Basia Bulat: Marek Grechuta to dla mnie postać porównywalna do Boba Dylana [WYWIAD]
Basia Bulat to wielokrotnie nagradzana kanadyjska artystka, która po niemal 10 latach przerwy wraca do Polski na trzy występy, podczas których będzie promować swój najnowszy album "Basia's Palace". Nie jest wielką tajemnicą fakt, że ta wokalistka i multiinstrumentalistka wywodzi się z polonijnej rodziny. Jednak nigdy dotychczas jej korzenie nie wybrzmiały tak mocno jak przy okazji ostatniej płyty. Z Basią Bulat porozmawialiśmy właśnie o pochodzeniu, ale też o nowej płycie i o przeszłych, ale też nadchodzących występach w Polsce.

Rafał Samborski, Interia Muzyka: Od 21 do 23 kwietnia grasz koncerty w Krakowie, Warszawie i we Wrocławiu ze swoim materiałem z płyty "Basia's Palace". Ale czym jest w zasadzie pałac Basi?
Basia Bulat: Pałac Basi to jest trochę żart o moim domu, bo moje mieszkanie jest dość niewielkie (śmiech). Zaczęłam pracę nad płytą, kiedy moje dzieci były jeszcze małe - teraz mają po pięć i trzy lata. Ale z tego powodu musiałam tworzyć po nocach, kiedy już wszyscy spali i używać wyłącznie słuchawek. Więc w zasadzie to był taki pałac w mojej głowie wypełniony moją wyobraźnią, gdzie wszystko się wydarzało.
Być może dlatego od tego materiału bije takie poczucie intymności.
- Kiedy nagrywałam tę płytę, myślałam o mojej mamie, mojej babci, tych wszystkich domowych sprawach, dzieciństwie, ciociach, wujkach - jak to było u nich, w ich własnych pałacach. Myślałam dużo o moich korzeniach, kiedy nagrywałam tę płytę. Oczywiście przez to naturalnie nasuwa się na myśl Pałac Kultury i Nauki, a ten mój pałac jest w porównaniu do niego niewielki (śmiech). I z tych przemyśleń są też chociażby ubrania na okładce płyty - trochę w stylu PRL jak u mojej babci.
Właśnie - przy żadnej innej swojej płycie nie podkreślałaś tak bardzo swoich polskich korzeni. Skąd to się wzięło?
- Może właśnie przez moje dzieci. Kiedy zostajesz rodzicem, zaczynasz myśleć, co możesz dzieciom przekazać, co im powiesz o swojej rodzinie. To taki mój dar dla nich, szczególnie że moja rodzina pochodzi z Polski, a mój mąż jest z Kanady, gdzie mieszkam.
Co do darów i korzeni, "Basia's Palace" promuje utwór "Disco polo", który jednak muzycznie z disco polo nie ma wiele wspólnego.
- Disco polo to dar od mojego ojca (śmiech).
Byłem bardzo zaskoczony, kiedy usłyszałem, jak śpiewasz w tym utworze po polsku "Mama na gitarze grała, tata słuchał disco polo". To takie wręcz pokoleniowe doświadczenie - do dziś pamiętam, jak mój tata prowadził małego Fiata w latach 90. i w samochodzie odtwarzał właśnie disco polo z kaset.
- Trochę teraz tym znowu żyję, bo mój mąż bardzo polubił disco polo (śmiech). Gra w moim zespole i śmieje się, że teraz kiedy będzie ze mną w trasie, to stworzy swój zespół disco polo, dzięki czemu będzie bardziej znany ode mnie (śmiech). Moja mama potrafi grać na gitarze, na fortepianie i to jej zawdzięczam swoją edukację. Urodziłam się w Kanadzie i to właśnie ona przekazała mi muzykę góralską, kolędy, muzykę folkową z Polski oraz - powiedzmy - sztukę wysoką. Mój tata natomiast lubił podkreślać, że jest bardzo wykształcony, ale wolał muzykę prostszą. Wiem, że kiedy słuchał disco polo, czuł, że jest bliżej Polski, bliżej swoich korzeni. Ja w tym wszystkim tkwię gdzieś pomiędzy nimi, szczególnie że jestem pierwszą osobą z rodziny, która urodziła się w Kanadzie.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest Marek Grechuta…
- Kocham Marka Grechutę, absolutnie uwielbiam! To jest muzyka mojej mamy. Pokazała mi go, jak byłam jeszcze nastolatką, ale chyba byłam wtedy za młoda, żeby zrozumieć. Marek Grechuta to dla mnie postać porównywalna do Boba Dylana - to pełnoprawna poezja. Jego piosenki są dla mnie niesamowicie ważne. A jeżeli zajmujesz się muzyką, musisz znać twórczość tych wielkich, musisz rozumieć na czym polega ta wielkość.
A istnieją jeszcze inni polscy wykonawcy, których szczególnie darzysz sympatią?
- Tak, mój wujek był ogromnym fanem - wręcz fanatykiem - twórczości Maryli Rodowicz i podarował mi wszystkie jej płyty, przekazując mi miłość do niej. Z bardziej współczesnej muzyki uwielbiam Ralpha Kaminskiego. Zasłuchuję się w projekcie Matylda/Łukasiewicz, ale też Pustki - po części przez znajomości z twórcami. Słucham też tego, co tworzy Misia Furtak. Z takich bardziej klasycznych rzeczy lubię Edytę Bartosiewicz, od czasu do czasu leci u mnie Kayah, a jak Justyna Steczkowska występowała na Eurowizji to bardzo jej kibicowałam (śmiech).
O, ciekawe.
- Bardzo lubię muzykę różnych gatunków. Nawet disco polo mogę teraz słuchać. Ale raczej to starsze disco polo - jest w tym taka nostalgia, bo automatycznie myślę wtedy o moim tacie i o moim dzieciństwie, szczególnie jak słyszę Boys albo Tarzan Boy (śmiech). Ale nie ograniczam się muzycznie, jestem otwarta na wszystko. Lubię też słuchać Hani Rani, mam polskie płyty funkowe i jazzowe. To są zarówno stare płyty z kolekcji mojego wujka, jak i moje osobiste znaleziska, bo w Montrealu jest tego sporo, ale trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Niemen, na przykład - o! Jest tu cały kanon.
Świetnie, że mówisz o tym wszystkim, bo zapisałem sobie w notatkach, aby spytać, czy interesujesz się tym, co dzieje się muzycznie w Polsce.
- Z wieloma rzeczami zapoznałam się, gdy wybuchła pandemia. Miałam grać wtedy trasę w Polsce, ale nie mogłam nigdzie wyjechać - do tego jeszcze doszły moje obowiązki rodzicielskie. Nawet w Kanadzie praktycznie nie wychodziłam z domu, aż do zeszłego roku, kiedy po raz pierwszy od pięciu lat byłam w trasie. Siedziałam w domu i słuchałam Trójki oraz Radia Dla Ciebie, żeby przysłuchiwać się temu, co się dzieje w Polsce, bo tyle lat już minęło, a chciałam poczuć, że jestem trochę bliżej.
Nie wiem czy oglądałaś film Paolo Sorrentino "Wielkie piękno" - w chwili, gdy do głównego bohatera dociera, jak zagubił się w życiu, padają tam takie słowa, że "korzenie są ważne".
- Jeszcze nie oglądałam, ale mam na swojej liście filmów do obejrzenia.
Warto obejrzeć, bo to jeden z moich ulubionych filmów i uważam go za absolutne arcydzieło.
Właśnie sprawiłeś, że wylądował na liście zaległości wyżej i obejrzę go szybciej (śmiech).
Przejdźmy może do występów, bo w Polsce występowałaś już kilkukrotnie. Który z występów wspominasz najmilej?
- Ojej, trudno powiedzieć - to są bardzo różne wspomnienia. W 2010 roku graliśmy w Café Kulturalna w Pałacu Kultury i Nauki - mój brat grał ze mną wtedy w zespole na perkusjonaliach. To był pierwszy raz w Polsce i nawet teraz jak o tym myślę, to czuję ciarki na całym ciele. Graliśmy też niedługo później w ramach tej samej trasy na festiwalu Green ZOO w Krakowie - jego nazwa wzięła się od piosenki Ludmiły Jakubczak "W zielonym ZOO". Pamiętam wszystkich członków mojej rodziny, którzy wtedy przyszli.
Cała rodzina z Polski się zjechała?
- Nawet rodzina, której nie znałam (śmiech). Gdy graliśmy jako support Arcade Fire też było super. Radek Łukasiewicz grał wtedy ze mną na scenie. Miałam wtedy zespół pół na pół: połowa była z Kanady, połowa była z Polski - trochę jak moje życie. A wszyscy razem staliśmy na scenie w Warszawie.
Jeżeli chodzi o mój ostatni do tej pory występ w Polsce - koncert na OFF Festivalu 2016 - to będę go trzymać w sercu przez całe życie. Gram na wielu festiwalach, ale tam mogłam zobaczyć Williama Basinskiego czy Thundercata. Wiem, że tam dużo zapowiedzi się nie wydarzyło - na przykład Anonhi.
Tak, nie zagrała przez problemy z głosem.
- Ale i tak było super posłuchać tych wszystkich, którzy występowali. Wtedy były też urodziny mojego kolegi z zespołu - cała ekipa śpiewała "Sto lat", a on jest z Anglii i za bardzo nie wiedział, co się dzieje. Dopiero jak zobaczył tort i świeczki to zrozumiał, że śpiewamy polski odpowiednik "Happy Birthday" (śmiech). Był tam też mój wujek - brat mojej mamy - który nie był najlepszego zdrowia. Nigdy wcześniej nie widział mojego występu, a pojawiła się szansa, żeby zobaczyć mnie na żywo. Nawet teraz bardzo się wzruszam na samą myśl o tym.
Publika była niesamowita. Nie byłam na wszystkich festiwalach w Europie, ale wydaje mi się, że OFF Festival się wyróżnia na ich tle. Jak patrzysz na plakaty innych festiwali, to masz wrażenie, że są do siebie podobne - mają tych samych headlinerów, tych samych muzyków. A OFF Festival jest bardziej eksperymentalny i artystyczny. Czuję dumę na myśl, że tam wystąpiłam.
Wróćmy może jeszcze do tych nadchodzących występów. Co szykujesz oprócz Marka Grechuty?
- Nie chcę zdradzać szczegółów - wolę nie spoilerować (śmiech). Powiem tylko, że oprócz "Dni, których nie znamy" mam dwie inne piosenki po polsku, które będę wykonywać na instrumentach, jak mi się wydaje, nie za bardzo znanych w Polsce. Chciałabym trochę połączyć przez to polską tradycję muzyczną z tradycją północnoamerykańską. Zobaczymy, jak to wyjdzie, ale myślę, że jakoś to będzie (śmiech). Będę ćwiczyć jeszcze z kuzynką, bo po naszej rozmowie jadę na lotnisko i lecę do Polski z całą rodziną. Bo przyznaję, że trochę czekałam z polską trasą do momentu, w którym mogłam wybrać się tam z moimi córkami. Więc lecę z nimi, z mężem i z mamą.
Więc jedziesz tak naprawdę, aby pokazać dzieciom swoje dziedzictwo?
- Moje dziewczyny są bardzo podekscytowane. Moja starsza córka mówi do mnie: "Mamo, ja jeszcze nie mówię po polsku." Odpowiadam jej: "Nie martw się, bo mama też nie mówi po polsku za bardzo" (śmiech).
Mówisz przecież (śmiech).
- Mówię, ale będziemy się jeszcze uczyć (śmiech). Już trochę rozumieją dzięki babci i mnie: wiedzą, jak poprosić o wodę, mleko, ciasto, potrafią powiedzieć, jaki jest dzisiaj dzień, czy jest chłodno, czy zimno, czy gorąco, czy świeci słońce. Tylko że one najlepiej znają francuski, potem mówią po angielsku, więc polski to dla nich trzeci język. Muszą się trochę oswoić, bo to będzie pierwszy raz w Polsce. Są bardzo podekscytowane tym wyjazdem - mam nadzieję, iż spodoba im się na tyle, żebyśmy wracali tu częściej. To jest moje marzenie.
Mam dużo rodziny porozjeżdżanej po świecie i często była tam taka sytuacja, że nastolatkowie nie chcieli za bardzo mówić po polsku, ale kiedy już stają się dorośli to korzystają z każdej możliwej okazji.
Ze mną też tak było - jak byłam mała, to mówiłam więcej po polsku. Ale jak stałam się nastolatką, to czułam dużo presji, aby się dopasować do reszty społeczeństwa w Kanadzie. Teraz się tego wstydzę, bo przez to wiele rzeczy pozapominałam. Na szczęście powoli wszystko sobie przypominam i jest z tym coraz lepiej. Nie chcę, żeby moje dzieci miały taką samą historię jak ja. Teraz zaczynamy wszystko od zera i zobaczymy, do czego to doprowadzi. Dziewczyny mają tutaj koleżanki z polskimi korzeniami, a w następnym roku mogą zacząć polską szkołę sobotnią.
Mam ciotkę, która mieszka w USA i uczy w takiej szkole.
- Póki co czuję trochę strach, bo to jednak coś nowego. Moje córki kiedy mówią po francusku, to kipią pewnością siebie. Język polski jest z kolei bardzo trudny.
Prawda - jest.
- A chciałabym by się jednak nim nie stresowały. Więc spróbujemy. To takie moje marzenie. Nawet mój mąż mówi, że on też będzie się uczył.
Ale on przez disco polo (śmiech).
- On przez disco polo, tak (śmiech). Chociaż też dzięki programom. Teraz oglądamy taki serial "1670". To jest bardzo dobre wejście dla niego… i dla mnie (śmiech).
Tam jest bardzo dużo nawiązań do popkultury i żartów, które funkcjonują w Polsce, ale niekoniecznie będą czytelne poza Polską. Jak w takim razie on to odbiera?
- Jest śmiesznie. Ogląda i mówi "dobrze, to musi być jakiś polski inside joke" (śmiech). Albo musimy sobie powtarzać historię Polski, żeby to rozumiał, bo się pojawia nawiązanie do królów Polski. Dla mnie to też jest ciekawe doświadczenie, bo jednak trochę rzeczy pozapominałam.
To może jeszcze parę słów na koniec wywiadu dla słuchaczy i czytelników tego wywiadu?
- Bardzo cieszę się na te nadchodzące koncerty. Kocham ten moment na końcu koncertu, kiedy nagle dociera, co wydarzyło się między nami wszystkimi. To nie jest po prostu spotkanie, to nie jest po prostu występ. To jest coś więcej - wszyscy musieliśmy przyjść w to samo miejsce, żeby koncert się urzeczywistnił. I nagle, w tej jednej chwili, zaklęcie pęka i wszyscy patrzą na siebie, jakby pytali "co właśnie się wydarzyło?". Jesteśmy wtedy całkowicie obecni - to jest naprawdę wyjątkowa chwila, bo podczas koncertu stajemy się jedną wielką całością, niemal jak rodzina. To naprawdę się czuje.
Cieszę się z moich koncertów w Polsce, bo wiem, że będę tam mieć rodzinę. Gdy byłam na OFF Festivalu, były tam setki osób, których nie znałam, a oni traktowali mnie jakbym właśnie wróciła do domu. To było szalone uczucie. To jest ta magia, która się wydarza - przyjeżdżam z daleka, a czuję, jakbym grała koncert u siebie. I nie ma znaczenia, czy to festiwal, mały klub, czy schody przed Pałacem Kultury - zawsze to jest powrót do domu. Jestem podekscytowana, że mogę znowu to przeżyć i przekazać to moim dzieciom, bo będą mogły…. może nie będą w stanie, może zasną, ale chcą spróbować zostać na koncercie. I jestem bardzo ciekawa, jak ten czas zainspiruje mnie do kolejnych nagrań.

![Lou Deleuze: Pasja jest czymś najsilniejszym [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MRH4B1YRYIMPO-C401.webp)





