykłą spójność, którą świetnie budują chociażby skity odnoszące się do konkretnych dat i momentów. Skąd wziął się pomysł, by przemycić na płycie tak dokładną chronologię?
- Nieustannie szukam sposobów na to, by skupić uwagę słuchacza. Zależy mi na aktywnym odsłuchu, żeby odbiorca naprawdę był tu i teraz, śledząc to, co dzieje się na płycie. Wynika to też z tego, jak sam najchętniej słucham muzyki - uwielbiam wyłapywać techniczne detale, mniejsze smaczki czy powracające motywy na przestrzeni całego albumu. Taki cel miały właśnie skity. Myślałem o nich jak o zaproszeniu słuchacza do naszego studia - do tej intymnej przestrzeni, w której te piosenki w ogóle powstawały. Każdy skit to moment, w którym dany utwór narodził się podczas naszych improwizacji i wspólnego grania. Miałem poczucie, że te surowe, prawdziwe momenty są na tyle ciekawe, że budują poczucie wyjątkowości. Kiedy słuchacz słyszy w skicie zalążek riffu, a chwilę później ten sam motyw wraca w pełnym utworze, cała ta układanka zaczyna się naturalnie łączyć.
Skąd w tobie tyle siły i otwartości, by tak bez filtra śpiewać o trudnych momentach ze swojego życia? Dla wielu artystów to ogromna bariera, a u ciebie wygląda to tak, jakby przychodziło ci to z wielką łatwością…
- Chciałbym teraz zabrzmieć jak wielki, nieustraszony bohater, który ze wszystkim sobie radzi, ale tak po prostu tego nie odczuwam. Przelewanie trudnych emocji na papier i do muzyki jest dla mnie całkowicie naturalne - to mechanizm obronny, który działał u mnie od zawsze. Pisanie piosenek po prostu mnie uwalnia, a nie sprawia, że mierzę się z jakimś mentalnym problemem.
Można wskazać, że to poniekąd zalążki autoterapii?
- Wiele razy zdarzało mi się tak to określać, więc chyba coś w tym jest. Dzisiaj nie jestem jednak pewien, czy "autoterapia" to na pewno dobre słowo, bo te utwory często wcale nie działają terapeutycznie - bywa wręcz przeciwnie. To po prostu silna wewnętrzna potrzeba: kiedy pojawia się trudna emocja, muszę sobie z nią poradzić za pomocą muzyki. Tyle że "poradzenie sobie" wcale nie oznacza, że po przelaniu tego na papier nagle robi się lżej. Czasami robi się wręcz gorzej. Także momentami jest to autoterapia, a momentami coś zupełnie innego i o wiele trudniejszego.
Masz poczucie, że ten krążek to już taki artystyczny statement - zarówno dla ciebie, jak i dla słuchaczy - że w pełni odnalazłeś swój styl i brzmienie?
- Mam na ten temat bardzo mieszane myśli. Z jednej strony uwielbiam artystów zakorzenionych w konkretnych gatunkach, którzy z pełną świadomością i konsekwencją rozwijają swój styl na kolejnych płytach. Bardzo chciałbym do nich należeć i być w stu procentach pewnym swojego kierunku. Tyle że po latach pracy i wydaniu kilku albumów widzę, jak jest to dla mnie trudne. Ja po prostu nieustannie potrzebuję szukać czegoś nowego i zaskakującego. Kiedy kończę pracę nad płytą i wreszcie udaje nam się znaleźć z zespołem spójny styl, z którego jestem dumny, to w szerszej perspektywie staje się to dla mnie... nudne. Najbardziej inspirujące i świeże momenty przychodzą wtedy, gdy poruszam się w nieznanych mi dotąd rejonach. Kiedy już wiem, jak obsłużyć dany charakter brzmieniowy, szybko przestaje mnie to jarać i znowu szukam czegoś, co będzie dla mnie wyzwaniem.
Jesienią będzie szansa usłyszeć numery z tej drugiej EP-ki na żywo czy koncertowo skupiasz się w pełni na projekcie EWA KOC?
- Teraz znacznie więcej uwagi i skupienia poświęcamy projektowi EWA KOC. Nie jestem pewien, czy zagramy coś z tej drugiej EP-ki - może pojawią się pojedyncze występy, ale na pewno nie ruszymy w pełną trasę. Zdaję sobie z tego sprawę i mam pełną świadomość, że piszę muzykę, która nie poleci w radiu i nie wyprzeda od ręki wielkich hal. Bilety na taką niszową, intymną muzykę nie sprzedają się najłatwiej. Ale na koniec dnia o wiele ważniejsza jest dla mnie własna ambicja i artystyczna satysfakcja z tworzenia czegoś, co mnie samego autentycznie ciekawi. Wierzę, że kiedyś zagrania tego materiału na żywo też przyjdzie pora, ale to jeszcze nie tej jesieni.











