Davina Michelle: Naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać po Polsce [WYWIAD]
Kiedy P!nk mówi, że brzmi lepiej, niż ona sama, to coś musi znaczyć. Tak było, bo życie Daviny Michelle od czasu coveru "What About Us" całkowicie się zmieniło. Dziś to artystka kompleta: z zaraźliwą charyzmą sceniczną, wyczuciem przebojów i fenomenalnym głosem. Z redakcją Interii holenderska piosenkarka spotkała się przy okazji występu w pierwszym odcinku Live 16. edycji "The Voice of Poland".

Damian Westfal, Interia Muzyka: Cześć! Jak się masz?
Davina Michelle: - "Dzień dobry"! Mam się dobrze, czy to było poprawne po polsku? "Dzień dobry"?
Świetnie! To twój pierwszy raz w Polsce?
- To już mój drugi raz. Na początku 2025 roku też byłam w Warszawie na koncercie w ramach mojej trasy po Europie. Było mi tu tak dobrze, że musiałam wrócić.
Przed przyjazdem tutaj, miałaś jakieś oczekiwania czy wyobrażenia co do Polski?
- Naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać po Polsce. Kiedy tu przyjechałam, od razu zauważyłam, że wszyscy są tacy mili i przyjaźni. Przyjechałam do centrum Warszawy zagrać koncert i zobaczyłam nowoczesne, międzynarodowe miasto. Poczułam się jak w Nowym Jorku. Pomyślałam sobie o tych nowościach i tej technologii tutaj i zdecydowanie się tego nie spodziewałam. Naprawdę mi się podobało. I znowu - wszyscy byli bardzo mili.
A czy spróbowałaś naszych polskich pierogów?
- Chyba zjadłam jednego, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że jem właśnie pierogi. Jedliśmy z zespołem wspólną kolację, tuż przed występem. Zazwyczaj nie jem dużo przed wyjściem na scenę, bo wtedy chce mi się bekać (śmiech). Pomijam wtedy zazwyczaj kolację, ale jadłam chyba pierogi i spróbowałam dosłownie jeden kęs - nie pamiętam, jak smakowały, ale pewnie spróbuję ich, póki jestem w Polsce.
Byłaś zagranicznym gościem w odcinkach na żywo polskiej wersji "The Voice". Ty masz już doświadczenie w tego typu programach. Przypomnę holenderskiego "Idola" z 2016 roku. Pamiętasz siebie z tamtego okresu?
- Oj tak, tak!
Spodobała mi się twoja wersja piosenki "Nobody's Perfect" Jessie J.
- Naprawdę? Ty to pamiętasz?! Miałam wtedy jakieś 20 albo 19 lat. To było dawno temu (śmiech). Nie miałam jeszcze wtedy żadnego doświadczenia i wszystko było takie naiwne, jakbym jako młoda dziewczyna mówiła: "Och, chodźmy - stwórzmy muzykę". Wszystko było takie małe, a teraz mogę podróżować za granicę i prezentować swoją muzykę w programie "The Voice of Poland", poznawać nowych ludzi i nową branżę, poczuć jak wygląda to w Polsce. To zupełnie inne podejście, ale bardzo ekscytujące. Też bardzo wymagające. Próbuję jakoś opanować ten język. To fajne doświadczenie i jest zupełnie inaczej niż w 2016 roku.
Skoro byłaś w "Idolu", to czy masz jakieś rady dla uczestników "The Voice of Poland"?
- Po prostu kontynuuj to, co robisz, nawet jeśli nie wygrałeś konkursu albo nawet jeśli wygrałeś. Kontynuuj śpiewanie, kontynuuj tworzenie muzyki, bo kariera muzyczna nie rodzi się z dnia na dzień - zwłaszcza, że możesz mieć tylko kilka minut sławy. Naprawdę trzeba w tym wytrwać, ciężko pracować, rozwijać się. Przygoda w takim programie, jak "The Voice" czy "Idol", to świetny początek, dobry fundament, na którym możesz się opierać, ale nigdy nie bazować tylko i wyłącznie na tym.
A co ze stresem?
- (śmiech) Jestem numerem jeden, jeśli chodzi o stres. Możesz zapytać mojego zespołu. Uważam, że to po prostu jest związane z naszą pracą artystów. Taka duża ilość stresu pomaga się skupić. Nie wiem za bardzo, jak pomóc, ale myślę, że dziś każda kariera wiąże się ze stresem.
Czasami stres potrafi być pozytywny i motywacyjny.
- Zgadzam się. Tylko nie za dużo, bo można nabawić się zmarszczek (śmiech).
Porozmawiajmy o twoim występie w programie "The Voice of Poland". To był twój pierwszy raz na scenie z girlsbandem…
- Tak jest, w pełnym dziewczyńskim składzie. Było super. Dziewczyny są wszystkie Polkami. Chciałam zaśpiewać swoją piosenkę "What a Woman", która opowiada o celebrowaniu kobiecości. No więc pomyślałam sobie: "Okej, jeśli uda mi się wystąpić na tak niesamowitej scenie i szerzyć przesłanie, że jestem kobietą - chcę, żeby zespół na scenie składał się z kobiet i żebyśmy razem świętowały". Więc, no cóż, szukałyśmy artystek z Polski. Znalazłyśmy kilka niesamowitych instrumentalistek i wszystkie były bardzo chętne, żeby do mnie dołączyć na scenie i po prostu świetnie się bawić. Za kulisami programu było naprawdę świetnie, my na to w Holandii mówimy "ciepła kąpiel". Brzmi to teraz bardzo dziwnie po angielsku, ale to coś w rodzaju bezpiecznego miejsca.
"What a Woman", twój nowy singiel - to jak hymn, misja, przesłanie. Co chcesz przekazać tą piosenką?
- Myślę, że głównym powodem, dla którego chciałam napisać ten utwór, było celebrowanie kobiet i kobiecości, i po prostu skupienie się na kobietach. Nie chodzi o to, że próbuję poniżać mężczyzn. Śpiewam w niej też: "Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam mężczyzn. Kocham mężczyzn". Chciałam po prostu nadać dodatkowy wymiar celebracji bycia kobietą i wszystkim wyzwaniom, z którymi mierzymy się w życiu, i być z siebie dumną. Myślę, że chodzi też o wolność. Jako kobiety mamy wolność wyboru, czy chcemy robić karierę, zakładać rodzinę, robić jedno i drugie, czy nic. Mamy wolność wyboru i prawdopodobnie o tym właśnie jest ta piosenka, to po prostu dobre wibracje. Chciałam być pozytywna i mam nadzieję, że ludzie czuli, że kiedy stałam na scenie, to po prostu świętowaliśmy i dobrze się bawiliśmy.
Czy to początek nowej ery? Co nadchodzi?
- Tak, to początek nowej ery. Jestem bardzo podekscytowana. Pracuję nad albumem. Mój poprzedni album "Higher" ukazał się nieco ponad rok temu i od tamtej pory piszę nowy album, a "What a Woman" to pierwszy singel. Temat wciąż jest płynny, bo prace trwają, ale mam już sporo materiału i wiem, że będzie to po prostu celebracja wielu różnych tematów. Chciałabym być jak pokarm dla mózgu słuchacza. Oczywiście, będą piosenki, w których mówię "kocham Cię, potrzebuję Cię, kochanie", ale czasami po prostu czerpię inspirację z rzeczy, które mnie denerwują. Lubię tę równowagę między spokojnymi, łatwymi piosenkami, które nie są zbyt trudne, z kilkoma głębszymi utworami. Myślę, że to będzie dobry balans, ale ogólnie chcę zachować pozytywny nastrój i sprawić, by był to album celebrujący.
Jesteś zadowolona z momentu życia, w którym obecnie jesteś?
- Och, jestem bardzo szczęśliwa. Jestem szczęśliwa, jestem zdrowa, jestem otoczona wieloma wspaniałymi ludźmi i myślę, że jestem bardzo dumna z siebie i mojego zespołu - że możemy pojechać do Polski i być tutaj. To było marzenie od lat, już jako młodej dziewczyny z małego kraju, małej wioski. Z całym moim zespołem pracowaliśmy razem i wszyscy mieliśmy to marzenie, żeby przenieść moją muzykę poza granice Holandii. To, co teraz robimy, to spełnienie naszego marzenia.
Widziałam daty twojej trasy koncertowej, która rusza już na początku nowego roku, ale nie widziałam tam Polski. Musisz mi to wytłumaczyć.
- Właściwie pracujemy cały czas jeszcze nad planem trasy, więc te terminy nie są wyczerpane. Parę dat już mamy, ale uznaliśmy, że najpierw skupimy się na piosenkach, na wydaniu ich i potem zobaczymy, gdzie ludzie zechcą mnie posłuchać i gdzie faktycznie jest nasza publiczność. Nadal więc ustalamy daty, ale jeśli Polakom się spodobam, jeśli polubią "What a Woman" i jeśli będą chcieli, żebym przyjechała, to napiszcie do mnie i może dodamy koncerty do kalendarza. Oczywiście bardzo bym tego chciała. To dużo podróżowania, dużo inwestycji, więc musimy naprawdę się postarać, żeby to się udało, ale tak - bardzo bym chciała.
Wracasz jeszcze czasem wspomnieniami do momentu przełomowego - tak myślę - w twojej karierze? Mam na myśli cover piosenki Pink "What About Us".
- To było szalone! Tak, to zdecydowanie był punkt zwrotny. Nagrywałam covery na YouTube. Wrzucałam je na swój kanał co tydzień. Marzyłam o zostaniu artystką i pisaniu własnych piosenek, ale wtedy nie mieliśmy praktycznie nic. Żadna wytwórnia nie chciała ze mną wtedy współpracować, bo nie mieliśmy żadnej publiczności. Po prostu zaczynaliśmy. Założyliśmy więc kanał na YouTube i wrzucaliśmy covery. Chcieliśmy zbudować taką publiczność, żeby za każdym razem, gdy wydam własną muzykę, mieć bazę fanów albo publiczność czekającą na moje piosenki. I tak powstał cover utworu "What About Us". Opublikowaliśmy go i wtedy zadzwonili do nas z Glamour USA i powiedzieli: "Chcielibyśmy porozmawiać na Zoomie z Daviną o coverze 'What About Us'". Pomyślałam sobie: "Okej, damy radę". Nie wiedziałam, czego się spodziewać, więc kilka dni później połączyłam się z nimi przez Zooma i pokazano mi filmik, na którym Pink reaguje na mój cover jej utworu. Na początku pomyślałam sobie: "To nie Pink". Nie do końca rozumiałam, co się dzieje, a potem po kilku sekundach zauważyłam, że to rzeczywiście Pink i kompletnie straciłam panowanie nad sobą. To była Pink, która powiedziała mi, że docenia mój cover.
Skomentowała ciebie: "Ona brzmi lepiej, niż kiedykolwiek ja będę brzmieć".
- Była naprawdę miła. Było niesamowicie, a kiedy połączenie przez Zoom się skończyło, holenderskie media po prostu zrobiły nagranie, prasa oszalała na jego punkcie, a filmik stał się viralem w internecie. Zostałam zaproszona na swój pierwszy koncert. Nigdy wcześniej nie występowałam przed prawdziwą publicznością. Wszystko odbywało się online, a potem nagle zostałam zaproszona na duże koncerty w Holandii. Zaproszono mnie do dużych stacji telewizyjnych, a ja nadal nie miałam żadnego doświadczenia. To było bardzo przerażające i stresujące, ale też bardzo fajne i niesamowite. Poznałam wielu inspirujących ludzi i nadal wierzę, że to pozwoliło mi dojść do punktu, w którym jestem dzisiaj. To był naprawdę punkt zwrotny w mojej karierze. Wtedy wszystko się rozkręciło i wszystko, co teraz robimy, nadal zawdzięczamy Pink.
Czy kiedykolwiek brałaś pod uwagę rynek amerykański?
- W moich działaniach nie myślę o granicach. Muzyka nie ma barier, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy media społecznościowe nie mają granic. Po prostu wrzucam swoje piosenki do sieci i patrzę, co się stanie. Przynajmniej tak to wyglądało przez ostatnie kilka lat. Oczywiście jest publiczność w Ameryce, ale Ameryka jest ogromna i jest tam duża konkurencja, zwłaszcza jeśli śpiewasz po angielsku. Konkurencja jest szalona. Kiedy przyjeżdżasz do Los Angeles, masz odczucie, że wszyscy są tam piosenkarzami albo autorami tekstów. Z kolei Europa jest niedaleko i czujesz się tu, jak w domu. Choć znowu - nie myślę o granicach.
To teraz najwyższy czas obiecać, że jeśli dokończysz planowanie swojej trasy koncertowej, to znajdzie się tam Polska.
- Zgoda!









![Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)