Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: W sierpniu znów zawitaliście do Polski na trzy koncerty - w Poznaniu, Szczecinie i Lublinie. Jakie są wasze ulubione wspomnienia z dotychczasowych występów w naszym kraju?
Christopher Bowes, Alestorm: - Nie wiem, czy mogę to nazwać "wspomnieniami", bo niewiele z tego pamiętam, ale w 2013 roku zagraliśmy u was szaloną, kameralną trasę - bardzo podobną do tej obecnej. Pojechaliśmy na wygwizdów pod Toruniem i to było absolutne szaleństwo. Dziś jesteśmy już starsi i nieco dojrzalsi, ale wtedy byliśmy prawdziwymi wyznawcami imprezowego obłędu. Ilość alkoholu i poziom imprezowania przekraczały wszelkie granice! Do tego wszyscy wokół byli niesamowicie mili. Po prostu kochamy wracać do Polski, za każdym razem bawimy się tu najlepiej. Polacy nas lubią, my lubimy Polaków - ta chemia po prostu działa. Uwielbiam też koncerty w małych klubach - mają prawdziwy, rock'n'rollowy klimat.
Chcesz mi powiedzieć, że granie dla 500 osób sprawia ci większą frajdę niż dla kilku tysięcy…?
- Szczerze nienawidzę wielkich scen. Ostatnio gramy sporo dużych koncertów na kilka tysięcy ludzi, gdzie publiczność stoi daleko, nie słyszysz jej i nie czujesz tej energii. To jest słabe. Kameralne sztuki dają zupełnie inną, genialną więź. Oczywiście w wielkich festiwalowych show też są rzeczy, które uwielbiam - przede wszystkim skala oprawy wizualnej. Możemy wtedy wnieść na scenę mnóstwo naszych rekwizytów. Mamy potężną kaczki, czasem jest ich na scenie nawet pięć naraz! Pod koniec występów odpalamy wielki baner z napisem "Fuck you" i wrzucamy te wszystkie nadmuchiwane kaczki w tłum. Ale bycie blisko publiczności jest dla nas najważniejsze.
Te niesamowite wspomnienia z grania w Polsce to powód, dla którego tak prędko postanowiliście wrócić? Przecież dopiero co pod koniec 2025 graliście solowe koncerty w Łodzi i Gdańsku…
- Szczerze mówiąc, to w zeszłym tygodniu graliśmy festiwale w Niemczech i Belgii, a w tym czekają nas występy również w Czechach. Połączyliśmy kropki na mapie i okazało się, że nasza trasa przebiega prosto przez Polskę, a my mamy trzy wolne dni. Pomyśleliśmy więc: zagrajmy parę koncertów! Wyjdzie z tego świetny ubaw i pożyteczny sposób na spędzenie czasu. I faktycznie - pomysł jak widać wypalił idealnie.
Tym razem pominęliście jednak największe polskie miasta, takie jak Warszawa czy Kraków, stawiając na Poznań, Lublin i Szczecin. Dlaczego zdecydowaliście się na te mniejsze sceny?
- Wielkie miasta odwiedzamy bardzo regularnie - w maju graliśmy we Wrocławiu, a w zeszłym roku byliśmy w Warszawie. Wracamy do Polski tak często, że musimy ciągle szukać nowych miejsc. Gdybyśmy grali bez przerwy w tych samych miastach, ludzie w końcu by się znudzili. Fajnie jest pojeździć po kraju, zobaczyć inne zakątki i zagrać w miejscach takich jak Lublin, gdzie jesteśmy po raz pierwszy.
Zobacz również:
Mimo wszystko nie wydajesz się zaskoczony tym, że grając w takich miastach, Wasze koncerty i tak cieszą się tak dużą popularnością.
- To jest genialne! W wielu krajach, gdy grasz poza stolicą czy głównymi metropoliami, nikt nie przychodzi. Tymczasem w Polsce możemy zagrać całą serię kameralnych koncertów i zawsze trafiamy na rewelacyjną publiczność. Zawsze jest to potężna impreza. Nawet w poniedziałek w Szczecinie absolutnie nie czuło się, że to początek tygodnia - energia była typowo weekendowa.
Często podkreślasz, że Wasze koncerty to przede wszystkim czysta, nieposkromiona zabawa. Jak udaje wam się utrzymać tak wysoki poziom energii noc w noc?
- Pomaga fakt, że lwia część tej zabawy napędzana jest przez samą widownię. Wszyscy śpiewają, tańczą, "wiosłują" na podłodze i robią najbardziej szalone rzeczy. Czasami mam wrażenie, że moglibyśmy po prostu stać w miejscu, grać swoje, a atmosfera i tak byłaby niesamowita - choć nie ukrywam, że bywa to wycieńczające. Dziś jestem padnięty, a przecież nic wielkiego nie zrobiłem - po prostu wstałem z łóżka i zjadłem kanapkę (śmiech)! Ogromną rolę odgrywa zaangażowanie ludzi: nam wystarczy wyjść, zrobić parę kroków tanecznych, a cała reszta dzieje się już sama.
W roli supportu towarzyszył wam fiński zespół Metal De Facto. Co zdecydowało o tym, że to właśnie ich zabraliście w tę trasę?
- Dobór supportów to dla mnie najtrudniejsza część prowadzenia Alestorm. Zazwyczaj, gdy proponujemy komuś wspólną trasę, kapele kręcą nosem: "O nie, Alestorm to ten głupi, śmieszny zespół, a my jesteśmy poważnymi muzykami!". A chłopaki z Metal De Facto od razu weszli w to bez wahania. Do tego łączą nas kumplowskie relacje, więc ten wybór był dość naturalny.
Musimy porozmawiać o waszej słynnej żółtej kaczce. Stała się ikonicznym rekwizytem koncertowym i stałym elementem teledysków Alestorm. Jak w ogóle narodził się ten pomysł?
- Musimy się cofnąć o jakieś dziesięć lat. Graliśmy wtedy trasę z legendarną ekipą Sabaton. On posiadali na scenie ten swój wielki czołg, a nasza przestrzeń wyglądała przy nich po prostu biednie. Pomyśleliśmy: 'Musimy coś z tym zrobić!". Wpadliśmy więc na pomysł, żeby postawić naszą dmuchaną kaczkę bezpośrednio na ich czołgu, a chłopaki z Sabaton nie mieli nic przeciwko. Już pierwszego dnia, gdy tylko postawiliśmy kaczkę, cały tłum zaczął skandować: "Kaczka! Kaczka!". Ludzie natychmiast to pokochali, a my w mgnieniu oka staliśmy się "zespołem od kaczki". Pewnego razu zagraliśmy koncert bez niej i fani od razu zaczęli dopytywać: 'A gdzie kaczka?!". Wtedy zrozumieliśmy, że nie ma odwrotu - kaczka musi z nami jeździć codziennie. I tak zostało do dziś.
Wydany w zeszłym roku album "The Thunderfist Chronicles" to już wasz ósmy krążek. Jak oceniacie go z perspektywy czasu i jak utwory z tej płyty sprawdzają się na żywo?
- Uważam, że to jedna z najbardziej "metalowych" płyt, jakie nagraliśmy od dłuższego czasu. Jest ciężka, a utwory są naprawdę szybkie i wymagające technicznie. Podczas występów na żywo musimy się wręcz mocno skupiać, co bywa wyzwaniem, bo większość naszego starszego materiału to po prostu proste dźwięki. A tutaj napisaliśmy album pełen skomplikowanych riffów i teraz sami łapiemy się za głowy: "O rany, po co my to zrobiliśmy?!". Ale to świetna zabawa i bardzo lubimy grać te kawałki.
Czyli znacznie większe wyzwanie dla was, jako muzyków…
- Dokładnie tak! Fajnie jest od czasu do czasu coś zmienić. Nowy materiał przyjęty został bardzo dobrze, choć mam przeczucie, że następny album będzie o wiele prostszy i łatwiejszy do grania.
Na ogół wolicie jednak grać na żywo świeży materiał, czy wciąż z dużą przyjemnością wracacie do klasyków sprzed kilkunastu lat?
- Prawdę mówiąc, po prostu lubię grać to, co podoba się ludziom - największą frajdę sprawiają mi numery, które wywołują najlepszą reakcję tłumu. Jeśli chodzi o starsze piosenki - oczywiście mamy kilka hitów, które zostaną z nami na zawsze, ale czasem wyciągamy z archiwum jakiś stary numer, a publiczność stoi w osłupieniu i nikt go nie zna. Zdajesz sobie wtedy pytanie o sens tego. To dość zabawne, bo zwłaszcza w internecie fani każdego zespołu powtarzają wkoło: "Grajcie stary materiał!". Kiedy jednak wychodzimy i go gramy, nikt go nie kojarzy… Staramy się więc zachować odpowiedni balans i mieszać różne etapy twórczości. Mamy tylko około 90 minut na scenie, a piosenek, które ludzie absolutnie muszą usłyszeć, jest cała masa. Zostaje bardzo mało miejsca na dziwne czy zapomniane eksperymenty, więc musimy mądrze układać setlistę. Obecna bardzo mi odpowiada, ale zmiana i tak nadejdzie - w przyszłym roku wydajemy nowy album i znów wszystko odwrócimy do góry nogami.
Czyli na tej trasie po Polsce zagraliście dokładnie tę samą setlistę na każdym koncercie..?
- Tak, w Polsce gramy co wieczór ten sam zestaw. Skoro się sprawdza i na każdym z tych koncertów panowała niesamowita energia, to po co zmieniać?
Kiedy porównasz "The Thunderfist Chronicles" z waszym debiutem "Captain Morgan's Revenge" z 2008 roku - w czym Alestorm zmienił się najbardziej?
- Jesteśmy po prostu o wiele lepszymi muzykami, a nasza muzyka stała się znacznie bardziej skomplikowana. Kiedykolwiek wracamy do tamtych starych numerów, uderza mnie to, jak proste rzeczy pisaliśmy: zwrotka, refren, zwrotka, refren, solówka i znowu refren - absolutne podstawy. Wtedy graliśmy klasyczny, tradycyjny power metal bez żadnych dziwactw. Z czasem nauczyliśmy się przemycać do naszej muzyki całą masę zwariowanych elementów - od wstawek z melodyjnego death metalu i blastbeatów, po folkowy sznyt i czysty power metal. Dzisiejszy materiał jest o wiele bardziej zróżnicowany. Wtedy pewne rzeczy by nie przeszły, a dziś wypracowaliśmy unikalne brzmienie Alestorm, którego fani wręcz oczekują. Niektórzy twierdzą, że nasza muzyka stała się bardziej głupia - tekstowo może i tak, ale pod względem muzycznym jest o wiele bardziej złożona.
A patrząc z drugiej strony - co w Alestorm pozostało absolutnie niezmienne i nietknięte od samego początku?
- Fundament jest niezmieniony - nadal tworzymy numery, które mają sprawiać ludziom frajdę i przy których wszyscy będą śpiewać na całe gardło. Wszystko kręci się wokół koncertów. Żyjemy w czasach, gdy każdego dnia na rynku pojawiają się setki tysięcy nagrań i albumów. Dla nas liczy się wyłącznie to, co działa na żywo. Alestorm to przede wszystkim zespół koncertowy - cała reszta ma drugorzędne znaczenie.
Wspomniałeś o tym łączeniu tradycyjnych folkowych motywów z nowoczesnymi brzmieniami i zwariowanymi eksperymentami. Skąd w was tyle odwagi do tak beztroskiego podejścia podczas tworzenia?
- Wszystko sprowadza się chyba do tego, że na początku próbowaliśmy wpasować się w konkretną scenę muzyczną. Niestety - scenie folk-metalowej nie pasowaliśmy, scenie power-metalowej zresztą też nie. Pomyśleliśmy więc, jaki jest sens wpychania się na siłę w ramy środowisk, które nas nie chcą? Przeklnęliśmy to i uznaliśmy: "Chrzanić to, róbmy po prostu swoje". Od tamtej pory nie staramy się nikomu zaimponować. To chyba jeden z głównych powodów, dla których utrzymujemy się na powierzchni tak długo - po prostu mamy wywalone i robimy każde zwariowane szaleństwo, które uznamy za właściwe. Jesteśmy w tym autentyczni i niczego nie udajemy.
Wspomniałeś, że pracujecie nad nowym albumem. Jak właściwie wygląda wasz proces komponowania, gdy poniekąd finalnym celem jest to, jak te numery zabrzmią na żywo, a nie w warunkach studyjnych?
- W samym studiu nie wymyślamy już zbyt wiele - kiedy do niego wchodzimy, każdy zna utwory na wylot. Pisanie nowego albumu skończyliśmy jakieś dwa miesiące temu. Obecnie dopracowujemy wersje demonstracyjne, więc w listopadzie wejdziemy do studia z gotowym planem - wystarczy po prostu zarejestrować partie, które będziemy mieli opanowane do perfekcji. Oczywiście dbamy o to, by sama rejestracja brzmiała organicznie. Wszystkie partie skrzypiec czy sekcji dętej - trąbki i inne instrumenty - są u nas zawsze nagrywane na żywo przez prawdziwych muzyków.
Stawianie na żywe instrumenty to naprawdę godna docenienia rzecz.
- Dokładnie. Mnóstwo zespołów wciąż załatwia wszystko syntezatorami. Na koncertach co prawda gramy z klawiszami, ale na płytach słychać całą masę szalonych, tradycyjnych instrumentów folkowych oraz orkiestracji - wszystko brzmi autentycznie, co jest świetne. Mamy chociażby skrzypaczkę, która nagrywa swoje ścieżki po sto razy, żeby uzyskać pełne, potężne brzmienie smyczków. Na albumach staramy się brzmieć bardzo organicznie, by potem na koncertach móc z czystym sumieniem zamienić to w kontrolowany chaos.
Historia Alestorm sięga już niemal dwudziestu lat. Gdybyś mógł cofnąć się w czasie do 2006 roku, jaką radę dałbyś samemu sobie z tamtych lat?
- O rany, myślałem o tym dosłownie w zeszłym tygodniu! Byliśmy wtedy takimi niesamowitymi idiotami… Jest milion rzeczy, które zmieniłbym z perspektywy czasu - widzę te niechlujne nagrania i po po prostu słabe koncerty na żywo. Chciałbym móc wtedy dysponować całą tą technologią i sprzętem, który mamy dzisiaj. A jaką radę bym sobie dał? Po prostu: "Zacznijcie grać dobrze i przestańcie dawać ciała". Patrzę wstecz i zastanawiam się, jak to możliwe, że uciekliśmy wtedy przeznaczeniu. Na nasz debiutancki album trafiło kilka dobrych hitów, ale też cała masa niedopracowanych numerów. Zupełnie nie wiedzieliśmy, co robimy. Mam wrażenie, że gdybym mógł wrócić do tamtych czasów i zostać własnym menedżerem sprzed dwudziestu lat, bylibyśmy dzisiaj władcami świata.
Podpisanie kontraktu z Napalm Records było bez wątpienia przełomowym momentem dla Was. Jak z dzisiejszej perspektywy wspominasz chwile, w których dotarło do was, że grając piracki metal, naprawdę stworzycie z tego swój sposób na życie?
- Wypuściliśmy pierwsze demo w 2006 roku, zagraliśmy kilka koncertów i w sumie odpuściliśmy temat. Nagle, w 2007 roku, dostaliśmy maila od jakiejś zupełnie nieznanej wytwórni: "Hej, uwielbiamy wasz zespół, podpiszmy kontrakt!". Zszokowało nas to. Pomyśleliśmy, że skoro jedna firma nas chce, to może napiszmy do innej? Wysłałem demo do Napalm Records, bo mieli pod swoimi skrzydłami wszystkie najważniejsze kapele folk-metalowe tamtych lat. Odpisali dosłownie po 30 minutach, że są na "tak". Uznałem wtedy, że okej, czyli tak działa branża muzyczna. Naiwnie zakładaliśmy, że taka droga to coś zupełnie normalnego i spotyka każdy zespół. Nie mieliśmy świadomości, że robimy coś wyjątkowego - w Szkocji nie byliśmy otoczeni sceną metalową, byliśmy tylko my i długa niczym nieprzenikniona pustka. Właściwie dotarło to do mnie dopiero w 2014 roku po premierze płyty "Sunset on the Golden Age". Trafił na nią utwór "Drink", który stał się gigantycznym hitem. Na trasie ludzie po prostu szaleli przy tym numerze, a my patrzyliśmy po sobie w szoku i zadawaliśmy sobie pytanie, co tu tak właściwie się wydarzyło…
Kiedykolwiek czuliście się zaszufladkowani przez piracką tematykę, czy od początku traktujecie to jako idealną przestrzeń do zabawy?
- Kiedyś ludzie oczekiwali, że wciśniemy się w konkretne ramy. Zapraszano nas na mnóstwo poważnych wydarzeń folk-metalowych i pogańskich festiwali, a gdy przyjeżdżaliśmy na miejsce i robiliśmy na scenie totalny chaos, wszyscy zbierali szczęki z podłogi. Zresztą na samym początku kariery większość myślała, że jestem o 20 lat starszy niż w rzeczywistości, bo na pierwszych zdjęciach wyglądałem jak starzec, mając zaledwie 19 lat! Nigdy nie czuliśmy się uwięzieni w tej formule, choć fani nierzadko oczekiwali od nas rzeczy, z którymi nie mamy nic wspólnego.
To płynnie nawiązuje do mojego kolejnego pytania, ponieważ zauważam, że wielu muzyków metalowych traktuje swoją twórczość ze śmiertelną powagą, podczas gdy wy skupiacie się na humorze, luzie i ogromnej samoironii. Uważasz, że współczesna scena metalowa powinna przestać brać samą siebie tak bardzo na serio?
- Sytuacja z nami jest dość specyficzna - nie bierzemy samych siebie na serio, ale pisanie muzyki i występy na żywo traktujemy niezwykle poważnie. Nasze numery to nie są "jaja z muzyki". Teksty mogą być zabawne, ale pod spodem leży przemyślana i skomplikowana praca kompozytorska. Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy w zasadzie jedynym tak zwariowanym i śmiesznym zespołem na scenie. Myślę, że po części właśnie dlatego zdobyliśmy taką popularność. Dzisiaj jednak mam wrażenie, że głupkowatych zespołów jest po prostu za dużo. Być może przez nas i parę innych kapel ludzie zauważyli, że taka formuła się sprzedaje i nagle pojawiła się masa zespołów krzyczących: "Patrzcie na nas, mamy śmieszne kostiumy!". Kiedy startowaliśmy, przebieranie się na scenie było rzadkością, a teraz co drugi zespół przebiera się za rycerzy czy czarodziejów… Pojawiło się mnóstwo grup, które stawiają wyłącznie na tanie pajacowanie bez żadnej muzycznej głębi. Szczerze mówiąc, przy tworzeniu naszego ostatniego albumu byłem już trochę zmęczony tym "głupim metalem" i dlatego postanowiliśmy napisać coś cięższego i bardziej mięsistego. Chociaż... mówię to wszystko, a nasz nadchodzący album i tak będzie absolutnie durny! Po prostu staram się robić rzeczy dobre, interesujące i inne niż wszyscy. Najważniejsze to nie kopiować nikogo i bez przerwy ewoluować.
Co czeka Alestorm, gdy ta trasa dobiegnie końca? Odliczacie już dni, by wrócić ponownie do studia?
- Kończymy obecną trasę, a już w listopadzie zaczynamy nagrywać nowy materiał. Album ukaże się w maju przyszłego roku i cała ta karuzela ruszy od nowa.











