Arek Borzdyński o swoim debiutanckim krążku: "To historia o odzyskiwaniu własnej wartości" [WYWIAD]
Arek Borzdyński, po 15 latach doświadczenia w teatrze muzycznym i musicalu, oddaje w ręce słuchaczy swój pierwszy solowy album "KLINIKA". Jak sam wspomina, opowiada on o dochodzeniu do siebie i odzyskiwaniu własnej wartości, którą na przestrzeni lat utracił. Z tej okazji porozmawialiśmy z artystą o przyczynach tak długiego oczekiwania na krążek, o self-publishingu oraz nadchodzących koncertach promujących debiut.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: W końcu udało ci się wydać debiutancki krążek "KLINIKA". Jesteś zadowolony z dotychczasowego jego odbioru?
Arek Borzdyński: - Myślę, że tak. Atmosfera na koncercie premierowym była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, głównie pod kątem liczby osób jaka się pojawiła. Udało nam się na nim zbudować całą autentyczną klinikę, gdzie byli pielęgniarze i doktorzy, którzy przyjmowali gości, na wejściu każdy dostawał kartę pacjenta, więc sporo się działo. Później ruch po premierze też był spory, bo wywiadów mam przyjemność udzielać niemało. Ale też dostaję nieustannie bardzo miły feedback od osób, które mojej twórczości słuchają. Nawet przed chwilą, tuż przed naszą rozmową, dostałem wiadomość od fana, że po raz dziesiąty słuchał "KLINIKI", bo nie może jej wyrzucić z głowy. Nie wiem czy to dobrze (śmiech).
Nazwałbyś ten krążek debiutem, o którym marzyłeś kilka lat temu, wydając pierwsze numery?
- Wiesz co, powiem ci, że nie. Kilka lat temu marzyłem o zupełnie innym krążku i na całe szczęście porzuciłem tamte pomysły. Doceniam, spoglądając na to z perspektywy czasu, że jest on jaki jest. Ja z "KLINIKI" jestem bardzo zadowolony, więc choć jest zupełnie inna niż sobie wyobrażałem, to ogromnie się z niej cieszę.
Choć twoja działalność artystyczna nie ogranicza się do wydawania muzyki, to od 2022 roku regularnie wydajesz nowe numery na streamingi. Dlaczego na debiut musieliśmy więc czekać niemal 4 lata?
- 15 lat mojego życia spędziłem w teatrze muzycznym. Studiowałem musical i wokalistykę - i od samego początku wiedziałem, że scena oraz śpiew to jest moje miejsce. Z samym musicalem nie byłem już tak pewny, bo nie do końca się w tym spełniałem. Po tych wszystkich latach poczułem, że to moment, żeby wejść w świat autorskiej muzyki. Szybko okazało się, że jest to znacznie trudniejsze, niż sobie wyobrażałem. W 2022 roku byłem zupełnie innym człowiekiem - wydając pierwszy singiel wierzyłem, że pójdzie to prostą drogą: kilka singli, potem EP-ka i podbiję świat. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te wyobrażenia (śmiech).
Czyli uświadomienie sobie, z czym branża muzyczna się wiąże, w jakiś sposób cię zablokowało…?
- Trochę tak - potrzebowałem dwóch lat przerwy, żeby wszystko sobie poukładać. To był czas, w którym właściwie nic nie tworzyłem. Oczywiście wciąż grałem w teatrach, ale nie ukrywam, że to środowisko potrafi stopniowo odbierać aktorom poczucie własnej wartości - a to zdecydowanie nie pomagało. Właśnie o tym opowiada "KLINIKA". Każdy z utworów jest częścią większej całości - historii o dochodzeniu do siebie, odzyskiwaniu własnej wartości. To dla mnie coś w rodzaju autoterapii.
Autoterapia to dobre słowo, które oddaje, jak bardzo emocjonalne są te teksty. Natomiast ten balans, utrzymując wszystko w popie, udało ci się naprawdę doskonale zachować…
- To jest trochę tak, że z jednej strony faktycznie chcę robić muzykę popową/rozrywkową, ale z drugiej nie jestem w stanie się odciąć od tych tekstów, które są dla mnie dość istotne. Uważam, że dzisiejsi artyści, nie tylko ja, starają się właśnie pisać w podobny sposób - by opowiadać o czymś ważnym, by budować historie. Co czasami może powodować dysonans, gdy na trzech prostych, rozrywkowych akordach, opowiada się o rzeczach ciężkich. Nie chciałem jednak z tego rezygnować.
Nie da się ukryć, że "KLINIKA" nie należy do najdłuższych albumów. Można wśród przyczyn upatrywać self-publishing?
- Otóż to - z racji, że nie jestem w żadnej wytwórni, a wydawanie muzyki to pasja dla bardzo bogatych osób, to ciężko byłoby mi zrobić dłuższy materiał, bez utraty na jakości. To się wiąże również z tymi dwoma latami przerwy, o których wspominałem. Postawiłem wtedy mocno na rozwijanie swojej firmy, żeby móc mieć w ogóle jakikolwiek budżet na robienie albumu. Nie będąc w wytwórni, nie dostajesz kredytu, który i tak potem musisz spłacić, a to wszystko jest strasznie drogie - od producentów, przez sferę wizualną, po teledyski. Dlatego osiem numerów na tym krążku traktuję raczej jako sukces, choć pewnie gdybym był gdzieś zakontraktowany, wydałbym ich dwa razy więcej.
Twoje doświadczenie z teatru muzycznego w sposób znaczący przydało ci się tworząc "KLINIKĘ"?
- Teatr muzyczny na pewno dał mi ogromną pewność siebie i nauczył sceniczności. Dzięki temu nigdy nie miałem problemu z wyjściem na scenę i złapaniem publiczności za uwagę. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną - myślę, że wręcz przeciwnie. W pewnym momencie musiałem zacząć od tego uciekać, żeby nie tworzyć kolejnych typowo musicalowych form. Przy EP-ce "RetroSpekcja" wiele osób zwracało mi uwagę, że jest bardzo musicalowa - i dziś sam to wyraźnie słyszę, zwłaszcza w tej charakterystycznej chromatyce. Natomiast przy "KLINICE" nie mam już takich odczuć. Udało mi się pójść w inną stronę, co traktuję jako duży krok naprzód i osobisty sukces.
Zdecydowałeś się na ten krążek zaprosić jedynego gościa, Libera, który dograł się do "Spice Latte". Byłeś zaskoczony tym jak łatwo udało wam się złapać wspólny język?
- Trochę tak, bo to sam Liber zadzwonił do mnie po warsztatach z "TekstMisji" i zaproponował współpracę. Ten wspólny język zauważalny był już, gdy pisaliśmy wspólnie numery dla innych artystów. No i na fali tej współpracy zapytałem się go, czy nie chciałby dograć się do mojej demówki "Spice Latte". Liber od razu powiedział, że ten numer jest super i sam napisał i zarapował swoją zwrotkę. To też było dla mnie zaskoczeniem, jak dużym zaangażowaniem się wykazał - wystąpił w teledysku, udostępniał wszędzie u siebie tę współpracę, także jestem z niej niezwykle zadowolony.
Tak jak wspomniałeś na początku, przed premierą krążka zagrałeś w Warszawie koncert premierowy. Jak ci się grało te numery na żywo?
- To był chyba najlepszy koncert jaki dałem w swoim życiu. Nie chcę zabrzmieć teraz narcystycznie, bo staram się skupić na tym bardzo technicznie. Zależało mi na tym, by brzmiał on dobrze, bo to jednak była premiera płyty - ściągnąłem swojego nagłośnieniowca oraz realizatora, co też sprawiło, że grało mi się naprawdę przyjemnie. Najważniejsze jest jednak dla mnie to, że po koncercie spotkałem się z wieloma głosami, że dla osób, które przyszły, to również był jeden z lepszych gigów, na jakim dane im było być.
Myślałeś już o tym, by zaplanować trasę koncertową po całej Polsce?
- Nie wiem, czy nazwałbym to od razu trasą koncertową, ale planuje kilka koncertów w najbliższym czasie. Stawiam natomiast na większe miasta jak Łódź, Kraków, Poznań czy ponownie Warszawa. Więc trochę tych koncertów będzie, ale nie nazwałbym tego od razu trasą koncertową. Myślę, że w czerwcu pojawią się pierwsze koncertowe ogłoszenia.
Teraz, po premierze tak długo wyczekiwanego debiutu, pora na odpoczynek czy dalsze prace w studiu nad nowymi rzeczami?
- Przede mną teraz cały czas liczne działania promocyjne z "KLINIKĄ" oraz wspomniane koncerty. Plan na drugi krążek już mam, więc na nudę u mnie nie będzie miejsca.








