Reklama

Reklama

"Człowiek w kominiarce"

Marlon Kozaky, czyli naprawdę Marcin Piórecki, to dosyć tajemnicza postać na polskiej scenie muzycznej. Pochodzący z Wrocławia wokalista dał się poznać jako notoryczny uczestnik programu "Idol". W dwóch pierwszych edycjach dotarł do półfinału, a Polska zapamiętała go jako człowieka strzelającego do Kuby Wojewódzkiego z pistoletu i jako faceta w kominiarce. Kozaky wywołał także jeden z największych skandali w "Idolu", ściągając podczas transmitowanego na żywo programu spodnie i pokazując zaskoczonym jurorom pośladki. O tych właśnie wydarzeniach, a także o swych innych życiowych perypetiach, między innymi graniu na ulicy z Gabrielem Fleszarem i nagrywaniu piosenek na dwóch metrach kwadratowych, Marlon opowiedział w rozmowie z Arturem Wróblewskim.

Opowiedz najpierw o początkach twojej przygody z muzyką.

Wszystko zaczęło się w 1992 roku. Najpierw było ostre granie, death metal i grupa Sickness. Byłem tam gitarzystą i śpiewałem growlingiem (śmiech). Później prawdziwy przełom nastąpił w 1997 roku podczas powodzi, kiedy zostałem zmuszony do zarabiania na siebie. Firmę, w której pracowałem, zalało i musiałem wyjechać nad morze.

Tam zarabiałem grając na ulicach. I tak właśnie zaczęła się moja przygoda z ulicą. Z karteczką, że jestem powodzianinem, zacząłem grać jakieś piosenki. Z racji tego, że wtedy nie znałem jeszcze klasycznych akordów, wymyśliłem własny strój gitary i swoje chwyty. W ten sposób utrzymałem się przez półtora miesiąca.

Reklama

Później wróciłem do Wrocławia. Wtedy moja dziewczyna rzuciła mnie dla Afroamerykanina. Przeszedłem wtedy załamanie psychiczne i musiałem czymś zająć sobie głowę. Zacząłem znowu grać na ulicy, tym razem z Gabrielem Fleszarem. Dołączyłem do jego zespołu, stanowiliśmy taki team. To się później rozpadło, raz graliśmy razem, raz osobno.

Wracając jeszcze do tej dziewczyny, to chciałem jej sprawić niespodziankę. Ona zresztą nie była już z tym Afroamerykaninem, tylko z jakimś Arabem. Postanowiłem w studiu nagrać dla niej piosenkę, która miała pojawić się na święta Bożego Narodzenia. Nagrałem ten numer tydzień przed wigilią. Byłem w takim stanie, że nie zdawałem sobie sprawy, że idą święta. Straciłem poczucie czasu. Lechu Janerka postanowił zrobić mastering utworu i strasznie się poświęcił. Ja przyszedłem do niego do domu w wigilię, nie mając kompletnie świadomości, co to za dzień. Jego żona przyrządzała potrawy, piekła ciasto, a ja się zapytałem, czy jest jakaś impreza (śmiech).

Dopiero Lech mi wytłumaczył wszystko. Zaniosłem numer do radia i pojawił się na antenie w święta. Wtedy zacząłem poważniej myśleć o graniu muzyki.

A jak zaczęła się twoja współpraca z grupą Cul De Sac?

W 2000 roku na ulicy spotkałem faceta, który zaproponował mi granie w zespole grającym covery. Grupa nazywała się właśnie Cul De Sac. Wtedy zaczęła się na poważnie moja przygoda ze sceną. Przez dwa lata graliśmy wspólnie, ale - niestety - z powodu mojego braku poczucia czasu, to się skończyło. Pojechałem na wakacje i wyłączyłem telefon, gdyż w zespole nic wtedy się nie działo. I chłopaki postanowili się mnie pozbyć. Przez długi okres czasu nie działo się nic.

Ponownie postanowiłem nagrać piosenkę dla tej dziewczyny i jej chłopca Afroamerykanina. Kolega doradził mi, bym poszedł do studia, które kosztowało 30 złotych za godzinę. Powstał pastisz powiedzmy Norbiego, który postanowiłem ofiarować jej na urodziny. Poza tym dostała w prezencie whisky "Black And White" (śmiech). Wtedy zacząłem współpracę z Magierą.

Nagrywaliśmy w jego studiu, które znajdowało się w pokoju. Podzielił go na pół, mieszkał ze swoją dziewczyną dosłownie na niecałych dwóch metrach kwadratowych (śmiech). Zarejestrowaliśmy kilka numerów i wtedy zadzwonił do mnie Agim Dżilelji, którego znałem z Cul De Sac. Zapomnieliśmy o dawnych nieporozumieniach i zrobiliśmy coś nowego. Oni w ogóle nie mieli szczęścia do wokalistów. Mój następca ich zostawił i pojechał do Hiszpanii (śmiech).

Tak powstał taki klubowy projekt Funkin Motel, w którym podczas setów śpiewałem po angielsku. Z Agimem zaczęliśmy robić różne produkcje, a ja, by zarobić na chleb, robiłem show w Guinessie. Gram na gitarze z automatem perkusyjnym. Tak było do czasu pokazania d*py w "Idolu".

Opowiedz coś więcej o tym przesławnym incydencie.

W pierwszej edycji "Idola" zaśpiewałem piosenkę "Adam Małysz" w wersji sentymentalnej, na fortepianie. Doszedłem wtedy do półfinału, ale zostałem strasznie skrytykowany przez Jacka Cygana. W kolejnej edycji programu postanowiłem pójść jako ktoś anonimowy i nowy. Stworzyłem postać człowieka w kominiarce, który do tego nie mówił po polsku. Moim językiem był angielski, ale to nie był prawdziwy angielski. Musieli wynająć tłumacza, myśleli, że to jest jakiś dialekt. Na castingi przyjeżdżałem skodą 105 i oni chcieli namierzyć mnie bez kominiarki. Ale im się to nie udało, ponieważ w samochodzie również miałem zasłoniętą twarz.

Na sam casting wszedłem z pistoletem straszakiem. Chciałem zrobić show. Kuba Wojewódzki zaczął mnie negatywnie oceniać i wtedy postanowiłem do niego wystrzelić. Oczywiście ochroniarze byli poinformowani o moim pomyśle i nie robili żadnych przeszkód. Nie obezwładnili mnie prądem czy gazem (śmiech).

W półfinale dostałem warunek - albo ściągam kominiarkę i zostaję, albo zostaje w kominiarce i wylatuję z "Idola". Ostatecznie ściągnąłem kominiarki i wszystkich zaskoczyłem.

Wracając do piosenki "Adam Małysz", to podczas głosowania zablokowałem linie telefoniczne, co nie zdarzyło się Ewelinie Flincie, która wygrała. Ja ostatecznie zająłem trzecie miejsce w półfinale i wciąż miałem szanse na awans. Ale w międzyczasie ukazała się płyta Ali Janosz [laureatka pierwszej edycji "Idola" - przyp. red.]. Myślałem, że to będzie fajna produkcja, niezłe piosenki - tak przynajmniej twierdził Wojewódzki i cała komisja. Oni strasznie krytykowali innych polskich wykonawców twierdząc, że ci z "Idola" będą lepsi. A teraz ich Kuba zaprasza do swojego programu, ale to już inna historia (śmiech).

Usłyszałem płytę Janosz na Dworcu Centralnym w Warszawie i pomyślałem, że to straszne gó**o. Jak mogli tak skrzywdzić tę dziewczynę?! Miałem całkowicie inne zdanie o tym programie. Wszystko we mnie narosło i eksplodowałem w programie transmitowanym na żywo. Powiedziałem, że w Polsce są ludzie, którzy potrafią robić fajną muzykę, a nie takie gó**o, które lansują w "Idolu". I pokazałem im twarz polskiego undergroundu, ściągając spodnie i pokazując d*pę (śmiech).

Straszna afera się zrobiła. Polsat zakazał podawania prasie mojego numeru telefonu, zostałem po prostu banitą, zakazaną twarzą. Przestraszyli się, że zniszczyłem im wizerunek stacji. Na początku stawiali na disco polo i te wszystkie programy, które puszczały muzykę do prasowania. Później "Idol" miał zmienić ich wizerunek. A tu koleś pokazuje im d*ę!

Od tego momentu nie miałem wstępu do programu. A bardzo chciałem przeprosić panią Elżbietę Zapendowską, bo mam do niej ogromny szacunek. Chciałem jej podarować kwiatka w doniczce.

Czy udało ci się ją ostatecznie przeprosić?

Niestety nie. Byłem na castingu w Katowicach, przeszedłem przez pierwsze sito, którego nie robi komisja. Przyszedł do mnie producent programu i powiedział, że jurorzy nie zgadzają się, bym przed nimi wystąpił. A myślę, że to nie jest prawda. Wszystko zależało od Polsatu. Dlatego dałem pewnej dziewczynie kwiatek, a ona przekazała go Zapendowskiej. Ale nie pokazali tego w telewizji.

Wszystko było z góry kierowane. Do czwartej edycji "Idola" już nie miałem żadnego wstępu.

A jak wyglądało twoje "pozaidolowe" życie artystyczne?

Po ostatnim udziale w programie na poważnie zabrałem się za robienie muzyki. Zacząłem bardziej nad sobą pracować i naciskać na innych ludzi. Zacząłem nagrywać w studiu i bliżej współpracować z Grupą 13, która robi wideoklipy.

To oni zrobili ci teledysk do "Bo życie jest piękne"?

Tak, w 2003 roku. A sam kawałek został napisany po bardzo ponurej zimie. Spotykałem się ze strasznie głupią kobietą i uzależniłem się od seksu z nią. Na przykład oglądałem stare polskie filmy z lat 60., które uwielbiam. A ona mi na to, żebym zmienił program na kolorowy, bo jej się nudzi na czarno-białym filmie. Byłem tym załamany, a mnie, niestety, nie chciało się poznawać innych kobiet.

I nagle zima się skończyła, wyszło słońce. Kobiety ściągnęły kurtki i założyły krótkie spódniczki. Stwierdziłem, że świat jest piękny i że mam alternatywę. Przeszedłem się ulicą i napisałem tekst piosenki na kartce, na kolanie. Później zadzwoniłem do Darka Szarmanowicza, który z Grupą 13 nakręcił mi za darmo teledysk. Chciałem się jakoś odwdzięczyć i kupić mu flaszkę, ale okazało się, że nie pije wódki. Dlatego dałem mu zgrzewkę Pepsi. A kolesie zrobili fajną robotę.

Czy teledysk pomógł ci jakoś w promocji?

Zacząłem go wysyłać do różnych ludzi, do różnych stacji telewizyjnych. Pokazali go w kilku stacjach regionalnych. Później również puszczali "Małysza". A to jest też piosenka z 2003, przynajmniej jej wersja ostateczna. Wtedy też powstał teledysk.

W ogóle 2003 rok był dla mnie przełomowy. Zacząłem też wtedy pisać piosenki na konkursy reklamowe i wygrałem kilka rzeczy. To był dla mnie najlepszy okres.

Niestety, musiałem się wziąć za siebie, bo zaczęło mi brakować pieniędzy. Zająłem się organizowaniem imprez karaoke. Pisałem też piosenki, mam ich już chyba z 450 (śmiech). Marzyłem sobie, by nagrać płytę i postanowiłem pomóc moim marzeniom. Zrobiłem tournee z gitarą akustyczną po ogródkach przy pubach w Polsce i zbierałem fundusze na nagranie płyty. Udało mi się i zarejestrowałem sześć piosenek.

Wypaliłem je na komputerze i sprzedawałem je na ulicy. W tym samym czasie w konkursie reklamowym wygrałem samochód.

I przeznaczyłeś fundusze z nagrody na nagranie płyty?

Niestety nie, w ogóle zapomniałem o tym, na co wcześniej zbierałem kasę. Przeżyłem mały szok, bo zarobiłem sporo kasy. Trochę pomogłem rodzicom, wyremontowałem sobie mieszkanie, pokupowałem różne pierdoły, starego mercedesa. I gdy chciałem nagrać płytę, okazało się, że już nie mam na to pieniędzy.

Ale bardzo dużo mnie to nauczyło, wcześniej nigdy nie miałem takiej dużej sumy. Wydaje mi się, że dlatego właśnie tak się zachowałem.

Na szczęście udało mi się wcześniej nagrać tych parę piosenek. Dla Agima Dżelijlij nagrywałem też okazyjnie numery. I tak powstał materiał, który wysłałem do INTERIA.PL.

Skąd wziął się twój pseudonim?

To jest dziwna historia. Kiedyś współpracowałem z takim basistą z Wrocławia, Lopezem. Wtedy graliśmy death metal i nawet grind core. I on wymyślił sobie, że chciałby założyć zespół Doktor Kozaky. A mnie ktoś powiedział, że w czapce wyglądam jak Marlon Brando. I ja dołożyłem do tego Kozaky. Tak powstał mój pseudonim.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje