Cheap Tobacco: "Przychodzi czasem taki moment, że już nam się nie chce popisywać kolejnymi solówkami" [WYWIAD]
Proza życia codziennego pisana przez Cheap Tobacco od zawsze chwyta za serce - nie jest inaczej i tym razem. "Wschody i Zachody" to krążek dojrzały, jednocześnie wyzbyty zbędnego ciężaru. Po sukcesie blues-rockowych początków i rewolucji na poprzedniej płycie, zespół powraca z nowym materiałem, który tylko utwierdza ich pozycję na mapie polskiego indie rocka.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Przed Wami czwarty w dorobku krążek - "Wschody i Zachody", który jeszcze bardziej utwierdza was w tych indie rockowych brzmieniach. Jakie emocje towarzyszą wam dookoła premiery?
Cheap Tobacco: Czujemy ogromny przypływ mocy i radości, że to się już zadziało, że nasze kolejne muzyczne dziecko ujrzało światło dzienne. Ogromnie się tym wszystkim ekscytujemy, choć nie możemy zapomnieć, ile trudu i pracy nas to kosztowało. Wydanie płyty to taka wisienka na torcie, która poprzedzona jest bardzo długim procesem komponowania i tworzenia tych piosenek - często przyjemny, często męczący. Natomiast zawsze na koniec zostaje ogromna satysfakcja i radość, że będzie można zagrać nowe numery na koncertach przed swoimi fanami.
Często w wywiadach wspominacie, że w waszej twórczości "mniej znaczy lepiej" i ten krążek jest tego doskonałym odzwierciedleniem. W dobie takiego przepychu w muzyce, "Wschody i Zachody" to naprawdę przyjemna odskocznia…
- Myślimy, że wynika to z tego, że już się starzejemy (śmiech). Przychodzi czasem taki moment, w którym myślimy sobie, że już nam się nie chce popisywać kolejnymi solówkami, nie wiadomo jakimi fajerwerkami w kompozycji czy produkcji. Kosztem tego, wolimy postawić na opowieść i spójność całości - a wszystko, co może nam w tym przeszkodzić, usuwamy bez zastanowienia. Stąd stawiamy na ten prostszy przekaz, który jest znacznie czytelniejszy dla odbiorcy. Nie kalkulujemy swojej twórczości pod jakieś ramy, w których powinno się to mieścić - mamy to gdzieś.
To podążanie własną ścieżką i brak kalkulacji dobrze widać również w tym, że nie macie problemu, by dać sobie czas i robić prawie 4-letnią przerwę między krążkami.
- To prawda, aczkolwiek pracę nad tym krążkiem zaczęliśmy już w 2024 roku od utworu "Bez słów" czy jeszcze wcześniejszej "Paranoi". Więc ten proces jego tworzenia rozpoczął się spokojnie z trzy lata temu. Wiadomo, że mieliśmy pokusy, by robić to wszystko znacznie szybciej - ale (jak zawsze) postawiliśmy na tworzenie na własnych zasadach, co dość naturalnie całość wydłuża. Do tego mieliśmy zmiany w składzie, gdzie przyszedł do nas Maciek, perkusista, co też wymagało czasu, by na nowo odpowiednio się zgrać. Do tego graliśmy wiele różnych tras koncertowych, a ten czas nie był z gumy. Mieliśmy dużo pomysłów, szukaliśmy nieustannie czasu, by móc razem siąść i się spotkać.
Gdy ten czas w końcu udało się znaleźć, wszystko poszło już gładko do premiery?
- Można tak powiedzieć. Zamknęliśmy się na tydzień w takim pięknym miejscu we Fromborku, gdzie graliśmy od rana do nocy - wtedy udało nam się ukształtować z 80% tej płyty. Mieliśmy już wyselekcjonowane piosenki, z tych kilkudziesięciu różnych szkiców i pomysłów, więc wtedy wszystko już ruszyło w odpowiednią stronę. I tak oto powstały "Wschody i Zachody".
Na przestrzeni tych ponad dziesięciu lat tworzenia, ten krążek to dla was rewolucja czy ewolucja względem dotychczasowego brzmienia?
- Według nas poprzedni krążek "Zobaczmy siebie" był mocną rewolucją - to była dla nas duża zmiana pod względem stylistycznym. Udało nam się w miarę płynnie przeskoczyć ze świata blues-rockowego, do pop-rockowego. "Wschody i Zachody" to kontynuacja tej zmiany. Prostota, której z początku bardzo się obawialiśmy, okazała się bardzo skuteczna. Natomiast nieustannie staramy się nie rozkminiać, czy jesteśmy zespołem popowym, rockowym, alternatywnym czy jakimkolwiek innym. Obecna płyta jest znacznie szersza od poprzedniej, udało nam się zmieścić na niej całą paletę - jednak nieustannie w granicach ewolucji i pewnej kontynuacji.
Podobnie sprawa się ma jeśli chodzi o teksty? Tak szerokie spektrum różnych emocji - od ekspresji po melancholię - jest efektem waszej dojrzałości?
- Każda kolejna płyta w naszej twórczości to świadomy lub podświadomy zapis tego, co się w naszych życiach wydarzyło. Na tym krążku zależało nam na zmierzeniu się z raczej tymi trudniejszymi sytuacjami z ostatnich lat - przejście od zerwania po akceptację i końcową wdzięczność. Myślę, że stąd bierze się to szerokie spektrum, o którym wspominasz. No i to są właśnie te tytułowe wschody i zachody.
Na tym krążku nadal podtrzymujecie balans między numerami po polsku i po angielsku - z czego to wynika? Staracie się trafiać zarówno do polskiej, jak i międzynarodowej publiczności?
- U nas to raczej efekt jakiejś takiej naturalności, który język lepiej pasuje do danej kompozycji. Dana muzyka wywołuje w nas określone uczucia, które czasem idealnie pasują do języka angielskiego i ciężko napisać mi coś po polsku, a czasem zupełnie na odwrót. Nasza poprzednia płyta była w pełni po polsku, i nie ukrywamy, że brakowało nam anglojęzycznych numerów, gdyż dość regularnie koncertujemy za granicą. Co ciekawe, zrobiliśmy nawet kilka tłumaczeń piosenek z "Zobaczmy siebie" i wydaliśmy to w formie EPki live session - bo to był właśnie owoc, takiej naturalnej potrzeby grania numerów po angielsku, bez sięgania do turbo starszych numerów.
Macie za sobą mnóstwo wielkich festiwali jak Pol'and'Rock Festiwal czy węgierski Sziget. Mając za sobą takie doświadczenie sceniczne, nieustannie cenicie sobie najbardziej własne headlinerskie koncerty?
- Oczywiście lubimy grać zarówno duże, jak i małe sceny, bo są to dwie różne rzeczy. Ale klubowe koncerty, gdzie masz ten bliski koncert ze słuchaczem to jest coś, czego nic dla nas nie przebije. Widzimy gdy ktoś płacze, gdy ktoś śpiewa z nami, gdy ma zamknięte oczy i przeżywa całym sobą - to coś niesamowitego. Na festiwalu tego nie widać, bo ludzie są daleko, ale obydwie rzeczy są dla nas cudownym doświadczeniem.
Można więc stwierdzić, że Cheap Tobacco powstało właśnie do grania na żywo?
- Absolutnie tak - nasz zespół to w pełni twór koncertowy. To uczucie euforii z grania na żywo jest jednak znacznie spotęgowane, gdy w końcu możesz wystąpić z nowym materiałem.
To tym bardziej nastawienia przed nadchodzącą trasą koncertową, domyślam się, że jak najbardziej pozytywne (śmiech).
- Cieszymy się niesamowicie na nadchodzący sezon. Trochę tych koncertów będzie, co tak jak wspominaliśmy, uwielbiamy robić. Także wszystkich serdecznie zapraszamy i widzimy się pod sceną!



![BLACKPINK „DEADLINE”: Niedosyt w sosie koreańskim [RECENZJA]](https://i.iplsc.com/000MHG6ACJNM9EA7-C401.webp)




