Alicja Rudnicka, Interia Muzyka: Jak przedstawilibyście się osobom, które jeszcze nie poznały Braci Figo Fagot? Jaki jest wasz koncept?
Piotr Połać, Bracia Figo Fagot: To jest ciekawe, bo ten koncept zmieniał się na przestrzeni lat. Zawsze było to jakieś takie lustro przykładane społeczeństwu, a na pewno mężczyznom głównie. I w tym aspekcie zespół jest jak najbardziej punkrockowy. Teraz jest to zespół ugruntowany - trudno powiedzieć, czy porusza się całkowicie w alternatywie, bo na pewno nie jest mainstreamowy, ale jest czymś pośrodku.
Natomiast główne przesłanie, jakie Figo Fagot za sobą niesie, to zdecydowanie "z deszczu pod rynnę". To jest ten rodzaj humoru, w którym główny bohater ładuje się w tarapaty, a wszystkie próby wyjścia z nich tylko pogłębiają jego kryzys.
Większość głosów krytyki pojawia się ze strony kobiet - czują się bardziej dotknięte waszym komentarzem. A często mężczyźni dostają mocniej w tej narracji.
Wydaje mi się, że to jest kwestia tego, jak głęboko chcesz w coś wejść. W warstwie lirycznej rzeczywiście dostaje się kobietom, natomiast głębsza warstwa - kto to śpiewa, kim jest podmiot liryczny, jaki on jest - to już krytyka męskiego zachowania.
I faktycznie, ja rozumiem tę krytykę. Nie każdemu podoba się nasza konwencja muzyczna. To nie jest disco polo - to jakiś rodzaj muzyki dance, ale przez pryzmat słowiańskiej duszy. Tak bym to określił. To nie jest muzyka zachodnia - to coś bardzo "polskiego". I jeżeli komuś to przeszkadza, kto tylko usłyszy tekst i nie ma zamiaru zagłębiać się w to bardziej, ja to rozumiem i nie mam o to żadnych pretensji.
Apel mój do kobiet urażonych: jeżeli chcą poświęcić chwilę czasu na posłuchanie, o czym tak naprawdę są te piosenki, to zobaczą, że są to piękne melodie o okropnych rzeczach.
Jesteście na scenie od wielu lat. Czy nadal zdarza się, że ludzie są zszokowani i nie rozumieją tego pastiszu, który prezentujecie? Czy te głosy już ucichły?
Trudno mi powiedzieć. Z jednej strony dość mocno jesteśmy w roli, kiedy jesteśmy Figo Fagot. Czasem ludzie - może przez scenariusze, które robimy wspólnie - wiedzą, że nie jesteśmy tymi dwoma postaciami. Ale jeśli ktoś nie wie, że robimy coś poza Figo Fagot, to traktuje nas powierzchownie.
Kiedy są filmiki pokazujące, jak zachowują się Figo i Fagot, to oni są takimi cwaniaczkami - jak Flip i Flap - niezbyt rozgarnięci. Jeżeli ktoś kupuje tę postać z całym jej anturażem, to może tak myśleć. I wtedy jest zszokowany: "O, ci goście potrafią mówić, myją ręce po sikaniu" - co wydaje się nieoczywiste.
W hip-hopie to norma - mieć tzw. "skina", czyli jak to się mówi w rap-grze - "przewózkę". Ktoś zakłada ciuchy, przyjmuje postać i śpiewa o rzeczach, z którymi w życiu prywatnym nie ma nic wspólnego.
Sam Quebo, udzielając ostatnio czterogodzinnego wywiadu, mówił o swoich personach - że miał ich kilka.
Zabawne jest to, że ludzie, którzy rozumieją te kwestie w kontekście rapu, nie potrafią tego przełożyć na Figo Fagot. Może dlatego, że jesteśmy kojarzeni ze środowiskiem muzyki gitarowej, gdzie to nie jest aż tak subtelne.
Pamiętam ogromne rozczarowanie fanów metalu, kiedy okazało się, że Tom Araya ze Slayera jest katolikiem. Nie mogli w to uwierzyć. To było dla mnie zabawne - że ktoś nie potrafi oddzielić postaci scenicznej od człowieka.
Jeśli chodzi o szok, to jest on już znacznie mniejszy. Ludzie mają świadomość, że to żart, ale wciąż ciągną się za nami pewne rzeczy. Na przykład nigdy nie zagramy żadnej imprezy państwowej - Juwenaliów czy Dni Miasta - w Poznaniu. Tam uznaje się nas za rasistów przez piosenki o Cyganach.
Kiedyś, właśnie na Juwenaliach, chcąc pokazać, że nie jesteśmy rasistami i że to pastisz starego disco polo - gdzie ciągle pojawiają się Cyganie i siwe konie - wystąpiliśmy razem z zespołem romskim. Ale łatka została przypięta. I to jest przykre, bo absolutnie nie jestem rasistą. Wręcz przeciwnie - aktywnie zwalczam rasizm wszędzie, gdzie mogę.
Domyślam się, że to dotkliwe, ale z rzeczy pozytywnych - czeka was występ na Jarocinie. Jakie emocje wam towarzyszą? Czy spodziewacie się tam czegoś nowego?
My na różnych dużych scenach graliśmy i grywamy dość regularnie, więc sama przestrzeń i te technikalia nie są dla nas niczym nowym ani przejmującym. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że my tam - wbrew pozorom - bardzo pasujemy. Bo ja bym jednak przez cały czas mówił o tym, że tę muzykę trzeba traktować trochę inaczej. To jest taka "muzyka buntu" i wydaje mi się, że nie będzie żadną kontrowersją, jeśli tam wystąpimy.
Jeśli chodzi o kwestie techniczne - my mamy swoją technikę, więc to nie jest tak, że Figo i Fagot przyjeżdżają z mikrofonami do udawania (śmiech).
Zresztą prawdziwa historia - kiedyś mieliśmy taką sytuację, że graliśmy koncerty, rzadko to robimy, ale z 10-12 lat temu była taka trasa po tzw. "Wichurach", czyli gminnych dyskotekach. No i przyjeżdżamy do jednego lokalu, a facet zupełnie szczerze patrzy na nas i mówi: "Mikrofoniki do śpiewania czy do udawania?"
Jeśli chodzi o wasz kontakt z publicznością - czy po większych lub klubowych koncertach macie czas na interakcję? Czujecie inną energię na tej scenie?
Mamy więcej czasu, kiedy gramy jako Figo Fagot, a nie w formule festiwalowej. Od trzech lat koncertujemy i teraz czwarty rok będziemy grać w formule festiwalu "Trzydzieści procent", gdzie dwie osoby - czyli ja i Bartek - grają trzy zespoły. I faktycznie nie wychodzimy do ludzi po koncercie, bo kontakt na scenie jest cały czas zachowany, natomiast ten po koncercie jest ograniczony, bo jesteśmy wykończeni.
Po takim koncercie, gdzie grasz trzy zespoły, to trwa cztery godziny. Mamy piętnaście minut na przebranie się, potem pół godziny, żeby odpocząć.
Na koncertach solowych mamy więcej czasu dla publiczności. Myślę zresztą, że w Jarocinie będzie można nas spotkać gdzieś przy płocie - będziemy sobie słuchać innych wykonawców, jak już tam będziemy. To też jest fajne - kiedy gra się wcześniej, może nie ma tego pełnego uderzenia wizualnego, ale szybciej jest fajrant i można po prostu posłuchać muzyki.
Kiedy jest się headlinerem albo gra się po headlinerze - tzw. "wykończeniówkę" - to taki festiwal to już tylko hotel i kurtyna.
To teraz przejdę do innego tematu - do Eurowizji. Chcieliście wziąć udział w tegorocznej edycji. Czy w przyszłym roku planujecie kolejne podejście?
Chyba nie. Wydaje mi się, że formuła tego konkursu - w sensie przepuszczania zespołów - jest w tak strasznym formacie telewizyjnym i tak bardzo zależna od włodarzy telewizyjnych, którzy nie zawsze podejmują dobre decyzje, tylko raczej działają we własnym interesie, że to po prostu nie ma sensu. Figo Fagot nigdy nie zostanie, przynajmniej przez najbliższe dziesięć lat, zrozumiany jako coś, co ma szansę.
Cały czas pokazuję palcem na Tommy'ego Casha, który w zasadzie jest czymś takim jak Figo Fagot w Estonii. No i oni na to postawili - trzecie miejsce to przecież nie jest źle, prawda?
Nie chcę się jakoś strasznie boczyć na Justynę, rozumiem, dlaczego tak się musiało stać i jakie tam są koleżeństwa zaangażowane. Jednak, jeśli mogę w swoim stylu wrzucić łyżkę dziegciu do tego interesu, to mam pytanie - czy te wszystkie media przeproszą Lunę? Bo rok temu czternaste miejsce było skandalem, grandą, i wszyscy pytali: jak można było tak źle wypaść? A w tym roku - czternaste miejsce to nagle wielki sukces polskiej piosenki estradowej. Wydaje mi się, że w tym aspekcie, jeśli tak to traktujemy, to chociaż czekoladki można by tej biednej dziewczynie wysłać.
Było dużo kontrowersji wokół samych eliminacji, ale - nie żeby i w naszym przypadku ich nie było. Może to nie żal, ale jakaś taka mała złość, którą czuję wobec Eurowizji. Dlaczego nas nie dopuszczono do preeliminacji? Nawet nie dano nam tej szansy, żeby "ludzie nas wykosili". Zamiast tego - paniczny lęk przed tym, że coś może pójść nie tak i Figo Fagot przez głosy ludzi wygra. Trochę to smutne.
Jeszcze, jeśli chodzi o kwestie techniczne, my na przykład nie mogliśmy nic ogłaszać aż do 14 grudnia czy stycznia. Tam były ścisłe zasady: nie możemy kontaktować się z jury, nie możemy rozmawiać z nikim z Telewizji Polskiej. Wysyłamy zgłoszenie i czekamy. A potem dopiero ogłoszone zostają preeliminacje i możemy powiedzieć, że wzięliśmy w nich udział.
Tymczasem z mediów dowiadujesz się, że Sara James jest w stałym kontakcie z jury, że chce podmienić piosenkę, że nie jest pewna, czy w tym roku chce wystąpić... I myślisz sobie: "No dobra, regulamin jest jeden, prawda?" Prawda?
To ciekawe, bo z jednej strony w Polsce jest awersja do wystawienia zespołu prześmiewczego, a z drugiej - na Eurowizji występują artyści tacy jak Tommy Cash czy Miriana Conte z "Serving Kant". Kontrowersyjne utwory, a jednak cieszą się popularnością.
Na Eurowizji możesz pójść tylko w dwie strony. Albo w popowy wodewil, który najczęściej wygrywa, albo w pastisz. Nawet te popowe piosenki są specyficzne - nie wierzę, że ktokolwiek na kuli ziemskiej, poza moją córką, która teraz oglądała Eurowizję, słucha piosenek z Eurowizji tak po prostu. To jest niezwykle specyficzny rodzaj muzyki.
Nawiążę jeszcze do tych zasad panujących na Eurowizji - są one bardzo niejasne. I to jest przykre, bo akurat w tym roku włodarze Eurowizji zapowiedzieli, że chcą zrobić ten system bardziej egalitarny, że mają się liczyć głosy ludzi, a nie decyzje telewizji. No i okazało się, że jednak nie tak łatwo jest z tego zrezygnować.
Ale spokojnie - przynajmniej w tym roku nie ma medialnego obciachu. A my jesteśmy w naszej ulubionej roli, czyli: "Polacy zostali zdradzeni" (śmiech).
Polacy najlepiej się tak czują. Nawet nie wiem, jak byśmy przyjęli sukces - być może by nas to przerosło. Natomiast w sytuacji, w której jest zdrada, że wypięli się na nas wszyscy sąsiedzi, że nikt nas nie lubi - to my wtedy rozkwitamy jak piękny biało-czerwony kwiat.
Zdarza się, że im większa porażka, im więcej ktoś się najadł wstydu - tym większe zainteresowanie mediów.
To, moim zdaniem, działa dokładnie tak samo w przypadku naszej reprezentacji w piłce nożnej. Często to podkreślam - oni nie mogą wygrywać, bo to są nasze narodowe "Dziady". To element inicjacji na Polaka: przejście przez Euro, przez Mundial, w którym odpadamy już w fazie grupowej. Najpierw rozbudzone nadzieje, potem nieudane pierwsze, drugie, ale trzecie spotkanie - ostatnie - z honorem, zwycięskie! Mimo wszystko całość kończy się porażką.
To jest bardzo piękne. To jest taka mickiewiczowska, płacząca wierzba. I szczerze mówiąc - ja bym nie chciał, żeby oni wygrywali. To część naszego narodowego mesjanizmu i cierpiętnictwa. Oni muszą przegrywać. Tak naprawdę powinniśmy im jeszcze więcej płacić.
Jak są głosy, że za dużo zarabiają, a kiepsko grają - to właśnie dlatego! Oni pięknie to odgrywają. Są w tym idealni. Biorą na siebie wszystkie grzechy świata (śmiech), a potem za nas się tam kompromitują. To jest cudowne! Jeśli spojrzymy na to z tej perspektywy, to naprawdę - co dwa lata odbywa się najpiękniejsza misterium piłkarskie na kuli ziemskiej.
Jakie macie dalsze plany? Czy planujecie wydać nowy album, są jakieś projekty na horyzoncie?
Planujemy nowy album - jeszcze bez tytułu - który chcemy wydać jesienią. Już 3 i 4 października startujemy z trasą w warszawskiej Progresji. Trzeciego zagramy imprezę w stylu "oldschool disco polo" - w tym sensie, że wykonamy pierwszą płytę od deski do deski, czy raczej od sztachety do sztachety, plus kilka kawałków, których zazwyczaj nie gramy. Natomiast czwartego oficjalnie rozpoczynamy trasę promującą nowy album.
Zaczęliśmy teraz intensywnie nad nim pracować. Jest już sporo numerów, ale dopiero teraz mamy konkretny plan studyjny - piątki, poniedziałki, wtorki, a potem pewnie jeszcze czwartki i piątki. Chcemy zamknąć płytę do końca lipca. Mamy już siedem albo osiem utworów, więc trzeba dorobić jeszcze kilka Będzie więc nowa płyta na jesień - i to nie będzie ostatni album Figo Fagot.
Szykujemy też zupełnie nowe show wizualne. Mogę tylko zdradzić, że będzie to "kontrolowana, piękna katastrofa".
Mam nadzieję, że jak płyta się pojawi, to podeślecie ją nam do odsłuchu do recenzji!
No oczywiście, że tak! W tym momencie współpracujemy z Warnerem, więc kontakt z mediami jest myślę dużo łatwiejszy - na pewno wyślemy!










