Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Niemal dwa miesiące temu premierę miał twój trzeci studyjny krążek "Halo, co jest grane?". Udało już ci się znaleźć odpowiedź na to tytułowe pytanie?
Daria ze Śląska: - Myślę, że będę się nad tym zastanawiać jeszcze bardzo długo. Oczywiście są tematy, które udało mi się już przepracować i poukładać w głowie, ale wciąż trafiam na obszary, które kompletnie mnie zadziwiają - zwłaszcza w moich własnych zachowaniach i schematach, które co jakiś czas bezwiednie odtwarzam. Wszystko zależy od tego, co akurat przeżywam i co dzieje się w moim życiu osobistym.
Czyli dla ciebie ten tytuł ma znaczenie szersze niż tylko w kontekście twojej kariery muzycznej...
- Zdecydowanie wykracza daleko i idzie szerzej, prosto w życie. Ja generalnie opisuję po prostu sytuacje, które mi się przytrafiają. Nie odcinam grubą kreską mojego prywatnego życia jako Daria Ryczek-Zając od scenicznej postaci Darii ze Śląska. Choć muszę przyznać - i ktoś mnie niedawno o to zapytał - że Daria ze Śląska bywa ode mnie odważniejsza. Na scenie czy w tekstach potrafi mocno przywalić słowem, podczas gdy w codziennym życiu ja sama wciąż jeszcze tego tak dobrze nie potrafię. Może i tak radzę sobie z tym lepiej niż kiedyś, ale na tej płycie to moje "Halo, co jest grane?" wybrzmiewa dużo agresywniej. Komentuję tu zachowania, które mnie wkurzają i denerwują - nie tylko u siebie, ale też u innych ludzi. Kiedy czuję, że nie jestem w stanie już czegoś udźwignąć, po prostu się z tym na tej płycie rozliczam.
Zdarza ci się nadal nie dowierzać w to, jak potężnego tempa na przestrzeni ostatnich lat nabrała twoja kariera?
- Zdarza mi się, to prawda. Aczkolwiek wciąż mam wrażenie, że mogę żyć w jakiejś swojej bańce. Mam wokół siebie znajomych i ludzi, którzy powtarzają mi, że naprawdę świetnie mi idzie, ale ja sama zawsze jestem myślami o krok lub dwa do przodu, planując już kolejne rzeczy. Moim dużym deficytem jest to, że nie potrafię tak po prostu usiąść na tyłku, spojrzeć na to wszystko z boku i pocieszyć się tym, co już osiągnęłam. Ja po prostu odpoczywam w działaniu i chyba to jest mój sposób na funkcjonowanie.
Postrzegasz "Halo, co jest grane?" jako podsumowanie dotychczasowej twórczości, czy raczej naturalny wynik ewolucji i tego, co w ciągu ostatnich lat "grało ci w duszy"?
- Wydaje mi się, że to krążek, na który miałam jak do tej pory największy, najbardziej bezpośredni wpływ. Kosztował mnie sporo trudnych decyzji i wzięcia na siebie dużej odpowiedzialności, ale w zamian dał mi ogromne poczucie sprawczości, przyniósł mnóstwo wspaniałych relacji i czystej radości z tworzenia. Moja rola nie ograniczała się już tylko do warstwy muzycznej i lirycznej. Praca nad tą płytą rozrosła się o pisanie scenariuszy do klipów czy kreowanie tego, jak w ogóle myślę o projekcie Daria ze Śląska - od mojego wizerunku, przez ruch sceniczny, aż po scenografię na koncertach. Na tym albumie miałam realny wpływ na każdy możliwy etap i detal.
Pierwszy singel, "A może jeszcze się da", ukazał się prawie rok temu. Już wtedy miałaś w głowie dokładny plan na to, jak ostatecznie będzie wyglądał ten krążek?
- Mam mały problem z datami, ale doskonale pamiętam pewien moment. Wrócę pamięcią do gali rozdania Fryderyków - to musiało być ponad rok temu. To właśnie tam powstał szkic, który roboczo nazywam "rysuneczkiem fryderykowym". Nie chciałam w zasadzie robić muzyki, chciałam odpocząć, ale jak to ja, musiało być jakoś twórczo więc sobie rysowałam obrazki ilustrujące piosenki nad którymi wtedy pracowałam. Znaczna część utworów była już wtedy na horyzoncie. Sam koncept "Halo, co jest grane?" rodził się jednak stopniowo, po drodze ogromny wpływ miała na to m.in. piosenka "Miłość itd.", bo to w niej pada ten konkretny tekst. Niektóre numery były już wtedy na bardzo zaawansowanym etapie, inne miały zaledwie zarysy, przez co potwornie się o nie bałam. Ostatecznie jednak zawsze przychodzi taka aranżacja, która w pełni mnie satysfakcjonuje. W tym procesie trzeba po prostu wykazać się ogromną cierpliwością.
Jak ogólnie wspominasz ten - finalnie około dwuletni - proces twórczy?
- Momentami dość samotnie. Ta samotność wiązała się chociażby z trudnością bycia w pełni sobą i z nagłym poczuciem pełnej odpowiedzialności za własną kuwetę. Ale niesamowicie się cieszę, że to zrobiłam. Z drugiej strony ten czas wspominam też bardzo dobrze pod kątem relacji z ludźmi. Ogromny wpływ na tę płytę miał Błażej "Lessman" Sudnikowicz, z którym świetnie się zgraliśmy, bo mamy bardzo podobny gust muzyczny. Stopniowo też jakoś nabrałam odwagi - zarówno w studiu, jak i koncertowo. Na tej trasie gram na klawiszach, co kiedyś było dla mnie barierą w ogóle nie do przejścia. Panicznie się bałam, że coś się nagle wywali. Nadal czuję ten strach, ale już nie paraliżuje mnie tak mocno. Tak to w dużym skrócie wyglądało.
Oprócz Błażeja, nową postacią, z którą podjęłaś współpracę, był również Patrick The Pan. Od początku czułaś, że z tymi ludźmi bez problemu porozumiesz się muzycznie i to właśnie z nimi chcesz budować ten krążek?
- Działałam, jak to u mnie bywa od dawna, intuicyjnie. Wiedziałam, jak tworzy Patrick, i niesamowicie zatrzymało mnie to, w jaki sposób pisze teksty - choć, co zabawne, wcale nie odezwałam się do niego z prośbą o pisanie, bo swój materiał miałam już gotowy. Mam jednak taką zasadę, że jeśli słyszę, że ktoś jest po prostu mądrym, wrażliwym gościem, to chcę go poznać i sprawdzić, co z tego muzycznie wyniknie. Produkcja, którą robił dla innych artystów, bardzo mi odpowiadała. Odezwałam się, on ogromnie się ucieszył, bo też mnie kojarzył, więc zaczęłam regularnie jeździć na sesje do Krakowa.
Z kolei Błażeja poleciła mi Agata Trafalska, która czuwała nad moim debiutanckim albumem. Powiedziała mi, że jest taki gość, Błażej i żebym spróbowała coś z nim zrobić. No i spróbowałam - do dzisiaj jesteśmy bardzo blisko, trzymamy się razem i konsultujemy masę rzeczy. Ogromną nowością na tej płycie był też mój zespół, który po raz pierwszy brał udział w powstawaniu materiału jako całościowy organizm. Zamykaliśmy się w sali i po prostu "dżemowaliśmy." Część kompozycji przynosiłam sama, ale na przykład utwór "ABS" powstał z powietrza, tu i teraz na próbie, ze wspólnej inicjatywy. Chłopaki bardzo chcieli zaangażować się w proces twórczy i ostatecznie aż trzy piosenki na płycie zrobiliśmy wspólnie.
Miewałaś jakieś trudności w trakcie tworzenia tego materiału?
- Oczywiście, że tak, zawahania towarzyszą mi bardzo często. Natomiast w momencie, gdy piosenki były już na wykończeniu, poczułam ogromną satysfakcję - dotarło do mnie, że to wszystko idealnie się spaja, również wizerunkowo. Byłam z siebie dumna, bo mnóstwo wątków, które początkowo wydawały się nie do zrealizowania, ostatecznie udało się dopiąć. Miałam też spore dylematy dotyczące liczby piosenek i ich ułożenia na trackliście. Żyjemy w czasach, w których ludzie słuchają głównie singli i rzadko kogo interesuje cała historia opowiedziana na płycie. Mimo to bardzo chciałam, żeby ten album składał się z klasycznej części A i B - z części niebieskiej i czerwonej.
Przełożyło się to zresztą bezpośrednio na koncerty, gdzie operujemy wyłącznie tymi dwoma kolorami światła. Przy melancholijnych utworach świecimy na niebiesko i tak samo ułożony jest album. Część pierwsza to "Halo", a druga to "Co jest grane" - ta druga jest zdecydowanie bardziej agresywna, muzycznie o wiele bardziej kolorowa i dziwna. Poszłam w aranżacje tak odległe od tej dawnej, skrajnie melancholijnej Darii. Choć robienie innej muzyki nie jest dla mnie aż tak odległe, bo ja pierwotnie wywodzę się z elektroniki. Przez wiele lat grałam zimny trip-hop, często mocno intensywnie brzmiący. Więc więc teraz po prostu znów weszłam w inny świat, żeby zobaczyć, gdzie mnie poniesie - i to zrobiłam.
Była jakaś jedna, konkretna myśl - zwłaszcza w warstwie lirycznej - na której zależało ci najbardziej? Taki główny przekaz, z którym chciałabyś zostawić słuchacza po wybrzmieniu ostatniego numeru?
- Myślę, że ta najważniejsza myśl najmocniej odbiła się w piosence "Trudno jest być sobą". Przez lata, nie tylko w sferze muzycznej, ale po prostu w życiu, zmagałam się z różnymi zewnętrznymi komunikatami i opiniami na swój temat. Często je w sobie nadpisywałam i wyolbrzymiałam. Zastanawiałam się, co w tym wszystkim jest tak naprawdę moje, co jest obce i co w ogóle ma jakikolwiek związek z prawdą. Przez długi czas próbowałam dopasować się do otoczenia, przypodobać się innym, wbić się w jakiś absurdalny, matematyczny wzór, żeby tylko każdy był zadowolony. Ale nie da się żyć tak, żeby dogodzić wszystkim. Główna myśl tej płyty sprowadza się więc do tego, żeby to po prostu olać i spróbować odnaleźć swój własny, wewnętrzny głos. Jestem wręcz pewna, że podświadomie doskonale wiemy, kim jesteśmy i czego chcemy, tylko często brakuje nam odwagi, by stanąć we własnej obronie.
Jesienią czeka cię spore wyzwanie - odwiedzisz co najmniej dwadzieścia sześć miast w ramach swojej trasy koncertowej. Jakie uczucia towarzyszą ci na myśl o zaprezentowaniu tego nowego materiału na żywo i to przed twoją własną, klubową publicznością?
- Właśnie niedawno pisałam o tym w poście w social mediach, że zdecydowanie bardziej wolę moje własne, jesienno-wiosenne trasy klubowe. Na nich mamy w końcu stuprocentowy wpływ na to, jak wygląda cała oprawa i klimat wydarzenia. Na tym etapie towarzyszy mi jednak miks zdenerwowania i ekscytacji. To zupełnie nowy materiał i w głowie zawsze krążą pytania czy to ludziom w ogóle siądzie, czy polubią te numery i jak szybko ogramy się z nimi jako zespół. Z doświadczenia wiem, że najlepszy będzie ten drugi etap trasy, kiedy będziemy mieć już na liczniku kilkanaście zagranych wspólnie wykonów. Choć ja i tak staram się zawsze robić to na zakładkę - kiedy wypuszczam dany album, mam już w kolejce kolejne, świeże piosenki, które zaczynamy testować na żywo. Szczególnie ekscytuje mnie granie na żywo tej drugiej, mocniejszej części albumu. Lubię ten jej agresywny charakter, który pęcznieje na scenie. To daje mi potężny zastrzyk energii - świadomość, że mogę wygadać, wykrzyczeć i wyśpiewać publiczności dokładnie to, co chcę.
Myślisz już powoli o jakichś rozbudowanych, zupełnie nowych aranżacjach pod tę jesienną trasę, czy na razie stawiasz na dobre ogranie materiału w wersjach studyjnych?
- Uważam, że przynajmniej w pierwszym roku od premiery ludzie zasługują na to, by usłyszeć te piosenki na żywo w takich wersjach, jakie znają i pokochali z albumu. Oczywiście wersje koncertowe zawsze siłą rzeczy będą brzmiały nieco inaczej. Ta płyta pod względem produkcyjnym jest bardzo eklektyczna - ja byłam współproducentką każdej z tych piosenek, ale moi muzycy z zespołu już nie, więc na scenie zawsze pojawia się element ich własnej interpretacji. W przypadku starych utworów pozwalamy sobie na wydłużone, zmienione aranżacje, ale te nowe staramy się na razie grać w miarę "po bożemu".











