bartek turski: Nic nie dzieje się przypadkiem [WYWIAD]
Trudno o bardziej pewnego siebie artystę niż bartek turski. Choć nadal jest w roli debiutanta, nie boi się otwarcie mówić o swoich ambicjach bycia pierwszym twórcą, który realnie wyjdzie ze swoją muzyką poza granice Polski. Pod koniec maja wydał właśnie swój najnowszy singiel "miss me, babe?", o którym nieco więcej porozmawialiśmy z samym artystą.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Niespełna rok temu w rozmowie z Vibez powiedziałeś, że twoim marzeniem jest zostać największym artystą w Europie. Nadal podtrzymujesz ten statement?
bartek turski: Zdecydowanie. Myślę wręcz, że zmienia mi się skala, bo apetyt rośnie i chciałbym zajść jeszcze dalej. Jednak patrząc na to realistycznie, na ten moment zacząłbym od pozycji numer jeden w Polsce - chcę być pierwszym rodzimym twórcą, który na poważnie wyjdzie poza nasze granice i zrobię absolutnie wszystko, żeby osiągnąć ten globalny sukces.
Czyli od samego początku, celujesz znacznie szerzej niż polski rynek muzyczny…
- Od samego początku zarówno ja, jak i mój menedżer Kuba wiemy, że to nie jest projekt stworzony z myślą o naszym kraju. Chcemy jako pierwsi realnie wyjść poza te granice i sprawdzić, czy w branży muzycznej da się zbudować trwały most między Polską a rynkiem zachodnim. Działamy dopiero półtora roku, a wyniki po pięciu utworach naprawdę przerosły nasze oczekiwania. Coraz częściej odzywają się do nas producenci i ludzie z zagranicy, a artyści z mojej niszy zaczynają kojarzyć to, co robię. Parę miesięcy temu miałem na przykład sesję online z producentem z LA, który wyprodukował utwory na ostatnie albumy Drake'a, Don Tolivera czy Summer Walker - i to chyba pierwszy moment, kiedy poczułem, że zaczynamy wychodzić poza lokalną bańkę.
Zastanawiam się jednak, czy uważasz za możliwe odniesienie sukcesu za granicą z całkowitym pominięciem budowania swojej pozycji na polskiej scenie?
- Wydaje mi się, że większość artystów wychodziła z założenia, że najpierw trzeba zrobić karierę w Polsce, a dopiero potem próbować sił za granicą. I szczerze mówiąc, w ten sposób nikomu się to jeszcze na dłuższą metę nie udało. Nie mamy na polskiej scenie młodej, międzynarodowej gwiazdy, która regularnie grałaby duże, wyprzedane trasy po całej Europie. Może najbliżej tego pułapu był Jann, który wystrzelił przy okazji preselekcji do Eurowizji. Ale właśnie dlatego, że dotychczasowy model nie do końca działa, my chcemy ugryźć ten temat od zupełnie drugiej strony. Nie zależy nam na tym, żeby najpierw za wszelką cenę zasłynąć w Polsce - wolimy od razu rzucić wszystkie siły na rynek zagraniczny. Czy to będzie trudniejsze? Pewnie tak, ale właśnie taki postawiliśmy sobie cel i zrobimy wszystko, żeby go zrealizować.
Niedawno wydałeś nowy singiel - "miss me, babe?". Z jakim jego odbiorem się spotkałeś?
- To była premiera, która ze wszystkich dotychczasowych stresowała mnie najbardziej. Głównie dlatego, że stała za nią nasza najlepiej przygotowana kampania promocyjna, która zresztą cały czas trwa. Nigdy wcześniej wydanie piosenki nie wiązało się u mnie z tak skrajnymi emocjami - do tego stopnia, że trzęsły mi się ręce i pociły się dłonie. Myślę, że to w dużej mierze efekt tego, że razem z Kubą i Herą podeszliśmy do tego bardzo strategicznie. Przygotowaliśmy ośmiotygodniową kampanię praktycznie tak, jak zrobiłby to label, tylko na naszych zasadach. Wiadomo, że nie mamy jeszcze dużego zaplecza budżetowego, więc zamiast opierać się na paid media i PR, postawiliśmy na organiczny zasięg, konsekwencję i kreatywność. Jestem z nas naprawdę dumny, bo dowieźliśmy kampanię, która była spójna i została bardzo dobrze odebrana przez fanów. Co ciekawe, ten numer dopiero teraz, ponad tydzień po premierze, zaczyna fajnie rosnąć i generować wyniki. Mam nadzieję, że ten release będzie kolejnym krokiem i otworzy następny etap mojej muzycznej drogi.
Względem poprzednich ten numer jest jednak wyjątkowy o tyle, że zaprosiłeś na niego gościa - Herę Lind. Jak ci się z nią współpracowało?
- Hera to moja bardzo dobra znajoma z Londynu, którą poznałem przypadkiem na kolacji ze znajomymi Kuby. Złożyło się tak, że przez pewien czas byliśmy sąsiadami, więc regularnie spotykaliśmy się, żeby pisać razem różne piosenki. "miss me, babe?" to zresztą niejedyny utwór, jaki wspólnie stworzyliśmy, bo mamy na koncie całkiem sporo skończonych numerów. Współpracuje mi się z nią genialnie. Czuję, że Hera niesamowicie otwiera mój umysł na patenty, których wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę. Bez jej udziału ten kawałek na pewno nie powstałby w takiej postaci, w jakiej można go teraz posłuchać.
W najnowszym singlu ponownie bazujesz na jednym charakterystycznym dla siebie stylu - widać, że konsekwentnie kształtujesz go w swojej twórczości. Nie boisz się jednak zarzutów o monotematyczność?
- Nie boję się zarzutów o monotematyczność, ponieważ do każdego utworu staram się podchodzić na swój sposób. Rozumiem, że sonicznie te numery są do siebie zbliżone - wynika to z faktu, że to są po prostu dźwięki, które we mnie rezonują. Uwielbiam słuchać takiej muzyki i dokładnie takie brzmienia chcę sam tworzyć. Na tym etapie zależy mi na czymś, co brzmi stuprocentowo jak ja. Kiedyś, wraz ze zmianami w moim życiu, na pewno ewoluuje też moja twórczość. O tę powtarzalność jestem spokojny, bo demówki tworzę w bardzo wielu różnych stylistykach i wysyłam je innym artystom, natomiast wydaję materiał osadzony w jednym konkretnym nurcie.
Jak wspominasz swój debiutancki singiel "come over"?
- Premiera tego pierwszego numeru pod koniec 2024 roku to była jedna wielka pomyłka. Kompletnie nie dopilnowałem dystrybucji i utwór trafił do sieci tak, że sam o tym nie miałem pojęcia. Dowiedziałem się od znajomego, który z ciekawości wpisał moje nazwisko na Spotify. Okazało się, że piosenka wisiała tam już od czterech dni - nikt o niej nie wiedział, nikt jej nie słuchał, łącznie ze mną (śmiech). Byłem w totalnym szoku. Od razu dzwonię do Kuby i mówię przerażony: "Kuba, stała się straszna rzecz, ten kawałek już wyszedł!". A Kuba zupełnie spokojnie odpowiada: "Stary, nic się nie dzieje bez przyczyny". Przysięgam, ten numer miał okrągłe zero wyświetleń. W końcu na początku 2025 roku, gdzieś w okolicach 11 stycznia, stwierdziłem, że wrzucę go na TikToka i stał się cud - dosłownie pierwszy lub drugi filmik momentalnie wystrzelił i następnego dnia przyniósł mi jakieś pięć tysięcy słuchaczy. To było czyste szaleństwo. Ostatecznie okazało się, że Kuba miał rację - nic nie dzieje się przypadkiem.
Co natomiast z debiutanckim krążkiem? Pracujesz już w ogóle nad nim?
- Piszę bardzo dużo nowej muzyki i staram się utrzymywać wysokie tempo, co jest wyzwaniem, bo głównie pracuję sam. Spędzam więc długie godziny w swoim bedroom studiu, komponując nowe nowe numery. Jeśli chodzi o pełnoprawny album, to na razie nie mamy go w najbliższych planach. Jesienią chcemy wydać EP-kę, żeby mieć z czym wyjść do ludzi na koncertach i pokazywać się z nowym materiałem. Longplay to o wiele większe i bardziej czasochłonne przedsięwzięcie. Potrzebujemy jeszcze trochę czasu, żeby się do takiego wyzwania odpowiednio przygotować i zbudować fanbase.
Jak w takim razie wyobrażasz sobie swój wymarzony debiut?
- Jeśli o to chodzi, mam naprawdę sprecyzowane i odważne cele. Moim ogromnym marzeniem jest występ w amerykańskim "Tiny Desk" albo w berlińskim studiu "COLORS". To są takie prestiżowe "platformy", które dla każdego niezależnego twórcy stanowią potężny stempel jakości. Kolejnym kamieniem milowym będzie oczywiście ten upragniony milion comiesięcznych słuchaczy na Spotify - wiadomo, że o tym myśli każdy. Jednak dla mnie osobiście, czymś, co faktycznie dałoby mi artystyczne spełnienie, byłby pierwszy w pełni wyprzedany koncert za granicą. Niezależnie od tego, czy byłby to Londyn, Berlin, czy jakiekolwiek inne miasto. Taki moment byłby dla mnie ostatecznym dowodem na to, że ten projekt ma sens i realnie wyszedł poza polskie granice.
Ponad miesiąc temu miałeś przyjemność wystąpić na Next Feście. Jak czujesz się występując na żywo?
- To był prawdopodobnie jeden z najbardziej specyficznych koncertów w mojej dotychczasowej drodze. Fest ma bardziej charakter branżowego showcase'u, więc wśród publiczności jest dużo ludzi z industry, którzy przychodzą przede wszystkim zobaczyć jakość i energię, niż klasyczny koncert fanowski. To inne doświadczenie, i jeszcze się do niego przyzwyczaiłem. Sposób odbioru, dynamika - wszystko działa trochę inaczej. Mimo to jestem zadowolony z tego występu. Traktuję go jako ważny etap, bo wiem, że dopiero zaczynam swoją koncertową drogę. Regularnie pracujemy z zespołem na próbach, więc kolejne występy chcemy dowozić już w pełni świadomie, bez błędów i z dużo większą kontrolą nad całością.
Jak twoim zdaniem sprawdziły się te numery na żywo?
- W moim poprzednim projekcie, kiedy grałem jeszcze w zespole, tworzyliśmy bardzo smutne piosenki. Szczerze mówiąc, niekoniecznie dobrze grało mi się je na żywo, bo w pewnym momencie zacząłem się nimi po prostu nudzić. Może wynikało to z faktu, że nie do końca rezonowałem z naszą ówczesną muzyką. Teraz sytuacja jest zupełnie inna - od początku do końca to ja decyduję o wszystkim, a finalny produkt, który trafia na platformy streamingowe, jest w stu procentach zaakceptowany przeze mnie. Dzięki temu o wiele lepiej gra mi się te numery na koncertach. Czuję tę energię i mam pewność, że teksty, które piszę, płyną prosto z mojej duszy, a ludzie mogą się z nimi w pełni utożsamić. To niesamowite uczucie, uwielbiam tę koncertową wymianę energii.
W najbliższym czasie będziesz mieć kolejne dwie okazje do sprawdzenia się na żywo w Krakowie - w ramach Letnich Brzmień oraz na dniach w czerwcu jako support przed zespołem VOILÀ. Traktujesz je jako etap przejściowy przed docelową, jesienną trasą?
- Zarówno ten support, jak i Letnie Brzmienia to dla mnie przede wszystkim idealne pole do nauki. Każde wyjście na scenę przynosi cenne wnioski - uczę się lepszej emisji głosu przed publicznością i szlifuję swój warsztat performance'u. Wiadomo, że człowiek najlepiej uczy się na błędach. Te dwa koncerty są dla mnie ogromną szansą, żeby przed własną, autorską trasą nabrać niezbędnej pewności siebie. Chcę po prostu zbierać kilometry na scenie, żeby jesienią pokazać się z jak najlepszej strony i dać ludziom dojrzałe widowisko.
Podsumowując naszą rozmowę - jak myślisz, ile numerów musisz jeszcze wydać, żeby doczekać się takiego potężnego virala, jaki przydarzył się Artemasowi z utworem "I Like the Way You Kiss Me"?
- Wydaje mi się, że w erze cyfrowej nigdy nie było i nie będzie gotowego przepisu na to, ile piosenek trzeba wypuścić, żeby zaliczyć swój pierwszy viralowy przełom. Jeśli mam być szczery, to może to być kwestia kolejnych dziesięciu singli, a może stać się to już przy najbliższej premierze. Wkładam w swoją muzykę tyle pracy, ile tylko mogę. Nie zamierzam jedynie bezczynnie czekać - działam na sto procent, żeby ten mainstreamowy sukces w końcu nadszedł. Ale ile dokładnie piosenek to zajmie? Nie mam pojęcia. Choćby to miało być nawet i trzydzieści numerów, będę o to walczył do skutku.



![Festiwal w Opolu 2026 - dzień czwarty [RELACJA NA ŻYWO]](https://i.iplsc.com/000MW4M5I9QYNDWH-C401.webp)




![Na stadionach czuje się jak w domu. Przyszło blisko 100 tys. osób [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MW3Z9K3N5NXOM-C401.webp)
