Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Festiwal FAMA to kultowe i legendarne miejsce na mapie Polski - dość wyjątkowa przestrzeń spotkań głównie debiutantów oraz poszukujących artystów, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w branży. Jak czujecie się, grając na tej scenie, z perspektywy zespołu, który ma już ogromne doświadczenie i ugruntowaną pozycję na rynku?
Daniel Moszczyński, Bibobit: - To piękne uczucie, kiedy ktoś widzi cię w takiej konwencji i zaprasza na ten festiwal. Od początku tworzenia wybraliśmy niekonwencjonalną ścieżkę. Nie było w tym żadnych kalkulacji - po prostu chcieliśmy tworzyć i grać rzeczy, których sami chętnie byśmy słuchali. Bez zbytniego analizowania wkroczyliśmy w świat dźwięków, które kochamy, a zaproszenie na FAMĘ jest chyba naturalną konsekwencją tamtych wyborów. To dla nas naprawdę ogromne wyróżnienie. Nie ukrywam, że przez lata podziwiałem wiele bandów grających w Świnoujściu i myślałem sobie: "kurczę, może kiedyś przyjdzie czas i na nas" (śmiech). No i ten moment właśnie nadszedł, co jest wspaniałe.
Czujesz, że ten charakterystyczny, nadmorski klimat FAMY pozwoli wam złapać głęboki, nomen omen, wdech (śmiech)?
- Wierzę, że tak. Jesteśmy zespołem, którego członkowie są rozsiani po całej Polsce, przez co stosunkowo rzadko mamy okazję po prostu razem pobyć. FAMA daje nam więc wyjątkową przestrzeń, by móc się spotkać ze sobą. Zjechaliśmy się na próby, żeby przygotować na ten koncert nowe utwory - w tym rozbudowane sekcje dęte - które w Świnoujściu wybrzmią po raz pierwszy. Przy okazji zjedliśmy wspólną kolację i po prostu spędziliśmy ze sobą czas. Prosto z prób pakujemy się w auta i jedziemy nad morze. Jutro po porannej próbie będziemy mieli kilkanaście godzin wolnego - czas na spacer nad morze i celebrowanie wspólnego życia zespołowego poza sceną i studiem nagraniowym.
Niebawem minie rok od premiery waszego trzeciego krążka "Wdech". Szykujecie z tej okazji jakieś świętowanie tego "pierwszego roczku"?
- Mamy pewną niespodziankę! W kontekście "Wdechu" nagraliśmy sporo materiału na świeżym powietrzu - chodzi o live sesje i wykonania w niekonwencjonalnych miejscach. Nie wszystkie trafiały do sieci, więc w rocznicę wydania krążka chcemy wyciągnąć z szuflady i przekazać słuchaczom coś ekstra. Jednocześnie mocno myślimy już o kolejnym albumie - jesteśmy mniej więcej w połowie drogi. Bębny i większość klawiszy są już nagrane, wokale w dużej części też, a Bartek Pietsch dopracowuje właśnie partie basowe. W okolicach października i listopada planujemy zająć się miksami, więc niewykluczone, że w przyszłym roku w eterze pojawi się nowy materiał od Bibobitu.
Z perspektywy minionego roku przyznasz, że "Wdech" to wasz najważniejszy dotychczasowy krążek? Nie pytam o to czy był najlepszy, bo to zawsze kwestia subiektywna, ale czy czujesz, że był kluczowy dla was samych?
- To z pewnością ważny krok naprzód. Patrzę na płyty jak na zamykanie pewnych etapów i "Wdech" był momentem postawienia wyraźnej kropki. Bardzo go lubię. Przesiedzieliśmy nad tym materiałem hektogodziny - ja sam spędziłem mnóstwo czasu nad tekstami, dbając o to, by każde słowo miało swoje miejsce. A jestem naprawdę dość krytyczny wobec własnej pracy i nie wypuszczam rzeczy, co do których mój wewnętrzny krytyk ma wątpliwości. Ten album jest mocno dopracowany także wizualnie - od okładki, przez teledyski, po live sesje. Oddaje drogę, jaką przebyliśmy, i pokazuje dojrzałość, do której doszliśmy. Cieszę się też, że wydaliśmy go na winylu, bo ma dla mnie dużą wartość sentymentalną.
Po zagraniu z tym materiałem tylu koncertów czujesz, że te numery nabrały poniekąd nowego życia?
- Tworząc muzykę w studiu czy przy komputerze, nigdy do końca nie wiemy, jak dany utwór sprawdzi się w zderzeniu z publicznością. Niektóre kompozycje zaskoczyły mnie niezwykle pozytywną reakcją. Są też utwory, które świetnie brzmią na płycie, ale na koncertach wymagają odpowiedniej przestrzeni. Przy krótkich, niecałogodzinnych występach festiwalowych trudno upchnąć wszystko. Na przykład utwór "Mój czas" bardzo lubię, ale gdy gramy "Pytania???", ciężko znaleźć dla niego miejsce w setliście ze względu na dynamikę koncertu. Podobnie jest z numerem "Lęk" - na dłuższych występach sprawdza się świetnie, ale przy festiwalowym strzale musimy mocniej selekcjonować materiał.
Spójrzmy teraz na waszą twórczość nieco szerzej. Album "Wdech" jest doskonałym dowodem na unikalne łączenie funku, jazzu, elektroniki i hip-hopu - to krążek niesamowicie trudny do zdefiniowania gatunkowego, co jest chyba jego najlepszą wizytówką (śmiech). Jak ta pełna niejednoznaczności muzyka sprawdza się na żywo?
- Wybacz brak skromności, ale wydaje mi się, że Bibobit w odsłonie koncertowej ma największą siłę oddziaływania - wnioskuję to z reakcji ludzi. Mnóstwo osób trafia na nas na festiwalach całkowicie przypadkowo, nie mając pojęcia o naszym istnieniu, a po koncercie podchodzą i mówią: "Słuchajcie, nie wiem, co wy w zasadzie gracie i trudno mi to sklasyfikować, ale to, jak to robicie, niesamowicie do mnie przemawia". Albo ktoś przyznaje, że nie przepada ani za jazzem, ani za hip-hopem, ale w takim wydaniu brzmi to dla niego fascynująco (śmiech).
Co wydaje się być dość typowymi reakcjami słuchając zespołów, które nie boją się improwizować na żywo…
- Wchodząc na scenę, dajemy sobie ogromną swobodę i pozwalamy na ryzyko, które nieodłącznie wiąże się właśnie z tą improwizacją. Lubimy czuć tę niepewność i czasem świadomie wpuszczamy się nawzajem w maliny. Słuchacz podskórnie czuje, że dzieje się coś niepowtarzalnego - że to nie jest odklepanie stałego szablonu: zwrotka, refren, bridge i podwójny refren. My po prostu otwieramy puszkę, z której wysypują się rzeczy, o których nikt wcześniej nie myślał. Nie boimy się skręcić w nieznane i mocno zabujać tą łódką, nawet jeśli miałaby się na chwilę wywrócić.
A jak to wygląda w studio nagraniowym przy komponowaniu nowych materiałów? Gdzie waszym zdaniem przebiega granica między odważnym mieszaniem gatunków a chaotycznym przesytem?
- Wierzę w prawdę przekazu i spontaniczność. Kiedy nagrywamy płyty, wiele rzeczy rodzi się w danej chwili. Ostatnio pracowałem nad klawiszami z Adamem Lemańczykiem, który nawet niespecjalnie chciał wcześniej wiedzieć, co dokładnie ma zagrać. Odpalaliśmy projekty, a on bardzo szybko łapał akordy albo od razu je zmieniał. Dajemy sobie nawzajem przyzwolenie na to, że nawet jeśli ktoś przynosi gotowy pomysł, to nie nakazujemy odgrywania go nuta w nutę. Kiedy każdy dodaje cząstkę siebie, swój gust i emocje, rodzą się najpiękniejsze rzeczy. Jeśli intuicja podpowiada nam, że coś drapie nas w środku w ten pozytywny sposób - zostawiamy to. To, czy słuchacze to zaaprobują, poniekąd nie jest już naszym zmartwieniem. My jesteśmy od tworzenia muzyki i cieszymy się, że tak wiele osób potrafi z nią tak dobrze rezonować.

Wspomniałeś na początku wywiadu, że wasz czwarty album jest już w drodze. Możemy więc spodziewać się jakichś nowości od was jeszcze w tym roku?
- Pierwsze karty odkryjemy tak naprawdę już na FAMIE. W planach mamy zaprezentowanie przynajmniej dwóch, a może nawet trzech premierowych utworów. Chyba że na próbach coś pójdzie nie tak i spanikujemy, w co jednak szczerze wątpię (śmiech). W okolicach października wybieramy się na live sesje, by dopracować i zarejestrować ten materiał. Nowościami zaczniemy dzielić się zapewne z początkiem nowego roku, bo - tak jak wspominałem wcześniej - jesienią chcemy jeszcze pokazać światu "Wdech" w nieco innych aranżacjach. Czujemy jednak ogromną potrzebę tworzenia nowego materiału i stąd pośpiech.
Obraliście na nadchodzącym krążku jakiś zaskakujący, nietypowy kierunek brzmieniowy, czy raczej skupiacie się na doskonaleniu dotychczasowego, charakterystycznego dla was stylu?
- To wciąż będzie klasyczny Bibobit. Nie chcemy oszukiwać słuchaczy, którzy idą z nami od wielu lat i czekają na to, z czego zasłynęliśmy. Dostrzegam jednak mocniejsze rozwinięcie wątków elektronicznych. Nasz klawiszowiec, Adam Lemańczyk, zainwestował w nowe instrumenty i kiedy przywiózł je na sesję, po prostu wszyscy zwariowaliśmy. Będzie więc ciut bardziej elektronicznie. Z kolei od strony akustycznej - na "Wdechu" w kilku utworach pojawia się flet poprzeczny - chcemy go teraz jeszcze bardziej wyeksponować. Zauważyliśmy, że genialnie sprawdza się w wersjach na żywo, wnosząc mnóstwo miękkości oraz zwiewności tam, gdzie pełna sekcja dęta bywa zbyt ciężka.
Muszę cię jeszcze spytać o numer "Wilk", który choć został wydany prawie 7 lat temu, nadal jest najczęściej wymieniamy w kontekście waszej twórczości. Spodziewaliście się na etapie tworzenia, że odniesie aż taki sukces?
- Na pewno jest to numer, który fenomenalnie sprawdza się na koncertach. Kiedy grasz nowy kawałek po raz pierwszy - lubię nazywać to w pewien sposób "rozdziewiczeniem" utworu - to chwila prawdy. Masz coś zapisanego w sesji w komputerze, siedzisz w studiu i ten dźwięk jakoś cię kręci, budzi emocje, drapie w środku. Ale dopóki nie zderzysz tego z publicznością, nigdy nie wiesz, co się wydarzy. "Wilk" ma w sobie niesamowitą moc - bardzo lubię go grać, często wybieramy go na bis. Jego siła oddziaływania tkwi prawdopodobnie w charakterystycznym śpiewie - prostym do powtórzenia nawet przez kogoś, kto w ogóle nie zna tekstu. Często docierają do mnie sygnały, że kiedy wygasają ostatnie dźwięki, ludzie wychodzą z koncertu z tym motywem na ustach. Może właśnie w tym prostym łączniku z publicznością kryje się klucz do jego sukcesu…
Nic dziwnego więc, że przy pracy nad "Wdechem" postanowiliście dać mu drugie życie, zapraszając do współpracy Kubę Badacha…
- Pierwotnie zaprosiliśmy Kubę Badacha do nagrania utworu "Siła słów". Wchodząc do studia, przygotowałem sobie jednak w sesji wersję demo "Wilka" jako plan B. Wiesz, nie każda współpraca od razu kończy się pełnym sukcesem i obie strony muszą czuć, że to jest dokładnie to. Kuba miał początkowo pewne obiekcje co do "Siły słów", zastanawiając się, czy wklei się w ten numer. Ja byłem spokojny, ale wolałem mieć asa w rękawie (śmiech). Kiedy wyszedł z reżyserki po nagraniu wokali do "Siły słów", wszyscy wiedzieliśmy, że wyszło genialnie, Wtedy realizator nagrań rzucił: "A ten drugi numer?". Powiedziałem, że przecież plan wykonany, na co Kuba wypalił: "Dawaj, kiedy znowu będziemy się widzieć w studio?". Puściłem mu "Wilka", a on natychmiast wszedł w ten kawałek. Dzięki temu utwór zyskał nowe, wyjątkowe wcielenie, co mnie szczególnie nie zaskoczyło, bo Kuba jest genialnym artystą i łapiemy super przelot - tak mi się wydaje (śmiech).
Na sam koniec jeszcze, wracając ponownie do Festiwalu FAMA i młodych, poszukujących artystów, z którymi niewątpliwie przetną się wasze ścieżki. Gdybyście mieli dać jedną radę początkującym muzykom, którzy wciąż eksperymentują ze swoim brzmieniem - czego powinni unikać za wszelką cenę?
- Podchodzę do bycia artystą jak do pewnego rodzaju misji. Jeśli czujesz ją wewnątrz, musisz pogodzić się z faktem, że nie zawsze będzie kolorowo i że twoje wielkie marzenia mogą się nigdy nie spełnić. Najważniejsze to zbudować w sobie niezłomne przekonanie: czego tak naprawdę chcę, dokąd zmierzam, po co wychodzę na scenę i co mam do przekazania ludziom, Jeśli czujesz, że to twoje powołanie i będziesz to robić niezależnie od tego, czy jest dobrze, czy źle - poradzisz sobie. Nikt nie powinien ci mówić, jak masz grać czy pisać. Robisz to tak, jak podpowiada ci serce, bo na koniec dnia to ty wchodzisz na scenę, reprezentujesz siebie oraz swój zespół i to ty musisz obronić własne teksty i muzykę. To jest najważniejsze - bez poczucia tej misji po prostu się nie uda.










