Jarosław Kowal, Interia Muzyka: Niczego nie ujmując waszym poprzednim wydawnictwom, "Magia" wydaje mi się albumem w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. To znaczy konceptem rozciągniętym na wszystkie utwory, któremu każdy mniejszy pomysł jest podporządkowany. Takie było założenie czy samo zaczęło się to tak w pewnym momencie układać?
Łukasz Rozmysłowski: Fajnie, że tak pomyślałeś, bo faktycznie zależało nam na połączeniu tych utworów w jedną całość. Wcześniejszy album, "Sanatorium", robiliśmy dosyć szybko i pozlepialiśmy na nim wiele różnych stylów. Tutaj nawet jeżeli coś nam na początku odlatywało w innym kierunku, to albo dokładaliśmy, albo odejmowaliśmy jakiś element, żeby to wszystko razem było bardziej spójne.
Katarzyna Kowalczyk: Zaczęło się od kawałka "Pierrot". Jak już go mieliśmy, to rzuciłam propozycję zrobienia EP-ki, a Łuki stwierdził, że muzycznie powinniśmy pójść właśnie w tym kierunku. Od razu spodobał mi się pomysł pracowania nad czymś bardziej jednolitym, ale doszliśmy do wniosku, że w Polsce nie wiadomo właściwie, co robić z EP-kami. Trudno zorganizować wokół nich trasę, trudno prowadzić działania promujące, więc zaczynaliśmy ten projekt rozwijać i ostatecznie zebraliśmy więcej piosenek niż pierwotnie zakładaliśmy. To miała być krótka płyta na osiem-dziewięć utworów, a wyszło aż trzynaście.
EP-ka to rzeczywiście dziwny format, jest pomiędzy krótszą a dłuższą formą. Z jednej strony niektóre osoby uważają, że wystarczą już tylko single, bo to one trafiają na playlisty, z drugiej wciąż istnieją zwolennicy dłuższych konceptów, rozciągniętych na całe albumy.
KK: Tak, ale czasami udaje się skonstruować naprawdę świetną EP-kę i właśnie niedosyt, który po sobie zostawia jest najlepszym uczuciem. Chce się wtedy do niej wracać.
ŁR: Na albumach podoba mi się z kolei właśnie to, że można zrobić wiele utworów w jednym klimacie. Różnie z tym oczywiście bywa, bo niektórzy artyści łączą ze sobą bardzo różnorodną muzykę, ale zawsze jest to jakimś wycinkiem z pewnego okresu ich działalności. Album pozwala dokładniej posłuchać, co komuś w danym czasie siedziało w głowie. Na "Magii" łączącą wszystko taśmą klejącą są według mnie instrumenty akustyczne i wokalne sample. Dodawaliśmy ich jak najwięcej się dało. Czasami nawet Kacha jest posamplowana.
KK: Korzystaliśmy z przeróżnych wtyczek VST z chórkami. Na przykład w intrze do "Basenu" mój głos jest połączony właśnie z wtyczką.
ŁR: W "Traces" był z kolei werbel, ale Kacha chciała czegoś innego, więc wkleiłem jakiś sampel wokalny.
KK: Molina, która tutaj z nami śpiewa, myślała, że nawiązaliśmy tym samplem i bitem do Limp Bizkit, ale nie znaliśmy wcześniej kawałka, z którym skojarzyła ten fragment.
Limp Bizkit może nie leżało w sferze waszych zainteresowań, ale wiem, że należycie do tego grona artystów, którzy bardzo dużo słuchają i są na bieżąco z nowościami. Czy któreś z niedawnych odkryć pomogło wam wybrać kierunek, w jakim poszliście na "Magii"?
ŁR: Na pewno Chanel Beads.
KK: Właśnie chciałam to powiedzieć. Poza tym scena kopenhaska, na przykład ML Buch.
ŁR: Już w trakcie tworzenia albumu wpadłem też na duet Ear i może podświadomie coś z niego zaczerpnąłem, bo pojawiały się głosy, że słychać pewne podobieństwa.
KK: Ear jest bardziej dynamiczne i taneczne.
ŁR: Tak, ale jest tam też sporo "randomowego" samplingu połączonego z instrumentami akustycznymi.
KK: Eartheater była bardzo dużą inspiracją. Podobnie Wraith9, który też często sięga po sample wokalne.
ŁR: Robi to w swoim solowym projekcie, ale najbardziej znany jest teraz jako producent ostatnich hitów EsDeeKida.
KK: Od strony wokalnej są na "Magii" również nawiązania do moich początków. Do tego mojego "jodłowania".
Jak to "jodłowania"?
KK: Nie dosłownie, ale kiedy zaczynaliśmy, często byłam porównywana do The Cranberries albo Florence + the Machine, bo faktycznie trochę w taki sposób śpiewałam. W pewnym momencie zaczęto mnie już z takim stylem kojarzyć. Zrobiłam nawet feat u Daniela Spaleniaka z bardzo mocno "jodłującą" wokalizą, ale z czasem zaczęłam od tego odchodzić.
Jak w uczciwy, wartościowy sposób przetwarzać inspiracje cudzą muzyką? W ostatnich latach powszechnie stosowanym zabiegiem jest interpolacja, czyli - tak naprawdę - legalny plagiat, bo pozwala na korzystanie z cudzych melodii, harmonii i innych elementów muzycznych we własnej twórczości. Niektóre platformy streamingowe blokują wprawdzie takie utwory, ale wydaje mi się to dziwne, że ktoś w ogóle odczuwa potrzebę tak dosłownego cytowania twórczości innych osób.
KK: Myślę, że trzeba mieć po prostu szeroki wachlarz umiejętności. Łuki przez wiele lat rozwijał warsztat w odmiennych gatunkach i konwencjach, więc nie jest już w stanie zrobić po prostu jakiegoś type beatu.
ŁR: Kiedy zaczynałem uczyć się produkować i jeszcze kilka lat później, czasami próbowałem zrobić coś w stylu identycznym do jakiegoś istniejącego utworu. Znajdywałem w tym inspirację, zaczynałem szukać identycznej wtyczki, identycznego brzmienia, ale ostatecznie i tak zawsze zbaczałem z drogi. Zawsze w końcu zaczynałem robić coś swojego, bo to daje znacznie większą satysfakcję.
KK: Mielibyśmy wręcz poczucie wstydu, gdybyśmy mieli coś interpolować.
ŁR: Nie cierpię tego. Pamiętam, że się oburzałem, jak Zeamsone w "5 influencerkach" użył melodii z "Blue (Da Ba Dee)". Melodia wokalna leciała jeden do jednego jak w oryginale Eiffel 65. To nie jest już inspiracja, tylko kradzież i jest to coraz częstsze. Kradnie się już nawet całe beaty. Zwłaszcza z electro-dance'owych hitów z okolic 2014-2016 roku. Powstaje tego teraz pełno i nieraz stoją za tym znani artyści z mainstreamu.
KK: Muszę przyznać, że bałam się posądzenia o plagiat przy piosence "Euro" z "Magii". W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że melodia w refrenie jest bardzo podobna do "The Field" Blood Orange'a i Caroline Polachek, więc wszystko poprzestawialiśmy.
ŁR: Jesteśmy na tym punkcie bardzo wrażliwi.
Przypadek wasz i Blood Orange'a od przypadku Zeamsone i Eiffel 65 różni przede wszystkim intencjonalność. Wszyscy przecież czegoś słuchamy i czasami coś może bezwiednie prześlizgnąć się z cudzej do własnej muzyki. Trudno jednak mówić o zbiegu okoliczności, kiedy sięga się po melodię przeboju znanego na całym świecie.
KK: Czasami mam wrażenie, że mamy w Polsce taką tendencję. Ktoś sobie coś podkradnie i odnosi wrażenie, że funkcjonujemy gdzieś na uboczu, więc nikt tego nie zauważy i nie wynikną z tego żadne konsekwencje.
ŁR: Mental jak z lat 90., kiedy w czasach świetności kaset magnetofonowych kupowało się tego mnóstwo i przepisywało całe utwory na język polski.
W notce prasowej można przeczytać, że "Magia" to wasz "najbardziej oniryczny album". Domyślam się, że to nie wasze słowa, ale czy się z nimi zgadzacie? Oniryzm to najbardziej oczywiste skojarzenie z eterycznym dream popem, a przecież w muzyce unikacie oczywistych rozwiązań.
KK: Starałam się wrócić do swoich korzeni, czyli pewnego rodzaju wrażeniowości i abstrakcyjnych tekstów. Na "Sanatorium" pisałam bardzo narracyjne teksty. Próbowałam wręcz wcielać się w jakieś role. Teraz słowa są bardziej opisowe i obrazowe. Takie trochę o siedzeniu w samotności w swoim pokoju z nałożonymi słuchawkami i o tym, co się później dzieje w głowie.
Wiele osób twierdzi, że muzyki najlepiej doświadcza się na żywo, ale kiedy jest się z nią sam na sam, ze słuchawkami na głowie, powstaje wyjątkowa, osobista więź.
ŁR: Jeżeli chodzi o muzykę samą w sobie, to nie do końca przepadam za słuchaniem jej na żywo. Bardzo rzadko podoba mi się sposób, w jaki koncerty są nagłaśniane. Oczywiście wszystko zależy od gatunku muzyki i rodzaju show.
KK: Mam tak samo.
ŁR: Natężenie dźwięku zazwyczaj jest tak wysokie, że nie potrafię odbierać występu w przyjemny sposób. Niby mogę założyć zatyczki, ale brzmienie jest wtedy stłumione i zafałszowane. Byłem niedawno na Open'erze na Ethel Cain i akurat ona została bardzo dobrze nagłośniona. Dało się skupić na muzyce. Z drugiej strony wybraliśmy się też na PinkPantheress i było mega głośno. Ledwo dało się zrozumieć, co mówiła do mikrofonu. Nawet, kiedy po prostu mówiła do publiczności. Mimo tego, bardzo mi się podobało, bo było to solidne wizualno-taneczne show z muzyką, która cały czas napędzała do skakania i zabawy. To zdecydowanie był jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem.
KK: Ja się świetnie bawiłam, bo to było taneczne i mocno performatywne, ale gdybym miała skupić się wyłącznie na muzyce, to nie różniłoby się to od słuchania jej z komórki.
ŁR: Wszystko zlewało się w jedno. DJ zagrał w pewnym momencie remiks Okiego i w naszej ośmioosobowej ekipie tylko ja to usłyszałem. Inni zorientowali się dopiero, jak im o tym powiedziałem, a moja dziewczyna wciąż nie jest pewna, czy faktycznie poleciało coś Okiego, bo w ogóle nie usłyszała słów w języku polskim. Na tak wysokim poziomie decybelarzu koncerty są raczej wrażeniowe.
W informacji prasowej pada również zdanie: "Eskapizm jeszcze nigdy nie brzmiał tak kusząco" i faktycznie wasza muzyka wydaje się drogą ucieczki od codziennych problemów do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Czy kiedy buduje się pomost pomiędzy światami dla innych, to samemu również można przejść na drugą stronę, czy we własnej muzyce nie odnajdujecie eskapizmu?
KK: Myślę, że odnajdujemy. Muzyka jest dla nas formą oderwania się od szarej rzeczywistości. Sztuka w ogóle jest dla mnie formą kreacji. Czymś nie do końca realnym i niecodziennym.
ŁR: Dla mnie akurat rzeczywistość ostatnio nie jest szara i wszystko łączy się w niej w jedno. Cały czas latam z głową w chmurach, więc może po prostu jestem trochę z całej tej rzeczywistości wyłączony.
Od czego najczęściej potrzebujecie uciec? W obecnych czasach jest z czego wybierać.
KK: Czasami jestem bardzo przebodźcowana. Śnią mi się już dźwięki z TikToka i Instagrama. Te wszystkie powiadomienia związane z naszą wspólną działalnością i innymi działaniami. Jak dojdzie do tego jeszcze ból głowy, to szybko pojawia się chęć ucieczki
ŁR: Ja też najbardziej potrzebuję ucieczki od mediów społecznościowych. Po pewnym czasie robią się męczące. Zwłaszcza, kiedy nic się nie dzieje i po prostu siedzę w domu. Odczuwam wtedy coraz większe FOMO. Wszyscy w dodatku pokazują w internecie najlepszą wersję siebie, więc można się zasmucić, kiedy samemu ma się akurat z czymś problem. Wygląda to tak, jakby wszystkim wszystko się udawało, ale to tylko iluzja. Z drugiej strony myślę, że i tak wydarzył się w naszych życiach cud, bo muzyka jest naszą pracą, więc nie mamy wielu powodów do ucieczek.
Takim powodem była utrata studia po wybuchu gazu w kamienicy w Cieszynie? Odbiło się to w jakiś sposób na "Magii"?
ŁR: Myślę, że odbiło się bardzo mocno, ale z tego względu, że zmieniłem miejsce pracy. Ta cała sytuacja nie zdołowała mnie aż tak bardzo. Na początku nie dowierzałem, że to się naprawdę stało. Później miałem nadzieję, że uda mi się coś z całego tego sprzętu odzyskać i źle to zniosłem, kiedy szanse zniknęły, ale po dwóch dniach wiedziałem już, że będę w stanie wszystko sobie na nowo zbudować. Stało się tak, dzięki przyjaciołom i wspaniałym nieznajomym, którzy w mgnieniu oka zorganizowali i zapełnili dla mnie internetową zbiórkę. Zmieniłem miejsce pracy na domowe studyjko. Jest tutaj pełno akustycznych i elektrycznych instrumentów, kupiłem wymarzone pianino i mam teraz idealne miejsce do tworzenia. Wcześniej kiedy wpadał mi do głowy jakiś pomysł, to zanim dotarłem do studia, już się ulatniał. Zamiast coś robić, gapiłem się w ekran i przeglądałem internet. Teraz mogliśmy spotkać się z Kachą w moim pokoju i łapaliśmy za ten instrument, który akurat nam w danym momencie pasował. Na przykład w "Dublerze" Kacha dogrywała pianino i mandolinę. Utrata studia miała więc ogromne znaczenie na brzmienie "Magii", ale z zupełnie innego powodu niż można by się spodziewać.
Czy tytułowa "magia" jest ogólnym symbolem o otwartym na interpretacje znaczeniu, czy kryje się za nią bardziej dosłowne znaczenie? Mam wrażenie, że chociaż społeczeństwo mamy coraz bardziej świeckie, to zainteresowanie tematami z pogranicza ezoteryki rośnie. Niekoniecznie wiąże się to z rzeczywistą wiarą w nie, bardziej chyba właśnie z eskapizmem.
ŁR: Przez całą tę rozmowę jestem zaintrygowany twoim głosem, bo jest bardzo podobny do głosu takiego pana, który zajmuje się Radiem Paranormalium. Czasami w trasie włączam je. Kacha z Bobkiem (Jakubem Borowskim - koncertowym basistą Coals) szybko zasypiają, ale ja przez całą drogę słucham różnych paranormalnych historii o UFO, wiejskim folklorze i tak dalej. Lubię te tematy, ale podchodzę do nich z przymrużeniem oka.
KK: Przez ostatnie mniej więcej dwa lata miałam sporo rozmów ze znajomymi na temat napływu przeróżnych trendów ezo, różnych wierzeń i tym podobnych. To dość abstrakcyjne, że w dobie wielkiego kryzysu na świecie ludzie zaczynają praktykować coś tak dziwnego. Dla mnie jedyną formą magii czy religii jest muzyka.
Za każdym razem, kiedy wydajecie album, pojawiają się głosy zaskoczenia, jak to możliwe, że nie zrobiliście jeszcze zawrotnej kariery poza Polską. Co pewnie rzeczywiście już by się wydarzyło, gdyby zależało wyłącznie od muzyki. Ostatnio jednak Kacha zaśpiewała u Danny'ego L Harle'a - czy to już otworzyło wam jakieś nowe możliwości?
KK: Poniekąd tak, bo ze dwa tygodnie po ogłoszeniu tego feata odezwał się do nas Dazed & Confused Magazine. Dzięki współpracy z Dannym doszło do jeszcze jednej mojej współpracy zagranicznej, ale jak na razie to tyle.
ŁR: Na pewno nie był to dla nas moment jakiegoś wielkiego przełomu. Takie pojedyncze strzały czasami się zdarzają. Był feat z Dannym, teraz jest podobnie z singlem z Moliną. Czujemy malutkie doładowanie i mamy takie doładowania co jakiś czas.
W wielu innych krajach artyści wcale sobie takiej presji nie narzucają, że muszą koniecznie podbijać zachodnie rynki. Czy to w Niemczech, czy w Skandynawii często lokalny sukces uchodzi za całkowicie wystarczający. Długo myślałem, że to kwestia pokomunistycznych kompleksów, ale teraz skłaniam się raczej ku przekonaniu, że w tych krajach można po prostu żyć z muzykowania na zadowalającym poziomie, a u nas jest wszystko albo nie ma niczego. Duże hale, duże festiwale, duże przeboje, a jak nie, to musisz iść do pracy i tworzyć muzykę hobbystycznie.
KK: Po pandemii i wzroście inflacji ta przepaść pogłębiła się jeszcze bardziej, ale wydaje mi się, że to jest problem całej Europy.
ŁR: Z zewnątrz może się wydawać, że na przykład w Wielkiej Brytanii muzykom jest łatwiej i mogą więcej zarabiać, ale jak już tam pojechaliśmy na koncerty, to zauważyliśmy, że mniejsi artyści mają jeszcze trudniej niż w Polsce. Stawki za wynajem klubu czy backline'u są bardzo wysokie, kluby są znacznie gorzej wyposażone... Nie jest łatwo. Myślę, że na przykład w rapie szybciej można wybić się w Polsce niż w Wielkiej Brytanii.
A czy odczuwacie, że godzicie się dzisiaj na więcej niż godzilibyście się z dziesięć lat temu? To nasz trzeci wywiad, pamiętam, że przy pierwszym w ogóle nie chcieliście rozmawiać i przesyłałem pytania mailem, ostatnio trafiliście natomiast między innymi do telewizji śniadaniowej.
KK: Rzeczywiście nasze podejście do mediów zmieniło się. W dużym stopniu dlatego, bo mamy teraz kogoś, kto się tym świetnie potrafi zająć, więc idziemy na całość z wywiadami. Ale pamiętam, że rozmawialiśmy z tobą też po wydaniu "Docusoap" i to był bardzo dobry wywiad, bo bardzo muzyczny.
ŁR: Mamy też takie osobowości, że prędzej wyślemy SMS-a niż zadzwonimy, ale trochę się przez te wszystkie lata zmieniliśmy i otworzyliśmy.
Chcielibyście nagrać ten jeden wielki przebój, z którego moglibyście utrzymywać się do końca życia? Na przykład Davida Bowiego irytowało, kiedy był kojarzony wyłącznie z "Let's Dance", ale zarabiał na tym kawałku krocie.
ŁR: Jasne, chciałbym mieć utwór, który zapewniałby pasywny przychód do końca życia. Niezależny od tego, jaką muzykę zdecydowałbym się dalej tworzyć. Może byłoby to męczące, ale myślę, że warte swojej ceny.
KK: To zresztą naturalne, że po czasie przestaje się lubić niektóre własne piosenki albo pojawia się znużenie nimi. Niezależnie od tego, czy zapewniają jakiś dochód, czy nie.
ŁR: Gdyby jakiś nasz starzy utwór, który graliśmy już tysiące razy - na przykład "Weightless" albo "Lato2002" - nagle stał się wielkim hitem, to od strony wykonywania go niewiele by się zmieniło. Po prostu zaczęlibyśmy więcej zarabiać (śmiech).
Często w kontekście waszej muzyki mówi się o nostalgii, ale po dwunastu latach działalności już nie tylko ją przywołujecie, ale na pewno jesteście także jej obiektem dla wielu osób, które słuchały was w wieku nastoletnim, a teraz zakładają rodziny albo zaczynają kariery zawodowe. Sami na pierwsze lata waszej działalności patrzycie już z nostalgią i przymykać oczy na jakieś zgrzyty czy rozczarowania, a podnosicie we wspomnieniach rangę sukcesów i tych lepszych chwil?
ŁR: Kacha zawsze śmieje się ze mnie i z Bobka, kiedy romantyzujemy nasze wyjazdy na trasę po Niemczech. To było bardzo ciężkie przeżycie. Spaliśmy w trudnych warunkach, logistycznie dawało to nam popalić, bo jeździliśmy po dziesięć godzin dziennie. Wszyscy byli wyczerpani, ostatnie dwa koncerty musieliśmy odwołać, bo Bobek dostał zapalenia płuc i pluł krwią, ale po czasie wspominamy tamte chwile jako fajne czasy. Dzieciaki pojechały sobie za granicę i łaziły po niemieckich uliczkach, zwiedzając osobliwe miejsca. Na Słowacji spaliśmy z kolei w warsztacie rowerowym na takim podwyższeniu, zaraz pod sufitem, a na dole ludzie robili sobie imprezę i palili papierosy. Dzisiaj myślę o tym z nostalgią. Kiedy to przeżywasz, jest ci ciężko i nie chcesz tam być, ale te wspomnienia zostają z tobą do końca życia.












