Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Pod koniec maja wydałaś swoją debiutancką, w pełni solową EP-kę "Spacer." Jak oceniasz ten materiał z perspektywy prawie trzech miesięcy od premiery?
Clayknot: Ten materiał jest w rzeczywistości o wiele starszy niż te trzy miesiące czy nawet rok, kiedy zaczęłam wypuszczać z niego pierwsze utwory. Jestem na takim etapie swojej drogi muzycznej, że wszystko zmienia się u mnie bardzo szybko i ciągle chcę próbować nowych rzeczy. Przez to nie utożsamiam się już z tymi numerami aż tak mocno i nie przepadam za wykonywaniem ich na żywo. Bardzo jednak doceniam fakt, że EP-ka odbiła się o wiele większym echem, niż się spodziewałam. To dało mi ogromnego kopa do działania, by dopracować kolejny, jeszcze większy i bardziej staranny materiał.
Mimo że nie czujesz już tak silnej więzi z tymi piosenkami, to czy na etapie pisania i komponowania traktowałaś je trochę jak osobisty pamiętnik?
- Tworząc cokolwiek, bardzo dużo myślę o archiwizowaniu i traktowaniu sztuki jako zapisu konkretnej chwili - właśnie takiego pamiętnika. Myślę, że każdy album, który stworzę, będzie miał taki charakter. Zresztą wychodziłam z tego założenia od samego początku. Zanim zaczęłam wydawać muzykę na Spotify, prowadziłam projekt na SoundCloudzie inspirowany albumem Kurt Cobaina "Montage of Heck". To materiał nagrany dyktafonem, będący zapisem pomysłów, wypowiadanych esejów i luźnych myśli. Koncept pamiętnika w muzyce niezwykle mnie jara.
To, że EP-ka "Spacer" jest już dla ciebie tak nieaktualna, oznacza, że planujesz wrócić z nowym materiałem i kolejnymi projektami jeszcze tej jesieni?
- Bardzo bym chciała i byłoby super, ale ten proces potrwa niestety dłużej. Jesteśmy w trakcie nagrywania i produkowania ostatecznego, pełnowymiarowego albumu. Utwory są już gotowe, a część z nich wybrzmiewała nawet na koncertach, ale od strony technicznej wymaga to jeszcze sporo dopracowania. Ekipa, z którą współpracuję, ma też własne zobowiązania, więc musimy to dobrze zgrać. To nie jest już tak proste jak na początku mojej drogi na SoundCloudzie, gdzie nagrywałam coś dyktafonem w telefonie i od razu wrzucałam do sieci. Teraz w projekt zaangażowanych jest wielu ludzi. Realistycznie celujemy z premierą na początek przyszłego roku.
Czyli czeka cię intensywna w pracę w studio jesień…
- Płyta powinna być zamknięta pod koniec obecnego, choć w tym biznesie różne rzeczy mogą się wydarzyć. Prace ruszyły na dobrą sprawę tuż przed OFF Festivalem. Okazuje się jednak, że zgranie terminów muzyków, producenta i studia wcale nie jest takie proste i wymaga wpasowania się w wolne okienka. Jeśli chodzi o sam proces, to kompozycje i aranżacje wszystkich utworów są już w pełni gotowe. Teren pod nagrania został przygotowany - mamy zarejestrowaną całą perkusję oraz pierwsze ścieżki wokalne. Terenowo przenosimy po prostu rzeczy, które wyklikałam we własnym pokoju, do sterylnych warunków studyjnych. Zostało nam jednak jeszcze więcej pracy niż mniej, stąd taka perspektywa czasowa.
W nadchodzących utworach zamierzasz utrzymać brzmienie znane ze "Spaceru" - z pogranicza shoegaze'u i bedroom popu - czy postawisz na zupełnie nowe inspiracje?
- Zdecydowanie stawiam na coś nowego. W premierowych kompozycjach ujawni się moja bardziej elektroniczna strona. Elektroniką zajmuję się od dawna, ale przy poprzedniej EP-ce celowo poszłam w stronę bardziej gitarowych brzmień. Teraz odważniej wchodzę w różnorodne zakątki. Materiał będzie bardziej popowy, eksperymentalny i różnorodny - popowy w tym sensie, że stanowi miks wielu gatunków, a przy tym pozostaje chwytliwy oraz melodyjny.
Choć w proces powstawania twojej muzyki angażuje się coraz więcej osób, czy nadal chcesz zachować pełną kontrolę twórczą nad kompozycją, produkcją i tekstami? Wyobrażasz sobie sytuację, w której oddajesz któryś z tych elementów komuś innemu w ramach projektu Clayknot?
- Zdecydowanie sobie tego nie wyobrażam. To kwestia, której obawiałam się od samego początku mojej drogi. Gdy miałam 15 lat, trafiłam do studia pełniącego też funkcję labelu, gdzie próbowano "pomagać" mi w każdym aspekcie. Wizja wypuszczenia w świat pod własnym nazwiskiem czegoś, co nie jest do końca moje, wydaje mi się wręcz przerażająca. Nie chcę tego i tak na pewno nie będzie. Mam wokół siebie ludzi, którzy są głęboko wkręceni w koncept mojego projektu - nie tylko tworzymy razem muzykę, ale też rozmawiamy o całej otoczce, wizji i moodboardach. Bardzo im ufam. Na przykład Kuba Tokarz, który nagrywał ze mną perkusje na EP-kę "Spacer", robi to genialnie. Ja sama nie mam aż takiej wyobraźni do partii bębnów - przy niektórych utworach mogę mu w pełni zaufać i dać wolną rękę, nawet nie będąc fizycznie w studiu.
Niedawno ze swoim materiałem wystąpiłaś na OFF Festivalu. Jak dzisiaj wspominasz ten koncert?
- Aż brakuje mi słów, kiedy o tym myślę. I faktycznie zabrakło mi ich na samym występie (śmiech) - już podczas pierwszej piosenki zapomniałam tekstu z wrażenia, widząc frekwencję i zaangażowanie ludzi, co rzadko mi się zdarza. Mój koncert zaplanowano na piątek o 18:00, czyli godzinę po otwarciu bram pierwszego dnia festiwalu. Byłam przekonana, że z powodu kolejek czy ewentualnych obsuw mało kto dotrze na czas. Tymczasem przyszło około 400 osób, co stanowiło górną granicę pojemności tej przestrzeni. Byłam w ogromnym szoku. I choć miałam drobne problemy techniczne, przez cały czas towarzyszyła mi myśl, że nic nie zepsuje tej chwili. To był długo wyczekiwany i piękny moment - w takich emocjach nawet gdyby wysiadł cały sprzęt i nikt nie przyszedł, i tak byłabym zachwycona.
Sam klimat festiwalu w jakiś szczególny sposób cię zaskoczyły?
- Byłam wcześniej na OFF-ie, ale tylko na jeden dzień, więc po raz pierwszy doświadczyłam go w całości. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że jako artystka reprezentująca mniejszą scenę miałam dokładnie ten sam backstage co gwiazdy (śmiech). Mogłam po prostu porozmawiać z Johnnym Marrem czy zaprzyjaźnić się z zespołem LSD and the Search for God - wszyscy byliśmy na tym samym poziomie. Poza tym uderzyło mnie bardzo ludzkie podejście organizatorów: brak festiwalowej spiny, możliwość wchodzenia z własną wodą i jedzenie w rozsądnych cenach. Jako artystka czułam się niesamowicie zaopiekowana. Przygotowywałam się na warunki bez szału, a zostałam przesympatycznie zaskoczona (śmiech).
Zauważasz u siebie znaczące zmiany względem ubiegłorocznych występów, chociażby na showcase'owym Great September?
- Przede wszystkim teraz gram z zespołem, podczas gdy wtedy byłam w niekończącej się trasie w wersji solo i wszystko robiłam w klimacie całkowitego DIY. Dziś na scenie towarzyszą mi ludzie z dużym doświadczeniem, którzy świetnie się na tym znają. Wszystkie aspekty techniczne - na czele z profesjonalnie przygotowanym setem w Abletonie - zostały zorganizowane tak, bym nie musiała zachodzić w głowę, czy sprzęt zadziała, lecz mogła po prostu być sobą. Zyskaliśmy brzmieniowy profesjonalizm, dopracowaliśmy aranżacje pod koncerty, a ja zyskałam ogromną odwagę i przestrzeń, żeby wyżyć się scenicznie.
Przed tobą za moment jeszcze występ w roli supportu przed amerykańską grupą Clarion, 15 września w warszawskiej Hydrozagadce. To chyba kolejna dobra okazja, by zaprezentować się publiczności wyczulonej na dokładnie taki typ wrażliwości…
- Tak, bardzo się ucieszyłam na wiadomość o tym koncercie! To dokładnie ten klimat i ten profil słuchaczy, do których moja muzyka może trafić. Nie ukrywam jednak, że trochę się stresuję, bo w Warszawie nie będzie ze mną zespołu - znowu wystąpię solo, bo od czasu do czasu powracam do tej formuły. Znając już komfort grania z chłopakami, występ w pojedynkę wywołuje u mnie małą obawę. Gdy niedawno grałam solo przed inną shoegaze'ową kapelą ze Stanów, Dream Ivory, czułam, że sama nie potrafię w pełni porwać tej widowni. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie mi lepiej. Zamierzam to solidnie wyćwiczyć w domu - nawet jeśli będę musiała krzyczeć do ściany: "Hej, jak się bawicie?!" (śmiech).
Myślisz, że na koniec tego roku uda znaleźć ci się moment, by odpocząć po tak wielu różnych koncertach, festiwalach i projektach?
- Mam zaplanowane koncerty praktycznie do końca roku, więc na pewno będę w trasie, grając m.in. okazjonalne supporty u znajomych artystów. Raczej moim planem na jesień będzie nie dać się jesiennej chandrze, przetrwać ten czas, robić nowe rzeczy i szukać kolejnych inspiracji gatunkowych. Najważniejszy jest jednak święty spokój i święta sztuka!










