Damian Sikorski: Chcę opowiedzieć własną historię [WYWIAD]
Damian Sikorski prezentuje światu swój drugi krążek "Tysiące Chwil", poruszający się brzmieniowo między lekkimi, letnimi klimatami a bardziej energetycznymi momentami, zachowując charakterystyczną z debiutanckiej "Wiosny" uważność na emocje i detale. Z kompozytorem, multiinstrumentalistą i dziennikarzem muzycznym w jednym rozmawiamy chwilę przed pierwszym przystankiem na trasie promującej projekt.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Co u ciebie słychać? Przygotowania do trasy trwają?
Damian Sikorski: - Przygotowania do trasy trwają i powiem ci, że mieliśmy ostatnio bardzo intensywny weekend. Graliśmy praktycznie non stop i naprawdę dobrze przygotowaliśmy materiał na trasę "Tysiące Chwil". Mam świetny zespół, fantastycznych muzyków, a piosenki - zarówno z pierwszego, jak i drugiego albumu - dostały nowe życie. Choć wiosenna trasa po debiutanckiej płycie też była świetna i grało się nam znakomicie, to jednak teraz stanęliśmy przed wyzwaniem wyboru repertuaru. Nie da się zagrać wszystkiego, więc decyzje nie były łatwe. Pewne było jedno - wszystkie dziesięć utworów z "Tysiące Chwil" pojawi się na koncertach. Trudniej było zdecydować, które utwory z "Wiosny" zostawić poza setlistą. Ostatecznie udało się stworzyć bardzo dobrze skonstruowany koncert. Startujemy 12 kwietnia w Pszczynie, a dwa dni później gramy w Warszawie.
Zapowiadanych jest póki co pięć koncertów. Będzie więcej miast?
- Wkrótce ogłosimy kolejne daty - pojawi się m.in. drugi warszawski koncert-niespodzianka, a wraz z tym kilku specjalnych gości. Niech to będzie ode mnie taki spóźniony zając wielkanocny (śmiech). Mamy więcej potwierdzonych lokalizacji, ale część dat jest jeszcze w trakcie ustalania. Dojdą m.in. Wrocław, Kraków, Lublin, Kielce, Szczecin czy Gdańsk. Przyznam ci się, że logistycznie to jest bardzo wymagające - pracuję z sześcioosobowym składem muzyków, którzy mają też swoje projekty. Spięcie tego kalendarzowo to naprawdę duże wyzwanie. Dobrze, że nie mam włosów, bo bym na pewno je stracił (śmiech).
Zaczynasz trasę w Pszczynie, tam też nagrywałeś część materiału na płytę - to dla ciebie wyjątkowe miejsce?
- To trochę przypadek, ale bardzo się cieszę, że właśnie tam zaczynamy. Album "Tysiące Chwil" ma swój podtytuł: "Warszawa-Pszczyna". Spędziłem na tej trasie mnóstwo czasu. Płyta powstawała w tych dwóch miastach - w Warszawie nagrywaliśmy z Penelov wokale w moim studiu domowym, a w Pszczynie, w studiu współproducenta Szymona Pałyza, powstała większość materiału. Zostawiłem tam mnóstwo emocji, więc rozpoczęcie trasy właśnie w Pszczynie ma dla mnie szczególne znaczenie, a zaraz dwa dni później właśnie w Warszawie.
Ostatni rok to praca nad materiałem, ale też przy okazji praca nad sobą. Co wynosisz z tej drogi?
- Zaczęło się od pisania w metrze, bo tak codziennie dojeżdżam do pracy. Właśnie wtedy powstała "Podziemna Odyseja". Obserwuję ludzi, ich emocje, historie zapisane na twarzach. To była pierwsza piosenka na ten album i od niej zaczęła się cała podróż. Później przyszły kolejne utwory - niektóre wręcz przyśnione, jak "Romans". Po prostu zacząłem opisywać swoją codzienność, chwile z życia. Może rzeczywiście było ich tysiące - i właśnie dlatego znalazły się na tej płycie o takim tytule.
Jest też "Pastelowa", opowiadająca o podróży na Sycylię…
- Tak, to zarówno Sycylia, jak i wspomnienia z Mrzeżyna, koło Kołobrzegu, gdzie co roku spędzamy czas z rodziną i przyjaciółmi. To właśnie w Mrzeżynie jest przeuroczy pensjonat, który nazywa się "Pastelowy". Obserwowałem, jak nasze dzieci dorastają - od pierwszych kroków na pierwszym wyjeździe po pełną energii zabawę w zeszłym roku. To ważne dla mnie i bardzo osobiste historie. Zapraszam słuchacza do swojego świata. Jako solowy artysta opowiadam o swoim życiu - nie chcę tworzyć fikcji, tylko dzielić się tym, co naprawdę przeżywam.
A jednak wokale oddałeś Penelov. Dlaczego nie śpiewasz swoich utworów, mimo że w swojej pracy na co dzień pracujesz głosem?
- Bo są lepsi ode mnie (śmiech). Na pierwszej płycie w "Nie smuć się niebo" jest mój głos w tle, podobnie jak przy drugiej płycie w "W Powietrzu". Generalnie jestem kiepskim wokalistą. Skupiłem się na komponowaniu i produkcji. Zaprosiłem świetnych wokalistów, którym w pełni ufam.
Znacie się od dawna z Penelov? Jak to się zaczęło?
- Wyobraź sobie, że debiutowała u mnie na audycji. Urzekła mnie jej piosenka i te, które później wydała. Zadzwoniłem do niej, gdy pisałem album "Wiosna". Zaśpiewała demo i zrobiła to fantastycznie.
Zauważyłem, że motywem przewodnim są kwiaty - skąd się wzięły? Jesteś florystą albo roślinomaniakiem?
- Kwiaty są dla mnie symbolem piękna i natury. Nie jestem znawcą botaniki, ale uważam, że natura to najpiękniejsza dekoracja świata. Penelov trafnie to nazwała: ta płyta jest jak róża - delikatna, ale z kolcami. Coś w tym jest, bo te piosenki są jak kwiaty - delikatne, ale mają swój charakter. Kwiaty idealnie tutaj pasują, bo dodały pastelowego koloru, zapachu… i o to w tym chodzi. Jestem taką osobą, która ma bardzo dużo skojarzeń. Gdybyś mnie zapytał, jak pamiętam swój pierwszy odsłuch albumu "The Dark Side of the Moon" zespołu Pink Floyd, to ci powiem wszystko: jaki był wtedy stolik w domu, jaka była serwetka pod magnetofonem, jakie wisiały firanki, jaki był zapach pomieszczenia… Bazuję na różnych zmysłach i chciałem, aby tak też było przy moim albumie.
W swojej pracy dziennikarskiej dużą uwagę poświęcasz debiutantom. Z jakimi zachowaniami ty się spotkałeś?
- Jest wielu dziennikarzy, którzy przeprowadzili po prostu rozmowę, ale są też tacy, którzy wykazują się większą uważnością. Na pewno cenni są dla mnie rozmówcy, którzy chcą mnie poznać jako człowieka. Takie rozmowy zostają na długo - bo są autentyczne.
Zawsze wiedziałeś, że będziesz muzykiem?
- Tak. Gram od dziewiątego roku życia. Muzyka była zawsze ze mną. Próbowałem różnych rzeczy - studiowałem kierunki pedagogiczne, pracowałem nawet jako szef kuchni w przedszkolu - ale muzyka zawsze była fundamentem. Wiele koncertowałem w kraju i za granicą z takimi zespołami jak Menski, Nocny stróż, Quidam. Musiałem się uczyć w busach i samolotach, żeby skończyć szkołę, bo taką mieliśmy z mamą umowę. Potem pojawiło się radio, które było dla mnie zawsze fascynującym miejscem. Jestem więc w gronie szczęśliwców, że całe życie pracuję z muzyką.
To dlaczego właśnie niedawno zdecydowałeś się na projekt solowy?
- To naturalny etap. Po latach grania dla innych poczułem, że chcę opowiedzieć własną historię. Komponowałem od zawsze, ale dopiero teraz wyszedłem na pierwszy plan. Teraz to ja wyznaczam kierunek, jak to wszystko ma brzmieć - przy obu moich płytach zagrałem na wszystkich instrumentach: na klawiszach, na gitarze elektrycznej, akustycznej, przede wszystkim basowej. Dużą zmianą w moim życiu było pojawienie się mojego syna Antka. Nagle zaczął się nowy rozdział mojego życia i pomyślałem, że może to jest ten moment, aby napisać solowy album, nie zakładając, że będą kolejne…
Masz już plany na kolejne projekty?
- Mam marzenie - nagrać album z orkiestrą. To ogromne przedsięwzięcie, ale wierzę, że kiedyś się uda.
Śpiewasz, że "równowaga to moje wszystko". Jak ją odnajdziesz w życiu?
- Priorytetem dla mnie jest rodzina, która dodaje mi bardzo dużo sił. Równowagę odnajduję właśnie, gdy jestem na swoim gruncie, w swoim domu, gdy mam bliskich wokół siebie. To dla mnie najważniejsze. Chcę być przede wszystkim dobrym ojcem - reszta to dodatki.
Album kończysz utworem "Dziękuję" i tak też chciałbym zakończyć ten wywiad. Skoro mowa już o wdzięczności, to jesteś dziś człowiekiem spełnionym?
- Oj, jest za co dziękować. Jestem spełnionym muzykiem, dziennikarzem i ojcem. Mam wspaniałą rodzinę, syna, który pewnie też wyrośnie na artystę. Jestem dumny z najnowszej płyty i wierzę w nią. Quincy Jones mawiał, że to artysta musi być najpierw zadowolony, a potem publiczność ci uwierzy.









