Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Jesteś ostatnio w trakcie rolloutu nowego krążka, gdzie dotychczas ukazały się trzy single. Jak odnajdujesz się w tych mroczniejszych, metalowych brzmieniach?
Marko Purišić (Baby Lasagna): - Pierwszy album różnił się od wszystkiego, co zrobiliśmy wcześniej, ponieważ wszystko potoczyło się tak szybko. Musiałem na szybko skompletować piosenki, żeby w ogóle wydać płytę tuż po Eurowizji, kiedy wszyscy wciąż nas oglądali i słuchali. Nie miałem wtedy na komputerze żadnych metalowych czy rockowych numerów - same popowe kawałki. Teraz, kiedy nadszedł czas na drugi album, w końcu chcieliśmy zagrać to, co naprawdę kochamy, czyli muzykę metalową i rockową. Stąd ta zmiana. Zawsze byliśmy metalheadami - każdy z nas w zespole od dzieciaka jarał się metalem. Oczywiście słuchamy najróżniejszych gatunków i chętnie w nie wchodzimy, ale dla mnie i dla mojego brata, który też gra w kapeli, metal to muzyka, z której się wywodzimy. Powrót do tego był więc czymś całkowicie naturalnym.
Obawiałeś się, czy ten skręt nie jest zbyt radykalny?
- Przeglądałem ostatnio swoje zapiski i wczoraj natknąłem się na wpis z pamiętnika z okresu, kiedy mocno martwiłem się tym, jak ludzie przyjmą naszą nową muzykę, bo skręcamy w znacznie cięższe rejony. To z jednej strony fantastyczne - robić muzykę, którą się kocha - ale z drugiej strony przerażające, gdy musisz ją pokazać publiczności, która nie jest przyzwyczajona do takiego brzmienia.
Czyli "End The Party" czy "Face On Your Phone" to numery, które od zawsze chciałeś zrobić, ale trochę brakowało na to odpowiedniej przestrzeni…
- Dokładnie tak. Chciałem nagrywać taki bezkompromisowy metal, ale czuję, że to właśnie szyld Baby Lasagna najlepiej spaja te wszystkie dźwięki. To zawsze we mnie siedziało.
Wspomniałeś już dość wprost o drugim albumie. Możesz zdradzić jakieś szczegóły, co na chwilę obecną możesz nam o nim powiedzieć?
- Nie wydałem jeszcze oficjalnego oświadczenia, ale płyta ukaże się w tym roku - dokładnie przed rozpoczęciem naszej trasy koncertowej. Jeśli chodzi o szczegóły... myślę, że na tym albumie wciąż jest mnóstwo momentów, które brzmią typowo dla Baby Lasagny, ale pojawiło się w nich znacznie więcej gitar i cięższych brzmień. Uważam, że fani, którzy polubili nasz styl z pierwszego krążka, bez problemu odnajdą tu coś dla siebie.
Jak proces pisania drugiego albumu różni się od tworzenia "DMNS & MOSQUITOES"? Tym razem od początku wiesz, nad jakim projektem pracujesz…
- Różnił się diametralnie. Tworząc "DMNS & MOSQUITOES", miałem na napisanie tych utworów całe dotychczasowe życie - wtedy nawet nie wiedziałem jeszcze, że piszę album. Tworzyłem po prostu dla siebie. Teraz, kiedy masz już publiczność, dynamika jest zupełnie inna, bo z tyłu głowy stale kołacze się myśl, jak zostanie to odebrane. Musisz jednak walczyć z tą presją i uciekać od niej, bo nie możesz pisać muzyki wyłącznie pod dyktando ludzi. To znaczy - pewnie można, ale ja nie chcę się nikomu podlizywać. Chcę być w stu procentach dumny z tego, co robię jako artysta. Mogę tylko mieć nadzieję, że ludziom to się spodoba.
Czułeś jakiegoś rodzaju presję czasu, jeśli chodzi o ten drugi krążek?
- Zdecydowanie - cały ten proces był zupełnie inny ze względu na drastyczny brak czasu, który mi nieustannie doskwierał. Czułem, że musimy wypuścić drugi krążek bardzo szybko, żeby utrzymać momentum, mieć szansę na ruszenie w trasę, granie na festiwalach i tak dalej. Towarzyszyła temu gigantyczna presja, mnóstwo zwątpienia we własne siły, lęki i wszystkie te małe koszmary, które przychodzą wraz z oczekiwaniami - zarówno ze strony własnej, jak i publiczności.
"DMNS & MOSQUITOES" był mocno eksperymentalnym krążkiem, jeśli chodzi o brzmienie. Udało ci się teraz to ujednolicić?
- Tak, zdecydowanie - dokładnie o to mi chodziło. Mój debiut w ogóle nie miał być w założeniu albumem - to był po prostu zbiór moich luźnych numerów i materiałów, które pisałem z myślą o pisaniu dla innych artystów. Stąd na jednej płycie znajdowało się nagranie w stylu "Biggie Boom Boom", a zaraz obok coś zupełnie innego. Nowy materiał jest o wiele bardziej skoncentrowany, spójny i osadzony w konkretnym gatunku. Wciąż słychać w nim jednak naszego ducha - teksty pozostają w tym samym klimacie, są lekko zwariowane i ironiczne, ale jednocześnie poruszają poważniejsze, osobiste tematy. Myślę więc, że fani odnajdą tu nas w pełnej krasie.
Usłyszymy na nowym albumie utwory w języku chorwackim czy cała płyta będzie po angielsku, tak jak single?
- Wszystko będzie po angielsku. Choć teraz, kiedy o tym wspomniałeś, pomyślałem sobie, że może powinniśmy nagrać coś w języku chorwackim? Chyba zapiszę to w moim pamiętniku na przyszłość - żeby przy kolejnym albumie zrobić przynajmniej jeden utwór w rodzimym języku (śmiech).
Jak patrzysz dziś wstecz na takie piosenki jak "IG Boy" czy "Don't Hate Yourself, But Love It"?
- Uwielbiam te utwory i na pewno będziemy je grać na trasie. Choć wiem, że z pierwszego albumu są też numery, których już nie włączymy do setlisty - nie dlatego, że są złe, ale po prostu nie odzwierciedlają w pełni tego, kim teraz jesteśmy. "IG Boy" to wciąż numer, który chciałbym powtórzyć nawet na trzeciej płycie, bo to rasowy kawałek rockowy, tyle że doprawiony większą ilością syntezatorów, ale zachowujący tę drapieżną, rockową naturę. Z kolei "Don't Hate Yourself, But Love It" to po prostu głupia, zwariowana piosenka - a ja uwielbiam taką głupotę i luz (śmiech). Co ciekawe, na koncertach dogrywamy do niej więcej gitar, dzięki czemu idealnie wpisuje się w nasz obecny, cięższy kontekst.
No właśnie, koncerty… Niedługo ruszasz w trasę, w ramach której zagrasz w Polsce aż trzykrotnie. Jakie uczucia ci towarzyszą na myśl o powrocie?
- Kiedy byliśmy w Polsce ostatnim razem, fani przygotowali transparenty z napisem: "Witamy w domu". To było coś tak pięknego, że do dziś mam gęsią skórkę. Naprawdę kocham Polskę. Byłem tam niedawno prywatnie i czuję się u was jak w drugim domu. Zawsze trafiamy tam na najlepszą publiczność, koncerty wyprzedają się fantastycznie, a atmosfera na imprezach jest po prostu idealna. Zawsze wracam tam z ogromną miłością. Może to też dlatego, że Polska była pierwszym krajem poza Chorwacją, do którego pojechałem zaraz po Eurowizji na nasz pierwszy prawdziwy koncert z zespołem. Wszystkie bilety się wyprzedały, a show było tak idealne, że doświadczyliśmy tam wszystkiego, co najpiękniejsze w byciu początkującym muzykantem. Polska ma dla nas absolutnie wyjątkowe miejsce w sercu.
Przygotowujecie coś specjalnego z myślą o nadchodzących koncertach w Polsce?
- O tak, szykujemy mnóstwo rzeczy! Codziennie ciężko gramy próby, żeby dopracować całą trasę i stworzyć naprawdę wyjątkowe widowisko. To nie będzie zwykły, standardowy występ - dzieje się tam mnóstwo akcji i niespodzianek. Czasami łapię się na myśli, że gdybyśmy z czymś takim wystartowali już na naszej pierwszej trasie, to teraz wyprzedawalibyśmy stadiony (śmiech). Dla polskich koncertów - podobnie zresztą jak dla innych - planujemy wrzucić do setu coś specjalnego, żeby każdy wieczór był unikalnym doświadczeniem, choć nasza produkcja na każdym przystanku stoi już na najwyższym poziomie.
Niedawno miałeś okazję wystąpić również na legendarnym Sziget Festivalu. Traktujesz go jako rozgrzewkę przed właściwą solową trasą?
- To był bez wątpienia występ mieszczący się w moim osobistym top 3 czy top 5 w życiu (śmiech). Kiedy weszliśmy na scenę, czułem ogromną wdzięczność, ale też spory strach. Kilka dni wcześniej oglądaliśmy zespoły grające na tej samej scenie, pod którymi prawie nikogo nie było - widzieliśmy te pustki i autentycznie baliśmy się, że nikt do nas nie przyjdzie. Tymczasem okazało się, że zgromadziliśmy największą publiczność pod tą sceną na całym festiwalu! To była niesamowita nagroda za całą tę produkcję i wysiłek, jaki włożyliśmy w przygotowanie show. To absolutnie fantastyczne wspomnienie, które zostanie ze mną na zawsze i doskonała rozgrzewka przed tym, co czeka nas na jesień.
Graliście tam wówczas jakieś niewydane jeszcze utwory z nadchodzącego albumu?
- Nie, nic z nowego materiału. Pamiętam, że z "DMNS & MOSQUITOES" graliśmy mnóstwo numerów jeszcze na długo przed oficjalną premierą albumu. Dzięki temu, gdy płyta w końcu wyszła, fani znali już na pamięć wszystkie piosenki i nie był to dla nich żaden szok. Przygotowując setlistę na Sziget, podjęliśmy jednak decyzję, że nie będziemy grać absolutnie niczego z nadchodzącej płyty, co nie ujrzało jeszcze światła dziennego.










