Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: Kiedyś, dawno temu, miałem taki sen, że byłam w takim dużym budynku i w tym budynku w każdym pokoju był inny artysta, i ten artysta opowiadał mi, jak tworzy krzesło. Tak sobie teraz myślę, że to było prorocze, skoro tu siedzimy.
Hubert: Zgadzamy się.
Cura: I dodam jeszcze, że uważam, że każdy artysta musi stworzyć krzesło, żeby stać się artystą. To jest ten pierwszy pion, żeby w ogóle wejść na taki pułap duchowy, artystyczny, kreatywny. Stwórz krzesło i wtedy już możesz wejść do źródła kreatywności.
Hubert: Szczególnie jako muzyk. Myślę, że to krzesło jest takim katalizatorem.
Skoro mam tu artystów muzyków, to dlaczego krzesło?
Hubert: Krzesło było tak naprawdę pierwszym elementem, który nas połączył. Otóż: poznaliśmy się w sklepie meblarskim, chodziliśmy, szukając właśnie jakiegoś krzesła - jeszcze się nie znaliśmy - i nasze spojrzenie przykuło właśnie jedno krzesło. Podchodząc do niego, chwytając je, złapaliśmy się przez przypadek za rękę, spojrzeliśmy na siebie i od razu jakoś wyczuliśmy, że nie tylko lubimy to samo krzesło, ale jesteśmy muzykami. I to krzesło zeszło na drugi plan, a na pierwszy weszła muzyka. I jesteśmy tutaj po pięciu latach.
Cura: Nie kupiliśmy tego krzesła, ale to była rzecz, która nas połączyła.
Hubert: Z perspektywy, nawet nie było takie ładne. Ale to nie o to krzesło chodziło, a o nas nawzajem.
Zebrałeś mi pytanie... Miałam zapytać was pierwszy raz w tym tygodniu, jak się poznaliście.
Hubert: Mam plan zabrać ci wszystkie pytania.
Ale jeszcze dopytam, jak doszło do tego, że od rozmowy o krześle, zaczęliście grać ze sobą muzykę, bo to wygląda jednak na długą drogę.
Hubert: Chwytając to krzesło w sklepie meblarskim, pomyśleliśmy, że łączy nas nie tylko zamiłowanie do siadania, ale też do tworzenia muzyki. I ja, i Cura byliśmy w momencie, w którym szukaliśmy kompanów do muzykowania. Ja wtedy mieszkałem za granicą, Cura w Polsce, w Warszawie, i bardzo szybko kliknęło. Bardzo szybko okazało się, że nie tylko to krzesło nas łączy, ale też podobne pomysły na muzykę. A też się jakoś bardzo polubiliśmy. Oglądaliśmy podobne seriale, fascynowały nas podobne zespoły, śmieszyły podobne żarty, więc to wszystko plus kilka miłych zbiegów okoliczności. Pomoc na początku od Błażeja Króla była dosyć duża, po kilku latach takiej... może nie stagnacji, ale jednak trudno jest zrobić ten pierwszy krok, mam wrażenie, w muzyce - tak od zera do jeden jest bardzo trudno wyskoczyć.
Cura: Właśnie nawet od zero do 0,5. Bo jeden to już jest...
Hubert: Tak, żeby cokolwiek. Jest ta zapałka i draska i wystarczy ruszyć, a już potem jest ogień i tak dalej, ale ten pierwszy ruch jest bardzo trudno zrobić. Cała branża jest taka mega zgatekeepowana, bardziej bądź mniej umyślnie i by design, więc to nam otworzyło kilka furtek. Do tego stopnia, że my w ogóle nie mieliśmy żadnych utworów, a już kilka festiwali się do nas zgłosiło, co też pokazuje taką może nie ciemną, ale trochę dziwną stronę tej branży. Że wystarczyło klepnięcie jakiegoś nazwiska i ludzie: "Ok, nie wiemy, co to jest, to nam się jeszcze nie podoba, bo to jeszcze nie istnieje, ale możemy już zabookować na festiwal, który będzie za ponad rok". Skorzystaliśmy oczywiście z każdej z tych ofert i wykorzystaliśmy je w większym bądź mniejszym stopniu.
A jesteście w stanie wymienić taki jeden najlepszy moment w waszej karierze od początku? W sensie, był OFF Festival, Męskie Granie, telewizja, początki właśnie z Tygrysy Records... Czy jednak fajniejsze są te małe kluby, gdzie macie publiczność dosłownie na wyciągnięcie ręki?
Cura: Dziś jest najfajniejszy moment! Wszystkie rzeczy robimy wspólnie i coraz więcej osób dołącza do naszego zespołu. Teraz mamy basistę, Stefana, wcześniej Ola dołączyła, trzy lata temu, i im więcej nas jest, tym fajniej po prostu się robi te rzeczy razem. Więc każda rzecz, jakakolwiek, telewizja lub po prostu mały klub, jest niesamowita, bo możemy się spotkać i robić to razem. Ale taki jeden konkretny moment, kiedy mnie tak mocno uderzyło, że bardzo się cieszę, że to robię, był w zeszłym roku, jak graliśmy w Bazie w Krakowie - to było miejsce za 60 osób i przyszło 60 osób. Połowa ludzi była ubrana jak klauni, wszyscy się ruszali, wszyscy śpiewali i to przypomniało mi, po co to robimy. To było dla mnie takie bardzo przebudzające. Bo, wiesz, dążyłem za tym, żeby był większy zasięg, żeby więcej ludzi słuchało, ale tak mnie wtedy uderzyło, że to, co marzyłem, żeby mieć, po prostu jest przede mną,
Hubert: To był bardzo dobry koncert. Ja mam taki jeden, który był moim marzeniem, czyli, żeby zagrać na OFF Festivalu, i to spełniliśmy w pierwszym roku istnienia. Robiłem muzykę już kilka lat i był to trochę problem, no bo to było ogromne marzenie, które spełniłem. W sumie spełniliśmy je w nadmiarze, bo graliśmy wtedy trzy razy na OFF-ie przez jakieś logistyczne zawirowania, bo ktoś tam nie mógł zagrać. Bardzo duży sukces, ale później, mam wrażenie, miałem taką pustkę w sobie z rok albo dwa lata, bo to marzenie we mnie było, odkąd miałem 17 lat i usłyszałem z głównej sceny wokalistę jakiegoś zespołu, który krzyczał: "Patrz, mamo, nie wierzyłaś we mnie, a teraz gram na głównej scenie OFF-a". To wzbudziło we mnie marzenie, że też chciałbym kiedyś tam grać. I po 6-7 latach ono się spełniło, i nagle było: kurcze, wszystko robiłem po to, żeby to się wydarzyło i co teraz? Musiałem trochę przewaluować te swoje marzenia, bo kiedyś chciałem płytę wydać, no to już wydaliśmy ich kilka, zagrać na OFF-ie - zagraliśmy, i tak dalej, więc na pewno to był taki bardzo ważny moment.
Ale od tamtej pory... Jak Cura mówi, że dziś jest najfajniejszy dzień, no to coś w tym jest. Ostatnio usłyszeliśmy po koncercie, że z zespołów, które zaczynały pięć lat temu, jesteśmy jednym z niewielu, które w ogóle zostały. I to tak mnie trzyma, że w sumie faktycznie, że nawet na tym OFF-ie, jak graliśmy, dużo było naszych ziomali muzyków z branży na podobnym poziomie do naszego, a większość z nich teraz w ogóle nie robi muzyki. Większość z tych zespołów nie istnieje, a my tak.
Cura: Fakt, że nadal po prostu jesteśmy tutaj, to jest dla nas ogromny sukces.
Hubert: Tak że niedługo pięć lat! Nie wiem, jakie to są gody. Wiem, że cztery lata to są kwiatowe. A pięciolecie pożycia zespołowego?
Cura: Plastik.
Hubert: Nie, to jest rok chyba. Pięć plastików. (Rok to papierowa, pięć lat z kolei - drewniana. Sprawdziliśmy później - przyp. red.)
O marzeniach jeszcze sobie pogadamy później, ale właśnie po waszym koncercie ostatnim w Krakowie pisałam, że Polska nie jest na was gotowa, bo trochę mi się wydaje, że działanie z taką postpunkowo-newwave'ową muzyką nie jest proste w Polsce.
Cura: No na pewno nie jest popularne tutaj. Jeżeli jest jakaś kultura już istniejąca, to możesz na tym budować, już jest ogólny jakiś fanbase, który dołącza do ciebie, ale ostatnio ktoś nas uświadomił, że tu nie ma za bardzo popytu na to, zwłaszcza w języku angielskim. Dał nam takie porównanie, że jak Oasis grało w piku ich kariery, to nie mogli wysprzedać Torwaru. Nie ma za bardzo tego zainteresowania. Ale na koniec dnia, nie wybraliśmy tego, bo myśleliśmy, że to będzie next big thing albo że będzie mega popularne, tylko to jest muzyka, której słuchamy, i bardzo byśmy chcieli dodać do tego naszą perspektywę. Więc tak los wybrał, że robimy taką muzykę. Ale powoli... Wiesz, graliśmy w Bazie pół roku temu, teraz Piękny Pies, już trochę większy...
Już za osiem lat Studio (śmiech).
Cura: (śmiech) Powoli ludzie przychodzą i się przekonują! Mamy takie coś, że chyba z daleka trudno się w nas zakochać, ale jak już ludzie przyjdą na koncert, to zostają i wracają. Najtrudniej jest przekonać, żeby nas zobaczyli w realu. Uczymy się tego.
A jeszcze co do telewizji - byliście w "Must Be The Music", później byliście w "Mam Talent" i tam po występie padły takie słowa, że trzeba brać muzykę na poważnie. Chodziło o Maćka z talerzami. Dlaczego możemy się z tym nie zgodzić?
Hubert: Kim są ci ludzie, żeby mówić o takich rzeczach. W sensie... kto pytał? My ogólnie bierzemy muzykę na poważnie, brzydzimy się ironią, brzydzimy się jakimiś takimi zagrywkami nieszczerymi i nie wiem, czy dałoby się pięć lat żyć w czymś, co nie jest autentycznie. Bardzo na serio podchodzimy i bardzo wiele planów życiowych pod tę muzykę układamy - wyjazdy, przecież to są inwestycje finansowe, czasowe, ogarnianie kalendarzu na wiele miesięcy do przodu, tyle rozmów, działań, bardzo wiele osób zaangażowanych i ja sobie nie wyobrażam, żebyśmy w tym wszystkim mówili, że sobie robimy jakiekolwiek jaja. A to, że ktoś maluje twarz na jakiś kolor i ktoś w trakcie naszego występu się śmieje, bo jest coś mega śmiesznego... Czy ja brzmię, jakbym był bardziej oburzony, niż jestem? Bo w ogóle nie jestem oburzony, a mam wrażenie, że mówię coraz szybciej i coraz bardziej agresywnie.
To się sprzeda dobrze. Możesz krzyczeć!
Cura: Wyjdź! (śmiech)
Hubert: To jest wszystko bardzo na serio. To jest bardzo ważny element naszego życia i nie wyobrażam sobie nie podchodzić do tego na serio.
Cura: Ostatnio takie zdanie mi się spodobało, że jeżeli patrzysz na nas i się śmiejesz, to więcej o tobie mówi niż o nas. To, że wychodzimy na scenę i śmiejecie się, to to na pewno nie była nasza pierwsza myśl, żeby takie były reakcje. Te rozkminy, jak wyglądamy i co będziemy robić, bardzo często są krótkie - ktoś miał pomysł, jakieś pragnienie i idziemy w tę stronę, nie rozważamy, co będzie następną rzeczą, z której ktoś się zaśmieje albo która zrobi jakąś furorę. Tylko: "O, mam pomysł, ubierzmy się tak" i robimy to, i nagle jesteśmy w telewizji ubrani jak klauni. Można się śmiać z absurdu życia, ale nie powiedzieć, że próbujemy być śmieszni.
Jak usłyszałam te słowa, to przewróciłam oczami trochę, bo jednak ten performance i warstwa wizualna u was jest bardzo ważna. I też wiem, że stoi za tym ciekawa historia, że, na przykład, gracie w galeriach. Powiedzcie coś więcej na ten temat.
Hubert: Mamy takie przeloty z galeriami sztuki. Wynika to trochę z tego, że sami zajmujemy się różnymi sztukami wizualnymi, Cura jest po ASP, ja jestem w trakcie magisterki i mamy po prostu dużo znajomych w galeriach i dużo wspólnych nici porozumienia, więc na koncie mamy bardzo fajne występy w galeriach. Chyba więcej Chair działało w galeriach niż my osobno w swoich, pożal się boże, karierach artystycznych, które czasem wydają się jeszcze trudniejsze niż ta muzyczna. Jest to zawsze bardzo fajne, bo to są ciekawe przestrzenie, zawsze możemy być częścią czy to wernisażu, czy jakiegoś większego performance'u i to dobrze się dopełnia, no bo koncerty, mimo ogromnej ekscytacji i ludzi, euforii, przygotowań, prób i tak dalej, są jednak trochę formą powtarzalną - można się bawić tym, co się robi na scenie, jak ta scena wygląda, można się bawić muzycznie, ale to jest ciągle klub, jest strona bierna i strona aktywna, a przestrzeń galeryjna pozwala na wymieszanie tego, na dużą albo dziwną scenografię, jakąś taką nie dezintegrację, ale jak to się mówi?
Cura: Dysocjację?
Hubert: Dekonstrukcję! Muzycznego show. Więc jeśli masz galerię, w szczególności sztuki, chociaż handlowe galerie też byśmy przyjęli... Jeśli masz jakąkolwiek galerię i jeśli masz galerię w telefonie, na przykład, to również zapraszamy do współpracy.
Jeszcze muszę wrócić na chwilę do tej warstwy wizualnej, bo... dlaczego klauni? Jeśli spytalibyście mnie, to nie ma nic bardziej przerażającego niż dzieci stojące w ciemnym korytarzu, jeszcze śpiewające, nie daj boże, i klauni.
Cura: To będzie trudne, więc będę szukać i dążyć ze słowami, bo nie do końca wiem, jaka jest odpowiedź. Pierwsza kwestia, skąd wziął się ten pomysł - ja bardzo chciałem w jakiś sposób dekorować twarz na koncertach. I podczas jednej próby się pomalowałem, Hubert powiedział: "Ej, faktycznie fajnie to wygląda" i to była taka pierwsza rzecz, który sprawiła, jak wyglądamy dziś. Ale czemu konkretnie klauni? No to jak mówiłem wcześniej, bardzo często mamy pomysł i próbujemy nie kwestionować, czemu robimy niektóre rzeczy. Po prostu wierzyliśmy w to, w tym momencie nadal w to wierzymy i dopóki nas nie odrzuca, że totalnie mamy już dosyć i chcemy zmiany, to jesteśmy tym postaciami. W Chair ważna jest ta lekkość, że nie krytykujemy, nie kwestionujemy za bardzo, nieraz nie do końca wiadomo, czemu coś działa lub nie, więc chcemy pozwolić na tę przestrzeń.
Wracając trochę a propos Maćka, bo myślę, że to jest połączone. W jakiś tam sposób Maciek był śmiesznym elementem w tym wszystkim, bo my byliśmy klaunami, on był w garniturze, więc się wybijał, ale też Maciek wprost nie robił nic dziwnego i śmiesznego. W tym utworze bardzo nam zależało, żeby w tym momencie, kiedy uderza tymi talerzami, był podkreślony crash, więc wzięliśmy osobę, która mogła bardziej podkreślić ten moment euforyczny. Jakby nie było nic wizualnego, to w ogóle by nie było nic śmiesznego, no bo tam buduje się do tego crasha i jest crash. Ale chyba to przez fakt, że postawiliśmy go na samym przodzie i ludzie nie widzieli za bardzo, co z tym zrobić, więc dopiero musieli się jakoś w tym odnaleźć. Często chcemy stworzyć taką przestrzeń, że ludzie wchodzą, poznają nas, nie do końca wiedzą, jak się z tym utożsamiać i muszą szukać. Też czuję, że jakby to było bardzo rozkminione, to by to nie wyszło, ale przez to, że pozwalamy na te szybkie pomysły, to wszystko jest lekkie, my w to wierzymy i nagle coś fajnego się dzieje pomiędzy nami i widzami.
Hubert: Właśnie wszyscy się potwornie śmiali z tego, że on zagrał, a tam, gdyby o tym pomyśleć, to nie ma ani jednej śmiesznej sytuacji, Trudno powiedzieć, że to jest żartem, że on nie uderzał w ten talerz przez cały utwór, bo on nie miał uderzać. Stał, zagrał swoją partię, która była niewielka, ale ja nie wiem, czy niewielka partia muzyczna jest śmieszna. Tam nie było żartu i okazało się, że tę próżnię wypełnili salwą śmiechu, potem jeszcze pani Julia Wieniawa wyznała mu miłość, więc było bardzo dużo reakcji, których nie spodziewaliśmy się, pisząc do niego, czy może uderzyć w talerz raz na scenie.
Przejdę do waszego nowego albumu, żeby Hubert się nie musiał denerwować już więcej.
Hubert: Wszystko na serio!
Wydaliście "Pleonasm" i co ciekawe, on jest nagrany na żywo - nagrywanie na setkę jest podobno trudniejsze, ale woleliście tak, bo energia live bardziej wam odpowiada niż takie dłubanie po kawałku?
Cura: Dla mnie jest trudniejsze to dłubanie, bo to jest nieskończoność, zawsze może być trochę lepiej albo coś. To chyba też łączy się tym, że bardzo chcemy złapać to, co się dzieje pomiędzy nami, że nagrywamy, że to jest na żywo i dajmy z siebie wszystko. Zawsze może być lepiej, inaczej, dykcja lepsza czy gorsza, ale chcemy jak najbardziej nas pokazywać - że to mogło powstać tylko dlatego, bo nas jest czwórka i zrobiliśmy to w tym miejscu. Zrobiliśmy też jak najmniej take'ów, żeby nie wybierać przez lata jakichś ustawień, jak to ma brzmieć. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby jak najbardziej oddać nasze możliwości. Komputery pozwalają na zrobienie wszystkiego, że jedna osoba nagle jest całą orkiestrą, ale chcieliśmy po prostu być bardziej prawdziwi w tym - nas jest czwórka, więc co możemy z tymi czterema ludźmi faktycznie stworzyć.
Hubert: A pomysł taki wyszedł po jednym z koncertów, chyba we Wrocławiu, gdzie w pewnym momencie wyładował nam się laptop, z którego puszczaliśmy klika i nagle musieliśmy grać tak bardzo typowo rockowo, słuchając się nawzajem i grając bez odsłuchu. I okazało się, że mega się skleiliśmy, jakoś się połączyliśmy i wyszła taka jakość, że realizator powiedział nam, że nagle usłyszał coś, czego wcześniej nie było. Wtedy wyszedł pomysł, że może nie będziemy tylko nagrywać w studiu, ale wynajmiemy kilka dni więcej, będziemy mieli próby, też całą trasę zrobiliśmy przed wejściem do studia, żeby właśnie się rozegrać, jakieś nowe pomysły przepróbować i do studia weszliśmy już mega rozgrzani, wiedzący, co chcemy robić, i to zadziałało. Bardzo jesteśmy zadowoleni z tego, jak ta płyta brzmi, i też bardzo sprawnie poszło w porównaniu do poprzednich płyt, gdzie faktycznie tego dłubania było. Tutaj dłubanie musiało się skończyć w aranżu, przed wejściem do studia. Bardzo nam to też przyspieszyło prace, które i tak były bardzo długie w sumie.
A myślicie, że to będzie dla was przełomowy album? Taki, że po tej płycie z tej jedynki, o której gadaliśmy wcześniej, będziecie na... 1,5? (śmiech)
Cura: Trzeba tak myśleć (śmiech).
Hubert: Ja się codziennie budzę rano i myślę: "Kurde, ale dzisiaj będzie przełomowy dzień"! Jadąc tutaj tramwajem, myślałem, że w końcu przełomowy wywiad w Interii, tak że...
Cura: Każdy moment jest tym przełomowym.
Ja głęboko wierzę, że ten album będzie dla was przełomowy, bardzo go propsuje, ale gdyby ktoś dopiero was poznawał, to powinien zacząć od tego albumu czy od jakiegoś, na przykład, wcześniejszego kawałka?
Cura: Ja myślę, że od tego. Najlepiej jest nagrany na pewno. Dodam może taki insight od człowieka, który jest overthinkerem, to znaczy marnuje swój czas, myśląc za dużo (śmiech). Myślę, że na tych poprzednich EP-kach, przez to, że były inaczej nagrane, mniej jest naszej energii - jest ogólna idea tych utworów, ale nie do końca jest nasza energia. Można ich słuchać, fajnie, ale na koncertach jest dużo, dużo lepiej po prostu, bo dajmy z siebie wszystko. Tutaj nagraliśmy płytę, która jest nagrana dobrze, z energią, po prostu to, co oferujemy na koncertach, jest na tej płycie. Więc trochę zacząłem myśleć, że te koncerty były niesamowite przez to, że było coś dodane, że muzyka była do słuchania i było ok, ale przechodzisz na koncert i jesteś zauroczony. Teraz nagraliśmy najlepsze wersje tych utworów, więc na koncercie trudno je przebić, więc w jakiś tam sposób te koncerty mogą być gorsze do słuchania i musimy znaleźć nową metodę, żeby sprawić, że koncerty będą unikatowe. Bo wcześniej było tak, że live to było to, że przechodziłeś na nas i faktycznie zaczynałeś rozumieć, bo to było to lepsze Chair. A teraz jest lepsze nagraniowo, więc musimy znaleźć, co możemy oferować na koncercie nowego, żeby to było faktycznie doświadczenie unikatowe, którego nie możesz doświadczyć w domu, tylko musisz być na miejscu.
Publicznie polecam te koncerty. Są bardzo dobre. I wrócę do marzeń, o których gadaliśmy na początku. Jakie marzenia następne? Bo wiem, Cura, że chciałbyś śpiewać po polsku...
Cura: (śmiech) Tak, jest to marzenie, które... Powiem szybko, że polski nie jest moim pierwszym językiem, ja się urodziłem i wychowałem w Londynie, w angielskim jest mi po prostu łatwiej, lepiej się wyrażam po angielsku i też przy okazji uważam, że ładniej mówię, i nawet nie potrafię skończyć tego zdania, więc dobrze to pokazuje... (śmiech). Ale bardzo lubię Polskę, lubię tutaj mieszkać. Na dziś chciałbym oddać wszystko, co potrafię, a ten język angielski jest na najwyższym poziomie, więc jestem na tym skupiony, żeby oddać to w najlepszej formie, ale fajnie by było pomyśleć, że kiedyś mógłbym siebie wyrażać dobrze po polsku. Jest to trudne marzenie dla mnie, bo za każdym razem próbuję, bardzo tego nie lubię, po prostu mnie odpycha, chyba nie stworzyłem tej tożsamości polskiej, żebym usłyszał i powiedział, że to jest to.
Ale takie marzenie na teraz, to po prostu chciałbym jak najwięcej móc spędzać czasu z Hubertem...
Hubert: Oooo. Ojeju. Specjalnie do mnie przyjechał na tydzień do Krakowa z dziewczyną, żeby spędzić więcej czasu ze mną, jakie to było miłe.
Cura: ... z zespołem, Stefanem...
Hubert: Ale ze mną bardziej!
Cura: (śmiech) ... i z Olą. I żebyśmy mogli robić więcej jako zespół. Bo właśnie tak, jak Hubert mówił na starcie, fakt, że nadal istniejemy, a nie mamy ogromnej wytwórni za nami, nikt nie pcha, żeby to powstawało... Jedyną rzeczą jest to, że my chcemy i my to pchamy. Nie jest to łatwe, żeby przetrwało, i rozumiem te osoby, które przestały to robić, bo to jest bardzo męczące, jeśli robisz to jako jedna osoba, pojawia się też krytyka, że TY nie potrafisz, a w zespole...
Hubert: W zespole okazuje się, że nikt tego nie potrafi (śmiech).
Cura: Ale jest tak super (śmiech).
Hubert: Ale serio. Jest takie, że ja jestem do d.py, ale przynajmniej razem jesteśmy do d.py.
Cura: I na koniec i tak jest fajnie spędzić czas razem! Ważne, że jesteśmy razem, robimy to i cały czas widać, że każdy z nas chce to robić. To jest chyba najfajniejsze. Moment, w którym jedna osoba powie: "Słuchajcie, chyba to nie ma sensu", to jest mój nightmare. Ale do momentu jak widzę, że każda osoba totalnie chce to robić i każda okazja jest brana na 110%...
Hubert: A co, jak ty będziesz tą osobą, która to powie?
Cura: To będę myślał, że coś straciłem. Dopóki jest ta chęć, jestem przeszczęśliwy.
Jeszcze chciałem powiedzieć, co do twojego polskiego, że użyłeś w tym wywiadzie słowa "dysocjacja", więc myślę, że twój polski jest raczej... Myślę, że wiele osób nie wie, co znaczy "dysocjacja".
Cura: (śmiech). Mój polski jest mocno oparty na tym, co słyszę dookoła. Ja aż tak chyba nie jestem świadomy słownictwa, którego używam, bardziej używam rzeczywistości wokół mnie jako takiego soundboardu, że rzucam i sprawdzam, czy to ma sens (śmiech). Dlatego też nie czuję się na tyle pewny, żeby pisać tekst i powiedzieć, że to jest to, a potem wyjść z tym na świat. Bo mój polski tylko istnieje w momencie, że jest ktoś, coś tam odpowiada i wiem, że plus minus ma to sens. Wczoraj spotkałem się ze znajomą, rozmawiałem i totalnie cały czas czułem, że wszystko, co mówię, w ogóle nie ma sensu. No nic się nie odbijało i miałem takie: dobra, dziś nie jest mój dzień (śmiech).
Hubert: Potrzebujesz, żeby ci ktoś potwierdzał.
Cura: Tak, że ooo, to jest zdanie (śmiech).
To jeszcze tak na koniec trochę filozoficznie, jakbyście wiedzieli, że słucha was cały świat, to co byście powiedzieli?
Hubert: Bardzo wulgarnie bym coś powiedział na temat Rosji i Izraela, mam wrażenie. A można przeklinać?
Cura: Uważam, że jeżeli masz jakieś pragnienie, to bardzo ważne jest, żeby nie myśleć cały czas, bo myślenie nie sprawia, że to coś staje się rzeczywistością. Lepiej po prostu faktycznie coś robić i mniej myśleć. Nie że "a, kiedyś zagram koncert, za 2-3 lata, bo będzie lepszy, będę miał lepszy sprzęt" itd. Jak masz ochotę coś zrobić, wypróbuj to, zobacz, czy ci się podoba i potem można myśleć, czy pójść z tym dalej. Ale na pewno jako overthinker, wiem, że nie warto rozkminiać do bólu, aż będzie idealnie. Po prostu próbuj i oceniaj po fakcie, nigdy przed.
Hubert: Próbowanie zawsze jest cool. Mniej myślenia, więcej robienia.













