Reklama

Reklama

"Coś jak dobry seks"

Rozmowy z Danem Swanö wymagają dobrze naładowanego dyktafonu. Nie po raz pierwszy przekonał się o tym Bartosz Donarski. Zdolny przegadać go byłby swego czasu tylko Quorthon. Okazją do skontaktowania się ze słynnym szwedzkim muzykiem, wokalistą i producentem stała się płyta "White Darkness", kolejne, przepiękne dokonanie Nightingale. Rozmawiając ze Swanö trudno jednak koncentrować się na jednym temacie. Szef słynnego studia "Unisound" odgrzebał niedawno swój crustowy projekt Total Terror z początku lat 90., zagrał w deathmetalowym Demiurg, zaryczał w brytyjskim Threshold, przy okazji zmiksował tuzin płyt i popracował nad muzyką swojego magnum opus, Second Sky. Nie zabrakło też opowieści z dzieciństwa, refleksji czy rad. Swanödyzacja muzyki wciąż trwa!

"White Darkness" ukazała się już kilka miesięcy temu. Jak dziś, z nieco dalszej perspektywy oceniasz ten materiał?

Właściwie to teraz jestem z niego bardziej zadowolony niż wcześniej. Na początku dzielisz tę radość tylko tutaj w Szwecji, z rodziną, przyjaciółmi. Dziś wielu różnych ludzi mówi mi, że ten album jest fantastyczny, ludzi którzy zazwyczaj nie mówią takich rzeczy. Według nich w końcu nagraliśmy płytę, którą możemy nazwać arcydziełem. Kiedy teraz słucham tego albumu, gram go, chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że z upływem czasu staje się on coraz lepszy, a nie na odwrót.

Reklama

Ta muzyka nie traci na aktualności. Tym razem byłem bardzo dokładny jeśli chodzi o miksy, mastering, ale i szczegóły dotyczące okładki. Będąc artystą wiem, że zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że zakochasz się we własnej muzyce tak mocno, uważając ją za doskonałą, że nie zauważysz jej wad, albo też bez końca będziesz ją poprawiać. Tym razem nie mam tych obaw, co oczywiście jest wspaniałym uczuciem.

Album zanurzony jest w hard rocku lat 70., a nie progresywnym graniu z tamtego okresu. Prog rocka jest tu znacznie mniej.

W Nightingale zawsze chodziło o muzykę, której dobrze się słucha, w samochodzie, w domu. Sporo muzyki tworzę razem z bratem. Czasami słuchamy rocka progresywnego, ale odkrywamy też zupełne nowości. Nie ma reguły. To wszystko jest pewnym procesem zmian. Dlatego nieraz trudno określić to, co gra Nightingale. Bo co to właściwie jest? Rozbudowany rock, heavy metal, a może rock dla panienek, prog rock, cokolwiek? Tym razem był to materiał brata z lat 80. Ja nadałem mu tylko współczesną wersję, własne spojrzenie. W progresywnym graniu podstawowym pytaniem jest czasami to, czy naprawdę musimy grać skomplikowaną muzykę, tylko po to, żeby była zawikłana?

W przypadku Nightingale, nikt nie oczekuje od nas czegoś konkretnego, bo ten zespół zrodził się z jednoosobowego projektu grającego rocka gotyckiego. Dlatego wszystko może się zdarzyć. I myślę, że właśnie z tego powodu wciąż mamy tylu oddanych fanów, którzy są w stanie przelecieć pół świata na nasz koncert. Ostatnio jeden fan zapłacić za przelot na nasz koncert 2500 euro. Chyba faktycznie musimy robić to dobrze. Podążamy za własnym instynktem. Nagrywamy to, co w danej chwili czujemy. Radość z muzyki jest naszą siłą. Różni fachowcy mogą ci mówić, że to gówno się już nie sprzedaje. Mamy to w dupie, robimy swoje. Dziś jest to hard rock lat 70. Nagrywamy, wysyłamy to do wytwórni i na tym się kończy. Cała historia.

Waszą siłą jest też to, że potraficie połączyć muzykę bardziej wymagającą, jak wspomniany prog rock, z graniem bardziej przystępnym, słowem miłym dla ucha.

Zgadza się. Takiej muzyki lubię posłuchać. To niemal jak osoba, którą znasz. Zapewne nieraz sam spotykasz kogoś i wydaje ci się, jakbyś znał go całe życie. To tak jak ze mną i Michaelem Akerfeldtem z Opeth. Znamy się jak łysek konie, ale z czasem odkryliśmy też w sobie nieznane strony. Taka też ma być muzyka, którą gram czy słucham. Ona ma pewną miłą zewnętrzną powierzchnię, ale wewnątrz musi być wiele nowych doświadczeń. To nie jest jak z piosenką, której raz wysłuchasz i wszystko o niej wiesz. W dzisiejszej, sztucznie generowanej muzyce, tego właśnie najbardziej brakuje. Powoli sami zabijamy muzykę.

Większość rzeczy robi się na komputerach, to muzyka z taśmy produkcyjnej. Gdy my na próbie gramy jakiś utwór, nic poza tym nie istnieje. Nie myślę o nie zapłaconych rachunkach, może mnie nawet coś boleć, to wszystko się w tym momencie nie liczy. Chodzi tylko o emocje. Kiedy utwór cię pochłania, to coś jak dobry seks (śmiech). Czasami słyszy się numery z dobrym refrenem czy riffem, ale nie ma w tym żadnego wyzwania, żadnej przygody. Pod czymś takim nigdy się nie podpiszę, przynajmniej w moich zespołach. Moja muzyka musi mieć to coś. Czasami jako producent słucham jednego kawałka przez dwa tygodnie, ale tak naprawdę w ogóle go nie słyszę. Jest tam tylko puste granie. Dlatego cieszę się, że ludzie odkrywają w mojej muzyce drugie dno. To utwierdza mnie w przekonaniu, że mam rację. Bo to nie jest po prostu utwór, to coś wyjątkowego, coś, co niekiedy trudno opisać.

Ważne jest tu też chyba to, że nie zatraciłeś się w skomplikowanej muzyce progresywnej, choć jak wiadomo, jesteś jej wielkim fanem.

Mój brat zaczynał przygodę z muzyką w latach 70., ja w 80. Dorastałem słuchając bardzo prostej muzyki. Brat myślał pewnie: No dobra, to mały dzieciak, lubiący tylko proste granie. Dlatego puszczał mi wczesne AC/DC, Kiss, tego typu muzykę. Ale to się zmieniło pod koniec lat 70., kiedy brat zaczął słuchać rocka progresywnego. W małej sypialni spałem zaraz obok niego. Jego głośniki od wierzy stały 50 centymetrów od mojego łóżka. Nie dawał mi spokoju. Mały braciszek chciał spać, ale co go to obchodziło (śmiech). Zasypiając słuchałem tej całej fantastycznej muzyki, tysiące razy, przez lata. W końcu, któregoś dnia, zapytałem go, co to jest. Zgrał mi wtedy na taśmę rożne utwory, głównie te bardziej popowe numery z dorobku Genesis czy Asia. Polubiłem to podejście do grania.

Właśnie to lubię w progresywnych zespołach z lat 70. i 80. Starali się być bardziej popowi, choć w większości raczej nie udało im się tym podbić świata i zapełniać stadiony. Ja to nazywam post prog, bo to nadal miało te korzenie, ale utwory nie miały po 25 minut, tylko 3-4. I to staram się robić z moją muzyką. Znajduję jakiś styl i biorę z niego to, co najlepsze. Biorę wszystko co dobre z death metalu czy rocka gotyckiego i robię z tego Swanö metal (śmiech). To moje. Muzykę piszę tylko po to, żeby zadowolić samego siebie. Lubisz to albo nie. Ja i tak nie zrezygnuję.

To rzeczywiście prawda, że wszystkie utwory na "White Darkness", które przygotował twój brat, powstały tak naprawdę w latach 80.?

Ponad połowa tego albumu jest naprawdę stara. Mój brat był takim cudownym dzieckiem. Bardzo wcześnie zaczął tworzyć własną muzykę. Bodaj już w wielu 17-18 lat napisał cały materiał dla zespołu Original. Inspirował się Genesis, tego rodzaju zespołami. Ale pod koniec lat 70., na początku 80., nie miał możliwości tego nagrać. Mało kto miał sprzęt do nagrywania. Dlatego wyszło z tego tanie gówno. I wreszcie teraz nadarzyła się okazja, żaby to porządnie zrobić w Nightingale. Riff z utworu "Fields Of Life" jest chyba z 82. Otwierający płytę riff pochodzi z ich ostatniego koncertu, który widziałem mając 9 lat. To wszystko w jakiś dziwny sposób wraca. Kiedy teraz z bratem gramy to na scenie, on czuje się trochę tak, jakby przeniósł się 20 lat wstecz.

Widziałem w sieci kilka klipów z sesji nagraniowej. Zdziwiły mnie rozmiary tego miejsca. Wyglądało to co najmniej na salę gimnastyczną. Co to było?

Bardzo wyjątkowe miejsce. Od jakiegoś czasu szukałem takiego czegoś w tym mieście. Zainspirowały mnie zespoły, które w całym składzie, wspólnie siedzą i pracują w studiu. Od bardzo dawna interesuję się brzmieniem perkusji. Za młodu grałem próby w wielkim schronie przeciwlotniczym. Kiedy wstawia się do takiego pomieszczenia perkusję, jej brzmienie jest potężne, pełne mocy. Grając przez jakiś czas próby w takim miejscu, dochodzi się do wniosku, że tak właśnie powinna brzmieć perkusja. Naprawdę potężnie, coś jak Metallica na "Czarnym albumie".

I gdy potem przenosisz się go jakiejś klitki, masz wrażenie, że to jest jakiś żart. Jakieś śmieszne stukanie, a nie wielkie bębny. Aby tego uniknąć długo szukałem takiego lokum. No i w końcu znalazłem w starym kinie. Właściwie to kiedyś było to kino, dziś jest to teatralna sala prób. Naprawdę bardzo duża, w której przygotowuje się naprawdę spore przedsięwzięcia. No i cóż, poustawiałem instrumenty jak najdalej od perkusji i żeby to wszystko dobrze zadziałało, wykorzystałem chyba wszystkie kable w mieście (śmiech). To był naprawdę świetny pomysł. Jestem niebywale dumny z tego, jak zabrzmiał ten album. Niekończące się noce ekstremalnie ciężkiej pracy. Ale opłaciło się. Jak na moje ucho, ta płyta brzmi idealnie.

Zostając przy produkcji. Mijają właśnie dwa lata od chwili, kiedy zdecydowałeś się reaktywować "Unisound". Jak dziś się z tym czujesz?

To wciąż jedna wielka przygoda. Myślę, że z każdą kolejną płytą jest coraz lepiej. To nadal świetna zabawa. Nie czuję się tym zmęczony. Grafik jaki mam jest naprawdę w porządku. Nie ma potrzeby się stresować. Od września nic nie miksowałem. Chyba właśnie dlatego czerpię z tego przyjemność. Teraz miałem małe wakacje. Robiłem jakieś przeróbki, grzebałem przy Second Sky, ale już zaraz wracam do miksowania jednej hiszpańskiej grupy. To nie jest tak, że ponownie otworzyłem "Unisound", to nie jest żadna praca na pełen etat. Oczywiście czas pędzi jak szalony. Mówisz, że minęły dwa lata - faktycznie, nawet to do mnie nie doszło. Teraz po prostu od czasu do czasu miksuję płyty i cieszę się tym co robię.

Czyli nie zarabiasz tym na życie? Pytam, bo gdy rozmawialiśmy ostatnim razem, mówiłeś, że rezygnujesz z pracy w sklepie muzyczny, żeby poświecić się działaniom w studiu.

Nadal pracuję w tym sklepie na pół etatu. Na tym etapie mojego życia ważne jest, aby móc powiedzieć: Nie muszę. Nie muszę tam pracować, nie muszę miksować albumów. Wszystko jakoś się dzieje. Ktoś zapuka do mnie i powie: Hej, choć idziemy. Mam czas, żeby pójść. To niezwykle ważna sprawa. Kiedyś musiałem coś nagrać, musiałem coś sprzedać. Byłem już tym wszystkim potwornie zmęczony. Dziś czuję, że mam konieczną wolność. Jeśli poczuję, że przez jakiś czas nie mam ochoty nic robić, to nie robię. Gramy np. koncert w Hiszpanii, nie ma problemu, żebym pojechał dzień wcześniej i wrócił dwa dni później niż reszta. Trochę pozwiedzać, mieć luz. A gdybym miał normalnie działające studio i musiał wyciągać z niego po tysiąc euro dziennie, nie ścierpiałbym tego. To nie jest życie dla mnie. Dlatego teraz chcę trochę pożyć.

Jak miałem 20 lat zostałem ojcem. Nie doświadczyłem tzw. późnego dzieciństwa nastolatka, szlajania się po imprezach, różnych wariactw, które w tym wieku są na porządku dziennym. Ja w tamtym okresie musiałem zajmować się własną firmą, pracować 320 dni w roku, żeby przetrwać. Dopiero teraz nadszedł przełom. Dziś "Unisound" to idealne zajęcie. Znów uwielbiam pracować z grupami z podziemia, uwielbiam ten klimat. I to właśnie lubię w tym najbardziej. Dać trochę energii, życia tym zespołom, które czasami wydają się znajdować w beznadziejnej sytuacji. Pomóc im nieco w tym dziwnym świecie. Gwiazdą rocka jest się w tedy, gdy zainwestuje w ciebie wielka wytwórnia. Nieco trudniej jest nią być zanim to nastąpi.

Praca z tymi zespołami to przyjemność. Pracowałem ostatnio z takimi ludźmi jak Martin Van Drunen z Pestilence, którego wokalem kiedyś się inspirowałem, to był mój bohater. A teraz dostałem od niego maila, w którym pisze mi, że tak dobrze brzmiących wokali jak na Hail Of Bullets, nie miał jeszcze nigdy. Chciałem to zdanie oprawić w ramkę (śmiech). Jeśli tylko ktoś ma nagrania, może u mnie dostać miks za naprawdę tanie pieniądze. I to jest fajne. Nie muszę już mówić, że jestem zabukowany na kolejny rok. Że robię tylko wielkie produkcje, najważniejsze płyty konkretnych zespołów. Mam już dość nagrywania najważniejszych płyt, jak było kiedyś z Opeth czy Katatonią. Nie wytrzymałbym tego. Teraz chcę zajmować się nieznanymi grupami z każdego zakątka świata; Australii, Chile, Portugalii, i Polski, błagam (śmiech). Naprawdę, teraz nie ma problemu. Mastering oddaje już następnego dnia, nie trzeba czekać. Za cenę dwu dni w dobrym studiu, ja mogę zrobić pełen miks i mastering. Lubię to robić i prawdę mówiąc nie potrzebuję więcej kasy. Robię to dla frajdy. Na serio, nie trzeba się mnie bać (śmiech).

Jak to bać?

Wiesz, ja sam kiedyś bałem się zadzwonić do Scotta Burnsa, wielkiego producenta, który na pewno powie mi, żebym spier***** na drzewo z tą swoja szwedzką kapelką. Ale to się tylko tak wydaje. Nie można też zapomnieć, że wszystkie wielkie nazwy, z którymi pracowałem - może poza Merciless - były zupełnie nieznanymi grupami. Zrobiłem pierwsze nagranie w historii Marduk, nagrałem pierwsze kawałki Opeth, to samo z Katatonią. Oni nawet nie umieli wtedy grać. Kiedy wchodzili do mojego studia byli nastolatkami. I gdybym wtedy powiedział im nie, gdzie by dziś byli? Dlatego dziś też nie powiem nie zespołowi Darkness By Oath z Hiszpanii, któremu jakiś tam inny wielki producent powiedział, że nie ma czasu, możecie spadać. Może będą nowym Marduk, nową Katatonią, tego nikt nie wie...

Wspomniałeś wcześniej o Second Sky, jak sam mówisz, dziele twojego życia. Sprawa z tym zespołem robi się powoli historią bez końca.

Muszę powiedzieć, że to najbardziej zaawansowany projekt, w jaki jestem obecnie zaangażowany. Aktualnie zajmuje się nim raz w tygodniu. Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, wydawało się to jeszcze jakąś bajką. Razem z Peterem, człowiekiem, z którym wspólnie nad tym pracujemy, postanowiliśmy, że trzeba się za to zabrać z większą regularnością, raz w tygodniu, aż się wykończymy. Czasami zaczynamy o 18. i kończymy o 1 w nocy. A on ma jeszcze półtorej godziny drogi do domu w zupełnej ciemności. Obecnie wszystkie nagrania są już niemal gotowe. Czujemy, że jest to bestia, która czeka tylko na uwolnienie.

Jak do tej pory to najlepsza płyta jaką kiedykolwiek nagrałem w jakiejkolwiek kategorii. Dlatego muszę być pewny, że wszystko jest tak dobre, jak powinno być. Nie zajmuję się też tym codziennie. Od chwili, kiedy zaczynałem pracować nad Second Sky minęło sporo czasu, wiele rzeczy w moim życiu uległo zmianie. Ta muzyka jest tego dobiciem. Myślę, że ci fani, którzy lubią jasną stronę Nightingale, zespoły takie jak Marillion czy Pendragon, pokochają tę muzykę. Na pewno. Jeśli z przyłożonym do skroni pistoletem musiałbym wybrać jedną płytę, byłby to album Second Sky. Gdy ukarze się ta płyta, pierwszy rozdział mojego muzycznego życia dobiegnie końca. Zacznę wszystko od nowa.

Dzięki za rozmowę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje