Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Ostatnio gracie trochę rzadziej niż w poprzednich latach. Działacie też w innych projektach. Co musiało się ułożyć, osobiście, twórczo i praktycznie, żeby Birds in Row wrócili na trasę?
Bart, Birds in Row: - Trasa, w którą ruszamy w przyszłym tygodniu, właściwie nie miała się wydarzyć. Mieliśmy skończyć koncertowanie zeszłego lata i przejść do nowych projektów, tak jak mówiłeś. Mamy projekt Pain Magazine, któremu chcieliśmy poświęcić czas, a potem planowaliśmy pracować nad nową płytą Birds in Row.
Nasz basista ma też solowy projekt, w ramach którego musiał wydać nowy album. Płyta ukaże się w październiku, więc potrzebował czasu na pracę nad nią i trasę. To dość dziwna trasa, bo te koncerty miały odbyć się w kwietniu, ale złamałem kolano. A granie koncertu Birds in Row na siedząco nie wchodzi w grę.
Ludzie już pracowali nad tymi koncertami i nie chcieliśmy nikogo zawieść, więc zdecydowaliśmy się przenieść je na wrzesień. I oto jesteśmy. W zasadzie robimy to, czego mieliśmy nie robić.
Kiedy zespół wraca po spokojniejszym okresie, publiczność często oczekuje albo solidnej kontynuacji, albo zupełnej zmiany formy. Która z tych opcji jest bliższa Birds in Row?
- Nie jestem pewien. Graliśmy w środę w Paryżu, a osoba organizująca ten koncert wrzuciła dzisiaj relację na Instagramie. Napisała, że mamy jednocześnie oba te elementy: emocjonalną ciągłość we wszystkim, co robiliśmy - na wszystkich płytach i we wszystkich etapach działalności - ale też to, że na każdym albumie odkrywamy się na nowo.
Myślę, że trzeba robić jedno i drugie. Zawsze chcieliśmy unikać wydawania dwa razy tej samej płyty. Wciąż jesteśmy jednak tym samym zespołem. Nie staniemy się jutro zespołem techno, a na kolejnej płycie grupą folkową.
Staramy się robić coś innego za każdym razem. Dlatego wydawanie płyt zajmuje nam tak dużo czasu. Musimy przetrawić to, co stworzyliśmy, a potem długo koncertować z tym materiałem. "Gris Klein" ukazało się bodajże cztery lata temu.
Tak, to już cztery lata! Przed wywiadem sprawdzałem datę i byłem w szoku.
- My zawsze potrzebujemy czasu, żeby intensywnie koncertować z albumem. "Gris Klein" był też dla nas pewnym przejściem na bardziej profesjonalny poziom. Nie mówię tego w negatywnym sensie, po prostu zespół zaczął działać trochę inaczej.
Potrzebujemy czasu, żeby później stworzyć coś nowego. Jeśli wydajesz płytę co roku, prawdopodobnie będzie brzmiała podobnie do tej poprzedniej. Nie jest to krytyka wobec zespołów, które działają w taki sposób. Na artystach jest dziś ogromna presja, żeby nieustannie tworzyć treści.
Mamy szczęście, że możemy dać sobie czas i wydawać płyty rzadziej, próbując robić rzeczy bardziej różnorodne. Naszą intencją jest, żeby na każdej płycie być trochę innym zespołem, jednocześnie pozostając sobą. Nadal marudzimy na te same rzeczy, tylko w inny sposób.
W przyszłym roku minie najdłuższy okres między albumami Birds In Row. Czy jako zespół macie już wspólną wizję kolejnego rozdziału?
- Zaczniemy pracę nad nowym albumem na początku 2027 roku, prawdopodobnie w styczniu. Nie wiedzieliśmy też, czego się spodziewać po Pain Magazine ani ile potrwa koncertowanie z tym projektem. Nie mieliśmy więc od początku szczegółowo zaplanowanego harmonogramu.
Teraz musimy po prostu odnaleźć rytm, żeby stworzyć coś nowego z Birds in Row. Dobrze się złożyło, że teraz znów koncertujemy pod tym szyldem. To trochę jak ponowne otwarcie książki, żeby móc wrócić do niej właściwie.
Nie mogę podać konkretnego planu, bo sami jeszcze nie jesteśmy pewni, jaki będzie nasz harmonogram. Oczywiście, jak każdy zespół, kiedy zaczynamy myśleć o stworzeniu czegoś nowego, chcemy, żeby wydarzyło się to szybko. Zrobimy więc wszystko tak szybko, jak tylko będziemy mogli.
Od premiery Gris Klein minęło już trochę czasu. Mieliście zapewne okazję spojrzeć na ten album z dystansu. Co rozumiecie dziś na jego temat, czego nie mogliście jeszcze dostrzec w czasie pracy nad nim?
- To prawda, że bardzo wiele dowiadujesz się o własnej muzyce, kiedy długo grasz ją w trasie. Dwa dni temu zagraliśmy pierwszy od roku koncert Birds in Row, na festiwalu DIY niedaleko naszego miasta. To uczucie było wyjątkowe, myślę, że dla całej naszej trójki. Naprawdę dobrze było znów zagrać te piosenki.
Praca nad "Gris Klein" była trudna. Powstawał w okresie pandemii. Na początku wydarzyło się wiele negatywnych rzeczy i stworzyło to pewne napięcia w zespole. Zamknięcie tamtego rozdziału było więc w pewnym sensie ulgą.
Ale zagranie tych utworów ponownie w ostatni weekend wydało się bardzo właściwe. Na "Gris Klein" chcieliśmy mówić o depresji na wiele różnych sposobów, a mam wrażenie, że obecnie jest tylko gorzej. Te piosenki mają więc teraz nawet więcej sensu.
Kiedy mówimy o depresji i trudnych tematach, w tej muzyce jest dla nas pewna pozytywna energia. Dobrze jest móc krzyczeć do mikrofonu i czuć, że jest się częścią czegoś - społeczności czy czegokolwiek podobnego.
Nie sądzę, żebym nauczył się o "Gris Klein" czegoś więcej, niż wynikało z naszej pierwotnej intencji. Kiedy wydaliśmy "You, Me & the Violence", nasz pierwszy longplay, chyba przez dwa lata próbowałem zrozumieć, w jakim miejscu byłem, gdy pisałem teksty.
W przypadku "Gris Klein" było inaczej. To była refleksja, która istniała w nas przez długi czas, jeszcze zanim zaczęliśmy pisać teksty. Nie mogę powiedzieć, że same piosenki były już "przetrawione", bo jeszcze nie istniały, ale tematy były nam bardzo dobrze znane. Mówienie o nich na scenie co wieczór sprawiało, że mocno w nas rezonowały. Czujesz, że opanowałeś temat utworu, bo myślałeś o nim miesiącami albo latami, zanim napisałeś słowa.
Sam tytuł sugeruje, że depresja zmienia czyjąś percepcję, ale nie wymazuje rzeczy, których nie jest się już w stanie dostrzec. Czy twoja relacja z tą metaforą zmieniła się od premiery?
- Niekoniecznie, ponieważ osobiście doświadczyliśmy depresji w zespole. Niektórzy z nas naprawdę przez to przechodzili. Widzieliśmy na własne oczy, co depresja robi z człowiekiem.
A świat, jak mówiłem, obecnie wcale nie staje się lepszy. Trudno odnaleźć się w nim, kiedy już wcześniej nie czujesz się dobrze we własnej skórze. To, co widzieliśmy i o czym mówiliśmy na "Gris Klein", kiedy pisaliśmy teksty i utwory, pozostaje bardzo aktualne również dzisiaj.
Zespół przed laty zdecydował się na częściową anonimowość. W czasach, gdy od muzyków oczekuje się ciągłego tworzenia treści i sprzedawania własnego wizerunku, jak wy sobie z tym radzicie?
- Słabo (śmiech). "Gris Klein" było dla nas płytą, po której granie muzyki stało się naszym zawodem. Nie mówię o "zawodzie" w negatywnym sensie. Po prostu dostaliśmy możliwość utrzymywania się z muzyki, co jest świetne. Ale wiąże się to również z zasadami, które na początku działalności zespołu chcieliśmy podważać.
Im większy czy bardziej profesjonalny staje się zespół, tym bardziej to narasta. Niestety dotyczy to też sceny DIY. Myślałem o tym dzisiaj, ukrywaliśmy twarze i imiona, nadal w pewnym sensie to robimy, ale ludzie zawsze próbowali dowiedzieć się, kim jesteśmy. Albo udawali, że znają nasze prawdziwe nazwiska.
Ludzka ciekawość jest bardzo silna. Myślę, że w dużej mierze wynika to z kultury boysbandów i podobnych zjawisk. Zupełnie tego nie rozumiem. Oczywiście, chcesz wiedzieć, czy wokalista twojego ulubionego zespołu nie jest dupkiem. Nie chcesz wspierać obiektywnie złych ludzi.
Ale dla mnie najważniejsza zawsze była muzyka i rzeczy, które próbujemy budować wokół zespołu. Zawsze miałem problem ze zrozumieniem, dlaczego ludzie muszą znać nasze imiona, widzieć nasze twarze i czuć, że są częścią tajemnicy w stylu: "Znam prawdziwe imię wokalisty".
Zakładając Birds in Row, chcieliśmy podważyć pewne rzeczy: nie mieć imion, nie pokazywać twarzy, inaczej sprzedawać merch i tak dalej. Niektórych zasad łatwiej jest bronić niż innych, kiedy zespół staje się bardziej profesjonalny albo zaczyna być źródłem utrzymania.
To nie czyni z nas komercyjnego zespołu, ale oznacza, że gramy w innych klubach i na innych festiwalach, spotykamy ludzi, którzy często nie rozumieją, czym jest kontrkultura. Kiedy masz przekaz odmienny od normy, oni nie zawsze rozumieją, co robisz, więc próbują wtłoczyć cię w schematy, które znają. Zespół ma mieć zdjęcie promocyjne, podpisane imionami członków itd.
Musimy z tym cały czas walczyć. W pewnym momencie trochę odpuściłem, bo nie sądzę, żeby było to aż tak ważne. Myślę, że przekaz dotarł. Ludzie z jakiegoś powodu wciąż są do tego przywiązani, a ja naprawdę nie rozumiem dlaczego i chyba nigdy nie zrozumiem.
Kiedy celowo próbujesz ukrywać swoją tożsamość, ludzie stają się jeszcze bardziej ciekawscy. W pewnym sensie dostajesz dokładnie odwrotny efekt. Kojarzy mi się to z sytuacją Sleep Token.
- Myślałem też o Slipknot, bo tam było podobnie. Przez lata nie znaliśmy ich tożsamości, a dziś znamy pełne imiona i twarze muzyków. To prawda, ludzie są bardziej zainteresowani, kiedy coś ukrywasz. Ale jeśli nikt nie podważa tych zasad, nic nigdy się nie zmieni i nie pojawi się nowa perspektywa na promowanie zespołu ani na to, co w działalności zespołu powinno być ważne.
Próbowaliśmy to zrobić, nadal robiąc zdjęcia promocyjne, ale ukrywając twarze. To był statement. Nie chodziło o to, że nie chcieliśmy zrobić zdjęć promocyjnych albo o tym zapomnieliśmy. Chodziło o powiedzenie: "Nie chcemy pokazywać, kim jesteśmy, bo to nie jest ważne". Chcieliśmy być postrzegani jako grupa ludzi, a nie jako basista, perkusista i gitarzysta.
Niektórzy zrozumieli, co mamy na myśli. Inni chcieli po prostu normalnej sytuacji, w której można zrobić z muzyków gwiazdy. To dość dziwne.
Wkrótce przyjeżdżacie do Polski. W Warszawie zagracie z Domem Złym, a w Poznaniu z Zespołem Sztylety. Braliście udział w wyborze supportów?
- Nie, zaufaliśmy promotorowi, Winiary Bookings. Organizowali nam już kilka koncertów. Bardzo lubię, gdy lokalni promotorzy sami dobierają supporty, bo wtedy mogą stworzyć wokół koncertu coś swojego - społeczność czy konkretną atmosferę. Dlatego zawsze im ufam. Czasem sami mówimy, że chcielibyśmy koncertować z konkretnym zespołem, ale tym razem byliśmy zdani na organizatorów. Całkowicie zaufałem im w kwestii doboru dobrych kapel i naprawdę nie mogę się doczekać, żeby ich zobaczyć.
Pytam o to, bo te zespoły bardzo pasują do waszej muzyki i charakteru tego koncertu.
- Od początku Birds in Row koncertowaliśmy z bardzo różnymi zespołami, bo trudno przypisać nas do jednej konkretnej sceny. Teoretycznie najbliżej nam do sceny screamo, punkowej i hardcore'owej, bo z niej się wywodzimy.
Ale koncertowaliśmy na przykład z Oathbreaker czy The Chariot, czyli zespołami dużo bardziej metalowymi od nas. Z drugiej strony jeździliśmy w trasę z Caspian, który jest zespołem post-rockowym, albo z Kælan Mikla, grającymi cold wave.
To fajne, że możemy grać z tyloma różnymi zespołami i nie być ograniczeni do jednej konkretnej sceny. Bardzo kocham scenę screamo i punk-hardcore, bo stamtąd pochodzę, ale fajnie jest też doświadczać innych środowisk.
Myślę, że ciężar muzyki Birds in Row wynika z emocjonalnej wartości tego, co robicie. Wasze koncerty są bardzo katartyczne. Nadal odbieracie je w taki emocjonalny sposób, czy może przejął to wszystko profesjonalizm?
- Pod tym względem nic się nie zmieniło. To, że granie stało się naszą pracą, nie zmieniło faktu, że wychodzimy na scenę, bo mamy coś do powiedzenia i coś do przeżycia. To dobrze, bo trochę się tego obawiałem. Nie chciałem czuć, że wsiadam do vana i jadę w trasę tak samo, jak szedłbym do pracy w fabryce albo sklepie.
Mamy ogromne szczęście, że możemy żyć z naszej pasji. Nie chcę czuć, że musimy grać wyłącznie ze względów finansowych. Nadal zdecydowanie gramy w ten sam sposób.
Jak mówiłem, w ostatni weekend zagraliśmy pierwszy od roku koncert i naprawdę cudownie było wrócić na scenę. Im więcej gramy, tym więcej osób łączy się z tym, co robimy. Powstaje mała społeczność. Mamy przyjaciół w wielu miejscach.
Ten ostatni koncert był tego idealnym przykładem, bo właściwie wszędzie byli nasi znajomi. Jest płacz, taniec, krzyk, a na końcu wszyscy czują się dobrze. Zaczynając od nas samych. To dla nas naprawdę katartyczne doświadczenie. Mam nadzieję, że dla publiczności również, ale dla nas to zdecydowanie sposób, żeby wyrzucić z siebie wszystko negatywne, co nosimy w środku.
Jeśli ta trasa oznacza początek nowego etapu, co chcielibyście zostawić za sobą, a co wynieść z niej dalej?
- Co chcemy zostawić za sobą? Nie wiem. Nie mam wielu żalów. Wydanie nowej płyty zawsze symbolicznie oznacza nowy początek. Już teraz rozmawiamy o tym, jak chcemy działać przy kolejnym albumie, jak go wydamy, jak będziemy organizować koncerty i tak dalej.
Wiem, że w tym kierunku pewne rzeczy się zmienią i że będą to zmiany na lepsze. Może więc chcemy zostawić za sobą wszystkie małe błędy, które popełniliśmy. Bo zawsze popełnia się błędy. Próbujemy różnych rzeczy, a kiedy próbujesz, coś albo się nie uda, albo zadziała. Trzeba pogodzić się z tym, że błędy będą się zdarzać.
Z tej trasy chcemy przede wszystkim wynieść poczucie, że ten zespół nadal żyje. Po roku bez grania w pewnym sensie zaczynasz mieć w głowie wrażenie, że zespół już nie istnieje. Chcemy więc go reaktywować.
Może zabrzmi to banalnie, ale podczas trasy promującej "Gris Klein" nie graliśmy zbyt wiele w Polsce. Zagraliśmy chyba tylko raz, z Cult of Luna. Bardzo lubimy Polskę. Od początku działalności zawsze byliście dla nas bardzo gościnni. Podczas naszej pierwszej europejskiej trasy graliśmy w Polsce, chyba we Wrocławiu.
Mamy tu wielu przyjaciół i szczególną więź z tym miejscem. Fajnie jest wracać, na nowo doświadczać radości, którą pamiętasz z poprzednich wizyt, poznawać nowych ludzi i widzieć starych znajomych. Tego chcemy od tej trasy. A później, wraz z nową płytą, chcemy po prostu zbliżyć się do tego, żeby być najlepszym zespołem, jakim możemy być - dla siebie i dla osób, które w nas wierzą.










